W historii II wojny światowej najcięższe walki na terenie zurbanizowanym miały miejsce w Stalingradzie, Warszawie, a na końcu w Berlinie. Szczególnie trudne było zdobywanie stolicy III Rzeszy. W ogniu walki byli również Polacy. Piekło wojny i walk w Berlinie na własne oczy widział Żytomir Manuszewski. Wtedy żołnierz I Samodzielnej Brygady Moździerzy, dziś emerytowany rolnik w Mięcierzynie. [tekst opublikowany w tygodniku Pałuki w 2008 roku]
- Ojca namówili na takie imię i nawet urzędniczka w Pobiedziskach, gdzie się urodziłem, źle je zapisała, bo przez er-zet. Później, jak dorosłem, musiałem je poprzez sąd zmieniać na zet z kropką - tak o swoim nietypowym imieniu opowiada Żytomir Manuszewski, który urodził się 21 maja 1921 roku w Pobiedziskach między Gnieznem a Poznaniem. - Kiedy miałem sześć lat, przenieśliśmy się z całą rodziną do Mięcierzyna. Ojciec był rolnikiem i prowadził gospodarstwo. Miałem cztery siostry i brata, który zmarł jak był dzieckiem. Nie pamiętam, ale miał może wtedy sześć, czy siedem lat. Odchowany już był - dodaje.
Żytomir Manuszewski uczęszczał do szkoły powszechnej w Mięcierzynie, którą ukończył w czerwcu 1935 roku. Uczył się bardzo dobrze. Na świadectwie ukończenia szkoły, które cudem ocalało z wojennej zawieruchy, widnieją same piątki i czwórki.
- Uczyłem się dobrze i miałem się kształcić dalej, ale byłem sam w domu i ojciec chciał, żeby był ktoś do pracy w gospodarstwie. Jak się wojna skończyła, to chcieli mnie dać do wyższej szkoły wojskowej. Jednak matka pytała w listach, kiedy wracam, bo ojciec nie dawał rady w gospodarstwie. I tak związałem się z tą ziemią - mówi pan Żytomir.
We wrześniu 1939 roku, kiedy wybuchła II wojna światowa, Żytomir Manuszewski miał 18 lat. Niemcy w pierwszym tygodniu września opanowali Pałuki, ponieważ region znajdował się wtedy tuż przy granicy. Okupanci Pałuki i całą Wielkopolskę włączyli do terytorium Rzeszy. Rozpoczęli wysiedlenia ludności polskiej na wschód. Opuszczone gospodarstwa zajmowali rolnicy niemieccy. Dwa główne kierunki wysiedleń z Pałuk prowadziły na południe, do Nowego Targu oraz na wschód, w kierunku Mińska Mazowieckiego. Tam też trafiła rodzina Manuszewskich. Ze swojego domu zostali wypędzeni przez Niemców 8 grudnia 1939 roku.

Żytomir Manuszewski (z lewej) na ulicach Bielska-Białej w 1946 roku; fot. archiwum Żytomira Manuszewskiego
- Polskich dowódców nie było. Tych, co przeskrobali coś w armii radzieckiej, dawali do nas - powiedział Żytomir Manuszewski. - Mieszkaliśmy w tych ziemiankach. Byliśmy tak zawszawieni, że aż strach. Szkolenie trwało może ze trzy miesiące i potem skierowali nas na front. Z początku trzymali nas z dala od frontu, a później posłali na pierwszą linię. Nawet czasami przed piechotę - dopowiada.
W skład obsługi ciężkiego moździerza wchodziło siedmiu żołnierzy z kierowcą. Broń ta miotała granaty na odległość od 450 do 5.300 metrów. Jak nam powiedział weteran II wojny światowej, broń ta idealnie nadawała się do walk w mieście i w górach. - Pocisk leciał wysoko w górę, a później spadał. Mogliśmy strzelać tam, gdzie nie mogły strzelać armaty - wyjaśnia.
Do obowiązków Żytomira Manuszewskiego należało przyjmowanie namiarów i wydawanie poleceń do ostrzału. - Dostawaliśmy celownik, ładowaliśmy i strzelaliśmy. Mówili, że każdy pocisk moździerzowy rozrywa ich na 2,5 tysiąca kawałków. Najtrudniejsze to było zajmowanie pozycji i przygotowanie stanowiska dla moździerza. Musieliśmy kopać rów o długości 8 metrów i głęboki na wysokość człowieka. Ciężko było - opowiada pan Manuszewski.
Żołnierze I Samodzielnej Brygady Moździerzy brali udział w walkach o przełamanie Wału Pomorskiego i zdobywaniu Kołobrzegu. W kwietniu 1945 roku wraz z innymi oddziałami polskimi i sowieckimi forsowali Odrę i brali udział w zdobywaniu Berlina.
- Nad Odrą najpierw był ostrzał, a później przepływaliśmy na łódkach. Przez rzekę przełożone były liny. Jedni w łodzi wiosłowali, a drudzy trzymali, żeby nie zboczyć z kursu. Skąd te łodzie się wzięły, to nie wiem. Niemcy cały czas ostrzeliwali nasze łodzie. Po Odrze był Berlin. Tutaj też najpierw ostrzeliwaliśmy miasto, a później wchodziliśmy w ulice. Tutaj nasza broń była najbardziej skuteczna, bo mogliśmy strzelać nie zważając na kamienice. Niemcy bardzo mocno się bronili. Nawet cywile strzelali do nas z okien kamienic.

Żytomir Manuszewski (pierwszy z lewej) wraz z kolegami w jednostce wojskowej tuż po wojnie fot. archiwum Żytomira Manuszewskiego
Żytomir Manuszewski był w stolicy Niemiec pod koniec kwietnia 1945 roku. Miasto płonęło. Żołnierze, kiedy nie prowadzili ostrzału, spali w zburzonych kamienicach, na chodnikach pod murami domów lub pod płotami w berlińskich ogródkach, albo tym co kiedyś było ogródkiem. Za każdą udaną operację wojskową czy akcję żołnierze otrzymywali podziękowania na piśmie. Do dziś w archiwum domowym w Mięcierzynie córka Żytomira Manuszewskiego Zyta Łubiecka przechowuje dokumenty z czasów II wojny światowej podpisane przez majora Diedowa, czy kapitana Poponowa. W jednym czytamy, że Naczelny Dowódca Marszałek Związku Radzieckiego Towarzysz Stalin za opanowanie miasta Altdam i likwidację silnego oporu na prawym brzegu Odry na wschód od Szczecina podziękował całemu oddziałowi i Żytomirowi Manuszewskiemu. Z kolejnych dokumentów dowiadujemy się, że na froncie dowódcy sowieccy łatwo nadawali medale, ale gorzej było z ich osobistym wręczaniem. Jeden z dowódców pisemnie musiał zaświadczyć, że Żytomir Manuszewski rzeczywiście brał czynny udział w wojnie o wolność ojczyzny w składzie I. Białoruskiego Frontu od 5 marca 1945 do 9 maja 1945 i ma prawo do otrzymania medalu zwycięstwa nad Niemcami, a którego do 3 października 1945 roku nie otrzymał. Dokumenty wystawione przez sowieckich dowódców potwierdzają jego udział w walkach o zdobycie Berlina i prawo do otrzymania medalu Za wzięcie Berlina - centrum imperializmu niemieckiego.
Za udział w II wojnie światowej Żytomir Manuszewski otrzymał medal Armii Czerwonej Za zwycięstwo nad Niemcami w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej 1941-1945, medal Za udział w walkach o Berlin, medal Za Odrę, Nysę i Bałtyk, Odznakę Grunwaldzką, brązowy medal Zasługi Na Polu Chwały 1944, Srebrny Krzyż Zasługi i Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Jednak, jak podkreśla weteran, to nie medale są najwyższą wartością wyniesioną z wojny. W rozmowie z nami podkreśla to, że w czasie wojny zawierzył Matce Bożej, która go obroniła i pozwoliła wyjść cało z piekła wojny. Co ciekawe, jednostka, w której służył Żytomir Manuszewski, posiadała kapelana, chociaż była podporządkowana Armii Czerwonej, a żołnierze mogli uczestniczyć w mszach polowych.

Żytomir Manuszewski z medalami i odznaczeniami z czasów wojny fot. arch
- Dzięki Jej opiece na froncie kule mnie nie łapały. Raz była taka strzelanina, czternastu nas stało. Padł pocisk i siedmiu zabiło od razu, sześciu było rannych, a ja sam cało z tego wyszedłem. Nieraz ostrzał był ze wszystkich stron, a mnie nie trafili. Ja tam myślałem, że nie wrócę. Można było rozmawiać z kolegą, tak jak z panem teraz rozmawiam, a drugiego dnia nie żył. Miejscami było bardzo ciężko. Na wojnie człowiek myślał tak - dzisiaj żyję, jutro gniję. Co rusz wybuchała jakaś cholera i już kilku ludzi nie było - opowiada weteran II wojny.
Po operacji berlińskiej i po poddaniu się Niemiec Żytomir Manuszewski i jego oddział zostali przesunięci na Pomorze w okolice Gdańska, a stamtąd do Bielska-Białej. W październiku 1945 r. został przeniesiony do 5. baterii, 23. pułku artylerii lekkiej. W wojsku był do 1948 roku. Wojnę kończył w stopniu kaprala, ale w 1983 roku otrzymał awans na sierżanta. Po powrocie z wojska pracował w gospodarstwie ojca w Mięcierzynie. Od 1953 roku, czyli od śmierci ojca, prowadził je sam. Teraz mieszka tam z córką i jej rodziną. Ma przeszło 87 lat.
Remigiusz Konieczka
Pałuki 864 (36/2008)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze