Bezpieczeństwo
Wyciek gazu w Barcinie
Wieczorem 12 maja mieszkańcy bloku przy ul. Artylerzystów 2 w Barcinie poczuli woń gazu. Kilkanaście minut przed 2000 jedna z mieszkanek zadzwoniła pod numer 992 i powiadomiła odpowiednie służby. Część mieszkańców się ewakuowała.
W bloku, w którym czuć było gaz, mieszka 105 rodzin. Niektórzy się ewakuowali, ale większość pozostała w swoich mieszkaniach i wietrzyła je, otwierając okna. fot. Magdalena Kruszka Katarzyna Wróblewicz, rzecznik prasowy Pomorskiej Spółki Gazownictwa 19 maja poinformowała, że po dokładnej analizie całej sytuacji, a także w wyniku wszystkich czynności przeprowadzonych przez specjalistów, można jednoznacznie stwierdzić, że zarówno przyłącze gazowe, jak i sieć gazowa nie były uszkodzone i spełniają wszelkie techniczne wymagania bezpieczeństwa.
- Nie stwierdzono ulatniania się gazu ziemnego z naszej infrastruktury. Najprawdopodobniej metan wydobywa się z kanalizacji sanitarnej, na skutek czynników biochemicznych - podała Katarzyna Wróblewicz.
Kiedy 19 maja, tuż po otrzymaniu oficjalnej wypowiedzi rzeczniczki PSG zadzwoniliśmy do Stefana Firszta, dyrektora Wodbaru, okazało się, że ten nic na ten temat nie wie, nikt go nie informował, że może być problem z gazem w studzienkach kanalizacyjnych.
- Mnie tylko dziwi, że gazownia stwierdza ulatnianie się metanu i nikogo o tym nie informuje - mówi Stefan Firszt. - My nic nie wiemy, nikt nam tego nie sygnalizował. Jak gazownia wykryła usterkę, to powinna powiadomić wszystkie służby. Mnie to bulwersuje. Jeśli rzeczywiście jest wyciek gazu, to nie można tego tak zostawić.
Po rozmowie z Pałukami Stefan Firszt zbadał sprawę.
- Ja mam informację zupełnie inną niż pani - mówi dyrektor Wodbaru. - Dowiedziałem się, że gazownictwo zlokalizowało usterkę na przyłączu. Był wyciek i on dostał się przez kanalizację do piwnicy. Dowiedziałem się też, że teraz wyciek jest bardzo mały, a gazownictwo przygotowuje się do właściwego zabezpieczenia.
Sprawą oburzony jest Henryk Popławski, prezes Spółdzielni Mieszkaniowej, która budynkiem administruje. Był on na miejscu od około 21:20. Cały czas próbował wymusić właściwą interwencję: - Jak przyjechałem, to jeszcze prawie nikogo nie było - opowiada Henryk Popławski. - Pracownik z obsługi sieci gazowej z Pakości kopał ziemię przy bloku. Lokatorzy mówili, że kiedy przyjechał i robił pomiar stężenia gazu w budynku, to na przyrządzie pomiarowym zabrakło skali. Zapytałem, dlaczego nie zamyka dopływu gazu. Okazało się, że nie wie, gdzie jest zawór. Kiedy myśleliśmy, że go znaleźliśmy, to okazało się, że pracownik nie ma klucza. Pojechał po klucze do Pakości. Nie zawiadomił nikogo.
Około 21:45 Henryk Popławski zawiadomił straż pożarną i policję. W tym czasie przewietrzono mieszkania. Pootwierane zostały okna i drwi w klatkach, tak by stworzyć przeciąg. Przyjechał pracownik z Pakości, jednak okazało się, że klucza nadal nie ma, ale też źle zlokalizowany został zawór, więc nie wiadomo było, jak zamknąć dopływ gazu do rur.
Przed 23:00 przyjechali specjaliści z Pomorskiej Spółki Gazownictwa z Inowrocławia. Trzech z nich kontynuowało rozkopywanie ogródka przed blokiem, jeden szukał zaworu. Nie znalazł go.
- Panowie robili tak zwane szpilkowanie terenu - opowiada Henryk Popławski. - Pierwszy pomiar ekipy z Inowrocławia dał wynik 5,15% stężenia gazu w powietrzu przed klatką. W moim odczuciu tylko szczęściu i zbiegowi okoliczności możemy zawdzięczać, że nie nastąpiła katastrofa. Według mnie, było realne zagrożenie eksplozją. Mnie najbardziej zbulwersował brak organizacji, nieprzestrzeganie elementarnych procedur. Nie potrafili odciąć gazu, nie mieli ze sobą schematu sieci gazowej, nie powiadomiono służb odpowiedzialnych za działania kryzysowe. Pracownik gazownictwa powinien podjąć decyzję z policją, czy ewakuować mieszkańców, czy nie. Ja nie mam skali w nosie, nie wiem, jakie jest stężenie. Dowiadywałem się tego na bieżąco od pracowników, jaki jest poziom zawartości gazu w powietrzu, jaki jest stan zagrożenia. Miałem problemy z uzyskaniem informacji.
Katarzyna Wróblewska poinformowała, że pogotowie gazowe po przybyciu na miejsce nie stwierdziło ulatniania się gazu ziemnego, ani z instalacji wewnętrznej, czyli instalacji, która znajduje się w budynku i za której stan techniczny odpowiada administrator budynku, ani z sieci gazowej niskiego ciśnienia, czyli sieci ułożonej pod ziemią, za stan której odpowiada spółka gazownicza. Podała, że nie było usterki, a gaz ziemny nie ulatniał się z sieci gazowej, więc i straty gazu ziemnego nie wystąpiły. Poinformowała także, że stężenie metanu było poniżej 1% dolnej granicy wybuchowości, a więc nie zagrażające ludziom ani mieniu.
- Każda osoba, która poczuje gaz, powinna natychmiast zadzwonić pod telefon alarmowy 992 - podała rzecznik Pomorskiej Spółki Gazownictwa. - Nasze służby natychmiast podejmują działania zabezpieczające na miejscu zdarzenia, nawet jeśli sprawa nie dotyczy gazu ziemnego, a następnie te związane z usunięciem przyczyn i skutków ulatniania gazu.
Henryk Popławski starał się kontrolować sytuację. Na miejscu próbował dowiedzieć się, jakie jest zagrożenie. Przyznaje, że miał problemy z uzyskaniem informacji. fot. Magdalena Kruszka Katarzyna Wróblewicz poinformowała także, że ewakuacja mieszkańców następuje na podstawie indywidualnych decyzji prowadzącego akcję, po stwierdzeniu, że stężenie gazu zagraża życiu i zdrowiu mieszkańców. Procedury zakładają w pierwszym rzędzie ocenę zagrożenia i poziomu stężenia gazu w budynku, a następnie lokalizację uchodzenia gazu. W tym celu dokonuje się tak zwanego szpilkowania lub odkrycia gazociągu.
- Nie zawsze miejsce ulatnianie się gazu na powierzchnię jest tożsame z miejscem uszkodzenia gazociągu, gdyż gaz migruje pod powierzchnią ziemi - poinformowała Katarzyna Wróblewicz. - Zawór, czyli kurek odcinający gaz do budynku, nie został zamknięty, gdyż nie stwierdzono zagrożenia bezpieczeństwa mieszkańców. Wyczuwalny metan w budynku znajdował się w pomieszczeniu, w którym nie było instalacji wewnętrznej, co jednoznacznie oznaczało, że instalacja wewnętrzna nie jest źródłem wydobywania się metanu. Dlatego przystąpiono do lokalizacji miejsca ewentualnego uchodzenia gazu na sieci gazowej. Dokonane czynności nie potwierdziły nieszczelności sieci. Wszelkie czynności pracowników były zgodne z obowiązującymi procedurami.
Odpowiedzią rzeczniczki oburzony jest Henryk Popławski, który twierdzi, że w ciągu pięciu godzin, kiedy przed blokiem na Artylerzystów 2 trwała akcja, żaden z pracowników nie zakwestionował tego, że ma do czynienia z wyciekiem gazu. Skarży się na brak kompetencji i wiedzy dotyczącej tego, jak należy w takich sytuacjach postępować.
- To jest skandal! Oni się nie potrafią zachować w takiej sytuacji, potrafią brać pieniądze, ale nie zapewnić bezpieczeństwo - powiedział prezes SM Kujawy. - Ja nie chciałbym być na ich miejscu, gdyby doszło do eksplozji. Tę całą akcję należałoby nagrać i nadawać jako wzorcową lekcję, jak się nie powinno postępować. Panowie klucza nie mieli. Hydrant by otworzyli, ale zaworu już nie. Nie zabezpieczyli miejsca, gdzie prowadzili roboty, nie poprosili policji, żeby zamknęła ulicę. Gdyby tamtędy szedł jakiś pijak z papierosem, to mogłoby dość do tragedii. Ja nie wiem, czy oni mają jakieś procedury, ale jeśli tak, to albo one są do niczego, albo pracownicy mają je w nosie.
Henryk Popławski zapowiedział, że będzie sprawę kontrolował i prowadził rozmowy z osobami odpowiedzialnymi.
Magdalena Kruszka
Pałuki 953 (20/2010)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze