W historii II wojny światowej najcięższe walki na terenie zurbanizowanym miały miejsce w Stalingradzie, Warszawie, a na końcu w Berlinie. Szczególnie trudne było zdobywanie stolicy III Rzeszy. W ogniu walki byli również Polacy. Piekło wojny i walk w Berlinie na własne oczy widział Żytomir Manuszewski. Wtedy żołnierz I Samodzielnej Brygady Moździerzy, dziś emerytowany rolnik w Mięcierzynie.
- Ojca namówili na takie imię i nawet urzędniczka w Pobiedziskach, gdzie się urodziłem, źle je zapisała, bo przez er-zet. Później, jak dorosłem, musiałem je poprzez sąd zmieniać na zet z kropką - tak o swoim nietypowym imieniu opowiada Żytomir Manuszewski, który urodził się 21 maja 1921 roku w Pobiedziskach między Gnieznem a Poznaniem. - Kiedy miałem sześć lat, przenieśliśmy się z całą rodziną do Mięcierzyna. Ojciec był rolnikiem i prowadził gospodarstwo. Miałem cztery siostry i brata, który zmarł jak był dzieckiem. Nie pamiętam, ale miał może wtedy sześć, czy siedem lat. Odchowany już był - dodaje.
Żytomir Manuszewski uczęszczał do szkoły powszechnej w Mięcierzynie, którą ukończył w czerwcu 1935 roku. Uczył się bardzo dobrze. Na świadectwie ukończenia szkoły, które cudem ocalało z wojennej zawieruchy, widnieją same piątki i czwórki.
- Uczyłem się dobrze i miałem się kształcić dalej, ale byłem sam w domu i ojciec chciał, żeby był ktoś do pracy w gospodarstwie. Jak się wojna skończyła, to chcieli mnie dać do wyższej szkoły wojskowej. Jednak matka pytała w listach, kiedy wracam, bo ojciec nie dawał rady w gospodarstwie. I tak związałem się z tą ziemią - mówi pan Żytomir.
We wrześniu 1939 roku, kiedy wybuchła II wojna światowa, Żytomir Manuszewski miał 18 lat. Niemcy w pierwszym tygodniu września opanowali Pałuki, ponieważ region znajdował się wtedy tuż przy granicy. Okupanci Pałuki i całą Wielkopolskę włączyli do terytorium Rzeszy. Rozpoczęli wysiedlenia ludności polskiej na wschód. Opuszczone gospodarstwa zajmowali rolnicy niemieccy. Dwa główne kierunki wysiedleń z Pałuk prowadziły na południe, do Nowego Targu oraz na wschód, w kierunku Mińska Mazowieckiego. Tam też trafiła rodzina Manuszewskich. Ze swojego domu zostali wypędzeni przez Niemców 8 grudnia 1939 roku.
- Spodziewaliśmy się tego, bo sąsiadów już wysiedlali. Ojciec kazał zabić tucznika po to, że jak nas wysiedlą, to będziemy mieli co jeść. Na nasze gospodarstwo niejaki Plaster się szykował. I przyjechali tak jak pan tu przyjechał. To znaczy my wiedzieliśmy, że pan przyjedzie, ale oni bez zapowiedzi. Pierzyny kazali zabierać. Tucznik leżał w dwóch połówkach nierozebrany. Mogliśmy wziąć ćwiartkę i to wszystko. Wywieźli nas do Rogowa na salon. Na drugi dzień kolejką wąskotorową do Żnina. Tam byliśmy dwa, trzy dni. Już był szykowany transport. Załadowali nas na wagony. Jechaliśmy prosto na Warszawę. Myśleliśmy, że tam zostaniemy, ale wywieźli nas dalej, do Mińska Mazowieckiego. Część wysiedlonych pozostała w mieście. Nas wywieźli na gospodarstwo do Anielewa. Tam ojciec gospodarował na dwóch hektarach. Nie wiem, czy to było po jakimś Niemcu, którego przeniesiono na nasze tereny, czy po kimś innym? Ja poszedłem do pracy do Ignacewa. Był tam sierociniec, który prowadziły siostry zakonne. Ojciec mnie tam posłał. Byłem pomocnikiem ogrodnika. Był tam niedaleko kościół. Odszedł organista. Jedna z sióstr powiedziała mi, żebym spróbował grać. Spróbowałem i niedługo całe msze odgrywałem na organach. Nigdy wcześniej się nie uczyłem. Ksiądz, który tam był, też pochodził z naszych stron. Nie pamiętam dokładnie, ale był chyba proboszczem w Gorzycach. Tam w tym sierocińcu pracowałem do czasu nadejścia Armii Czerwonej, co nastąpiło w 1944 roku - relacjonuje Żytomir Manuszewski.
Po wkroczeniu oddziałów sowieckich wówczas 23-letni Żytomir dostał powołanie do wojska. Trafił tam 4 września 1944 roku. Służył w 4. baterii, 5. pułku, I Samodzielnej Brygady Moździerzy. Żytomir Manuszewski obsługiwał moździerze ciężkie, które wystrzeliwały granaty o masie 18 kg. Po powołaniu został wraz z innymi rekrutami skierowany na szkolenie. Żołnierze musieli wykopać sobie doły o wymiarach 12 na 6 metrów i nakryć je gałęziami. Zakwaterowano ich w ziemiankach. Co prawda dostali polskie mundury, ale dowódców sowieckich. Dowódcy ci rekrutowani byli z karnych kompanii Armii Czerwonej. Jedni mówili po polsku, drudzy po rosyjsku, ale - jak wspomina pan Żytomir - jakoś się dogadywali.
- Polskich dowódców nie było. Tych, co przeskrobali coś w armii radzieckiej, dawali do nas - powiedział Żytomir Manuszewski. - Mieszkaliśmy w tych ziemiankach. Byliśmy tak zawszawieni, że aż strach. Szkolenie trwało może ze trzy miesiące i potem skierowali nas na front. Z początku trzymali nas z dala od frontu, a później posłali na pierwszą linię. Nawet czasami przed piechotę - dopowiada.
W skład obsługi ciężkiego moździerza wchodziło siedmiu żołnierzy z kierowcą. Broń ta miotała granaty na odległość od 450 do 5.300 metrów. Jak nam powiedział weteran II wojny światowej, broń ta idealnie nadawała się do walk w mieście i w górach. - Pocisk leciał wysoko w górę, a później spadał. Mogliśmy strzelać tam, gdzie nie mogły strzelać armaty - wyjaśnia.
Do obowiązków Żytomira Manuszewskiego należało przyjmowanie namiarów i wydawanie poleceń do ostrzału. - Dostawaliśmy celownik, ładowaliśmy i strzelaliśmy. Mówili, że każdy pocisk moździerzowy rozrywa ich na 2,5 tysiąca kawałków. Najtrudniejsze to było zajmowanie pozycji i przygotowanie stanowiska dla moździerza. Musieliśmy kopać rów o długości 8 metrów i głęboki na wysokość człowieka. Ciężko było - opowiada pan Manuszewski.
Żołnierze I Samodzielnej Brygady Moździerzy brali udział w walkach o przełamanie Wału Pomorskiego i zdobywaniu Kołobrzegu. W kwietniu 1945 roku wraz z innymi oddziałami polskimi i sowieckimi forsowali Odrę i brali udział w zdobywaniu Berlina.
- Nad Odrą najpierw był ostrzał, a później przepływaliśmy na łódkach. Przez rzekę przełożone były liny. Jedni w łodzi wiosłowali, a drudzy trzymali, żeby nie zboczyć z kursu. Skąd te łodzie się wzięły, to nie wiem. Niemcy cały czas ostrzeliwali nasze łodzie. Po Odrze był Berlin. Tutaj też najpierw ostrzeliwaliśmy miasto, a później wchodziliśmy w ulice. Tutaj nasza broń była najbardziej skuteczna, bo mogliśmy strzelać nie zważając na kamienice. Niemcy bardzo mocno się bronili. Nawet cywile strzelali do nas z okien kamienic.
Żytomir Manuszewski był w stolicy Niemiec pod koniec kwietnia 1945 roku. Miasto płonęło. Żołnierze, kiedy nie prowadzili ostrzału, spali w zburzonych kamienicach, na chodnikach pod murami domów lub pod płotami w berlińskich ogródkach, albo tym co kiedyś było ogródkiem. Za każdą udaną operację wojskową czy akcję żołnierze otrzymywali podziękowania na piśmie. Do dziś w archiwum domowym w Mięcierzynie córka Żytomira Manuszewskiego Zyta Łubiecka przechowuje dokumenty z czasów II wojny światowej podpisane przez majora Diedowa, czy kapitana Poponowa. W jednym czytamy, że Naczelny Dowódca Marszałek Związku Radzieckiego Towarzysz Stalin za opanowanie miasta Altdam i likwidację silnego oporu na prawym brzegu Odry na wschód od Szczecina podziękował całemu oddziałowi i Żytomirowi Manuszewskiemu. Z kolejnych dokumentów dowiadujemy się, że na froncie dowódcy sowieccy łatwo nadawali medale, ale gorzej było z ich osobistym wręczaniem. Jeden z dowódców pisemnie musiał zaświadczyć, że Żytomir Manuszewski rzeczywiście brał czynny udział w wojnie o wolność ojczyzny w składzie I. Białoruskiego Frontu od 5 marca 1945 do 9 maja 1945 i ma prawo do otrzymania medalu zwycięstwa nad Niemcami, a którego do 3 października 1945 roku nie otrzymał. Dokumenty wystawione przez sowieckich dowódców potwierdzają jego udział w walkach o zdobycie Ber-lina i prawo do otrzymania medalu Za wzięcie Berlina - centrum imperializmu niemieckiego.
Za udział w II wojnie światowej Żytomir Manuszewski otrzymał medal Armii Czerwonej Za zwycięstwo nad Niemcami w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej 1941-1945, medal Za udział w walkach o Berlin, medal Za Odrę, Nysę i Bałtyk, Odznakę Grunwaldzką, brązowy medal Zasługi Na Polu Chwały 1944, Srebrny Krzyż Zasługi i Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Jednak, jak podkreśla weteran, to nie medale są najwyższą wartością wyniesioną z wojny. W rozmowie z nami podkreśla to, że w czasie wojny zawierzył Matce Bożej, która go obroniła i pozwoliła wyjść cało z piekła wojny. Co ciekawe, jednostka, w której służył Żytomir Manuszewski, posiadała kapelana, chociaż była podporządkowana Armii Czerwonej, a żołnierze mogli uczestniczyć w mszach polowych.
- Dzięki Jej opiece na froncie kule mnie nie łapały. Raz była taka strzelanina, czternastu nas stało. Padł pocisk i siedmiu zabiło od razu, sześciu było rannych, a ja sam cało z tego wyszedłem. Nieraz ostrzał był ze wszystkich stron, a mnie nie trafili. Ja tam myślałem, że nie wrócę. Można było rozmawiać z kolegą, tak jak z panem teraz rozmawiam, a drugiego dnia nie żył. Miejscami było bardzo ciężko. Na wojnie człowiek myślał tak - dzisiaj żyję, jutro gniję. Co rusz wybuchała jakaś cholera i już kilku ludzi nie było - opowiada weteran II wojny.
Po operacji berlińskiej i po poddaniu się Niemiec Żytomir Manuszewski i jego oddział zostali przesunięci na Pomorze w okolice Gdańska, a stamtąd do Bielska-Białej. W październiku 1945 r. został przeniesiony do 5. baterii, 23. pułku artylerii lekkiej. W wojsku był do 1948 roku. Wojnę kończył w stopniu kaprala, ale w 1983 roku otrzymał awans na sierżanta. Po powrocie z wojska pracował w gospodarstwie ojca w Mięcierzynie. Od 1953 roku, czyli od śmierci ojca, prowadził je sam. Teraz mieszka tam z córką i jej rodziną. Ma przeszło 87 lat.
Remigiusz Konieczka
Pałuki 864 (36/2008)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze