Złotowo, dom, Barcin, Szubin, mieszkanie
Zdewastowany, ale zadbany i kochany
Halina i Czesław Ryszkowie i ich syn Marcin mieszkali w domu w Złotowie 18 lat. Przyznają, że warunki były trudne, a wręcz ekstremalne, ale dla nich to było własne miejsce na ziemi. Nie doprowadzili do jego zdewastowania.
W jednym z poprzednich numerów pisaliśmy o mieszkance Barcina, mamie pięcioletniego synka, która została eksmitowana z mieszkania. Przypomnijmy, mieszkanie, w którym do tej pory mieszkała wraz z rodzicami i bratem, należało niegdyś do Spółdzielni Mieszkaniowej w Szubinie. Kiedy zostało zlicytowane za długi, nabył je właściciel, który z czasem postarał się o wyrok eksmisyjny, a 16 lipca lokatorzy otrzymali pismo, że 27 sierpnia odbędzie się eksmisja. Mieszkanka Barcina wyjaśnia, że najpierw był wyrok bez prawa do lokalu, a kiedy odwołali się, to komornik wskazał dom w Złotowie, którego ojciec mieszkanki jest współwłaścicielem. Twierdziła, że nie może się tam przeprowadzić, bo dom jest w ruinie i to poprzedni właściciele go zdewastowali. Na te słowa oburzyli się Halina, Czesław i Marcin Ryszkowie, który dom w Złotowie zamieszkiwali od 1995 roku.
- My mieliśmy ten dom za pilnowanie - mówi Halina Ryszka. - Taka była kiedyś umowa słowna. A dom był w fatalnym stanie od samego początku. Przez wszystkie te lata robiliśmy wszystko, co mogliśmy, żeby nie doprowadzić go do całkowitej ruiny.
Była mieszkanka Złotowa podkreśla, że mąż obcinał gałęzie kasztana, kiedy te porosły tak, że zrzucały dachówki, naprawiał ubytki w pokryciu dachowym. Ona sama mogła poszczycić się wypielęgnowanym ogrodem. Przyznaje, że przez te lata remontów nie robili - po pierwsze dlatego, że to nie była ich własność, a po drugie dlatego, że jeden współwłaściciel nie kazał im nic ruszać tłumacząc, że jest to zabytek.
- W kuchni na podłodze były cegły, chcieliśmy to zalać posadzką, to właściciel nie pozwolił - mówi Halina Ryszka. - Położyliśmy więc linoleum. W tym domu były szczury, myszy, mieliśmy nawet kretowinę w kuchni, co zaznaczył rzeczoznawca w dokumentach. Rzeczywiście w środku była pleśń i grzyb, ale czego my nie robiliśmy, żeby się tego pozbyć. Córka właściciela mówi, że nie może się tu przeprowadzić, bo jej synek jest chory na astmę, a mój syn też cały czas chorował na astmę i w takich warunkach mieszkał. Ja mam alergię, bywało, że dusiłam się własną śliną, ale jakoś trzeba było sobie radzić. Kibelek był na zewnątrz. Całą wodę też trzeba było własnoręcznie wynosić, ale nie narzekaliśmy. Przyzwyczailiśmy się do tych warunków i bardzo dobrze się nam tam mieszkało. Do czasu, kiedy właściciel nie postanowił domu sprzedać.
Halina Ryszka wspomina, że nastąpiło to w 2003 roku. Wówczas nie dostali już od właściciela pozwolenia na zameldowanie się w tym miejscu i zaczęły się problemy. Nie mając meldunku nie mogli zarejestrować się w Urzędzie Pracy. Pojawiły się problemy w ośrodku zdrowia. Państwo Ryszkowie od tego czasu starali się także o mieszkanie z gminy. Co roku składali wnioski. Najpierw byli na 59 miejscu na liście, potem na 19, w końcu na 6 i na 4, aż w roku 2004 okazało się, że z powodu braku zameldowania mieszkania z gminy nie otrzymają. Odwołali się i ich nazwisko znów wróciło na listę oczekujących. Dom, w którym mieszkali, został wystawiony na sprzedaż i zaczęli pojawiać się potencjalni nabywcy. Ostatecznie nikt nie zdecydował się domu kupić.
- Właściciel żądał czynszu, a my już mieliśmy wyrok eksmisyjny z przydziałem do mieszkania socjalnego - wspomina Halina Ryszka. - Trzy lata czekaliśmy na tę eksmisję, aż w końcu w styczniu tego roku dostaliśmy mieszkanie socjalne na ul. Żnińskiej w Barcinie. Wtedy się wyprowadziliśmy.
Państwo Ryszkowie są oburzeni zarzutami, z jakimi się spotkali. Przyznają, że przez 18 lat, w których zajmowali dom w Złotowie, nikt nie miał do nich zastrzeżeń co do dbania o nieruchomość. O tym, że są do nich pretensje dowiedzieli się z gazety i trudno jest im się z tym pogodzić, gdyż uważają, że zamieszkując dom ocalili go przed kompletną ruiną.
- To, co córka właściciela powiedziała, jest dla nas straszne - mówi Halina Ryszka. - Złotowo huczy, ludzie się pytają o co chodzi. Nazwiska nie wymieniła, ale wiadomo, że tylko my w Złotowie w takiej sytuacji jesteśmy. Niczego w tym domu nie ruszaliśmy, zabraliśmy, co nasze. Nie wiem, co ona chciała osiągnąć tak nas oczerniając. Ona nawet w Złotowie nie była, więc co ona może wiedzieć. A jak było naprawdę, to tylko my wiemy. Jak my byśmy tam przez te wszystkie lata nie mieszkali, to tego domu już by nie było.
Halina Ryszka przyznaje, że sprawa ta kosztowała ją sporo nerwów, a oskarżeniami popsuto jej rodzinie opinię. Zwraca uwagę, że dom był od samego początku w opłakanym stanie i właśnie w takich ekstremalnych warunkach mieszkali, ale miejsce to pokochali i zapuścili tam korzenie.
- Gdyby nie wyrok eksmisyjny i problemy, to my byśmy nadal tam mieszkali - mówi Halina Ryszka. - Mąż nie może się tutaj przyzwyczaić. Dla niego to katorga. Mi brakuje mojego ogródka. Piękny był, zadbany. Robiliśmy wszystko, żeby dom się nie zawalił. Warunki były trudne, ale ciężko nam się było wyprowadzać. Człowiek tam korzenie zapuścił, a oni nam teraz krzywdę zrobili mówiąc, że myśmy ten dom zdewastowali.
Mieszkanka Barcina, córka współwłaściciela domu wyjaśnia, że nie chciała urazić lokatorów, tylko wskazać trudną sytuację, w jakiej się znalazła. Zależało jej na pokazaniu, że w domu w Złotowie nie da się zamieszkać. - Nie chodziło mi o urażenie ich, a jeśli tak się poczuli, to jest mi przykro - powiedziała mieszkanka Barcina.
Jej sytuacja nadal nie jest najlepsza. Wyprowadzała się z mieszkania. Tymczasowo zatrzyma się u znajomych, ale nadal szuka miejsca, w którym mogłaby zamieszkać. Liczy, że wkrótce uda jej się podjąć pracę i wynająć własne mieszkanie.
Magdalena Kruszka
Pałuki nr 1125 (36/2013)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze