Nie dość, że przyszło im spędzić dzieciństwo w czasie okupacji, nie dość, że część dorastała daleko od rodzinnych domów, na wygnaniu w Generalnej Guberni, to dojrzewać im przyszło w czasach stalinowskich. Poddawani byli indoktrynacji i dyskryminacji. Los niektórych to niezdana matura, relegowanie ze szkoły, nawet więzienie. Poniżej - opowieść o maturalnym roczniku 1950 i jego nauczycielach.
W 1939 roku przyszli maturzyści mają po kilka lat. Część dopiero co zaczęła edukację szkolną, są w pierwszej, drugiej klasie, ale zaraz przyjdzie im wejść w dorosłość. 1 września tego roku wybucha wojna i większości z nich świat wywraca się do góry nogami. Z dnia na dzień tracą rodzinne domy. Zamiast iść do szkoły, drżą o swoją przyszłość. Na przełomie 1939 i 1940 roku część rodzin, w większości urzędników, kupców, nauczycieli i rolników, zostaje przez Niemców wysiedlona, głównie na Podhale1). Tam, w większym lub mniejszym stopniu, młodzi ludzie pobierali naukę w szkołach powszechnych. Z niemieckimi świadectwami wrócili w 1945 roku na Pałuki, do Żnina.

Klasa II przed budynkiem liceum w 1946 roku. 1. Felicjan Zieliński, 2. Władysław Frydryszak, 3. Zenon Łosoś, 4. uczeń nierozpoznany, 5. Jan Czabański, 6. uczeń nierozpoznany, 7. Hubert Kurczewski, 8. Andrzej Zalski, 9. Zenon Pilarski, 10. Zygmunt Waźbiński, 11. Józef Posadzy, 12. Walenty Nyka, 13. Irena Krygier, 14. Elżbieta Dydczak, 15. Maria Mazana, 16. Władysław Olszak, 17. Wiesław Mnichowski, 18. Stanisław Kuczma, 19. Gaczkowski, 20. Zbigniew Kawczyński, 21. Karol Derech, 22. uczeń nierozpoznany, 23. Bożena Zielińska, 24. Stanisław Bała, 25. Teresa Gaczkowska, 26. Józef Kopczyński, 27. Liliana Przybylska, 28. Aleksandra Stroińska, 29. Danuta Stroińska, 30. nauczyciel ps. „Glon”, 31. Maria Gutorska, 32. Grażyna Niemczynow, 33. Eugenia Wiśniewska, 34. Tadeusz Malak, 35. Teresa Adamczyk, 36. Stanisław Tokarski fot. z arch. Huberta Kurczewskiego

- Nastaje rok 1945 - opowiada Hubert Kurczewski. - Dochodzi do tzw. wyzwolenia. A ci wszyscy, którzy byli wysiedleni, starali się w jak najszybszy sposób wrócić w rodzinne strony. Okupacja w Żninie skończyła się później niż w Nowym Targu i okolicach. Moja rodzina wróciła do Żnina w drugi dzień świąt Wielkiej Nocy. Miałem 12 lat. Na wysiedleniu, mimo że to była okupacja niemiecka, Polakom pozwolono chodzić do szkoły i ukończyłem w czasie wojny pięć klas szkoły powszechnej.
Wczesną wiosną 1945 roku przedwojenny nauczyciel żnińskiego gimnazjum i liceum Roman Piotrowicz ponownie organizuje w Żninie szkołę. Rodzina Piotrowiczów podczas wojny poniosła ogromną ofiarę. Ich jedyna córka Maria Piotrowiczówna, żołnierz Armii Krajowej, brała udział w Powstaniu Warszawskim, dostała się do niewoli i 2 sierpnia 1944 roku została przez Niemców rozstrzelana 2). - Faktem jest, że zaraz po wojnie, a był kwiecień 1945 roku, uruchomiono jeszcze wtedy, bo struktura oświaty była taka sama jak przed wojną, prywatne gimnazjum i liceum im. Braci Śniadeckich w Żninie - wyjaśnia Hubert Kurczewski. - I jedynymi nauczycielami z okresu przedwojennego byli małżonkowie Roman i Jadwiga Piotrowiczowie, Stanisław Synak i pan Malak, który pracował krótko przed wojną. Te cztery osoby stanowiły podstawę kadry nauczycielskiej.
Roman Piotrowicz jednocześnie organizował grono pedagogiczne. Trzeba było się spieszyć, bo był kwiecień, a w czerwcu kończył się rok szkolny. Uczniowie uczyli się w budynku dzisiejszego CKU (dawny internat). Gimnazjum i liceum zasilali jednocześnie uczniowie i nauczyciele.
- Oczywiście w tym samym czasie szukano nauczycieli, którzy uzupełniliby kadrę nauczycielską, i między innymi zgłosili się jako nauczyciele mój wuj i ciotka, siostra mojej matki, która wraz z mężem w 1939 roku ukończyła uniwersytet lwowski - mówi Hubert Kurczewski. - Tam ją zastała wojna, i tam ją przeżyła, a w 1945 roku wraz z nami wróciła. Będąc w Szelejewie, gdzie mieszkaliśmy po powrocie, dowiedziała się, że w liceum jest pilna potrzeba ludzi z wyższym wykształceniem do zawodu nauczyciela. Oboje się zgłosili; w ten sposób Salomea i Jan Glazerowie zostali nauczycielami tejże szkoły.
Do 1948 roku, mimo że była to już władza komunistyczna, Żnin jeszcze żył atmosferą przedwojenną. - W niedzielę w gimnazjum była zbiórka, i ze sztandarem szliśmy do naszego szkolnego kościoła - kontynuuje Hubert Kurczewski. - Cała szkoła szła. Wyznaczeni profesorowie też. Wtedy Żnin nie był miastem przemysłowym, lecz typowo rolniczym. Całym przemysłem była cukrownia i fabryka maszyn rolniczych Malaka, która w 1948 roku zresztą została upaństwowiona. Coś takiego jak „Spomasz” czy „Żefam” jeszcze wtedy nie istniało. Gros ludzi pracowało w administracji, w starostwie, urzędzie miejskim albo w bankach. Do 1948 roku istniała jeszcze inicjatywa prywatna i sklepy - w większości prywatne.
Życie toczyło się wokół ulic w centrum: Pocztowej, Podmurnej, Śniadeckich, Kościelnej (dziś 700-lecia), Rynku i Bydgoskiej (przemianowanej później na Mickiewicza).
Patrząc na przekrój społeczny uczniów, to zdecydowana większość była dziećmi urzędników, rzemieślników, właścicieli sklepów, względnie dziećmi rolników indywidualnych. A pochodzenie miało wtedy dla ówczesnej władzy w Polsce ogromne znaczenie ideologiczne. Przypomnijmy, w 1947 roku odbywają się wybory do Sejmu, które zostały sfałszowane, a w ich wyniku najwięcej mandatów poselskich przypadło komunistom z PPR oraz członkom PPS. Rok później obie partie się jednoczą i powstaje PZPR, która kieruje się wygłoszoną przez Władysława Gomułkę jeszcze w 1945 roku ideą: „Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy!”. W 1949 roku powstaje program kolektywizacji, który oznacza przymusowe wcielanie gospodarstw indywidualnych do spółdzielni na wzór sowieckich kołchozów i sowchozów. Jednocześnie zaczęto tłamsić inicjatywę prywatną (wojna o handel kierowana przez ministra Hilarego Minca3)). Zaczęły powstawać spółdzielnie, które miały skupiać w swoich rękach handel. Właścicieli gospodarstw rolnych i sklepów, którzy nie chcieli przyłączać się do spółdzielni, w najróżniejszy sposób szykanowano. Nazywano ich wrogami ludu, kułakami i spekulantami. Gnębiono uznaniowo nakładanymi podatkami. Dla przykładu więziono i poddawano sfingowanym procesom, które pokazywała z wesołym komentarzem reżimowa kronika filmowa.

Kamienica przy pl. Wolności 18 była siedzibą UB fot. Remigiusz Konieczka
Z upływem miesięcy władze komunistyczne coraz bardziej umacniały swoje rządy. PZPR sprawowała władzę za pomocą zbrojnego ramienia, jakim był Urząd Bezpieczeństwa Publicznego, zwany w skrócie UB. Tropił tych, którzy stanowili zagrożenie dla budowy systemu totalitarnego i mogli być oskarżeni o „działalność antypaństwową”. Podejrzane nawet było opowiadanie dowcipów na temat rządzących. Groźnym było wypowiadanie własnego zdania na najbłahsze nawet tematy. Posiadanie materiałów czy ulotek wydanych przez podziemie akowskie lub inną organizację niż PPR, również było na cenzurowanym. Za takie właśnie „przewinienie” zostanie uwięziony jeden z maturzystów, a klasa maturalna będzie poddana represjom. Bowiem uczniów, którzy byli dziećmi rolników, właścicieli sklepów lub małych przedsiębiorstw, ówczesna władza automatycznie traktowała jako potencjalnych wrogów ludu.
Uczniowie byli w różnym wieku. Wojna spowodowała, że kontakt ze szkołą był różny. Jedni chodzili do szkoły, inni mniej, a jeszcze inni wcale. Część pobierała naukę na tajnych kompletach, część musiała pracować. W pierwszej klasie gimnazjalnej, która zaczęła naukę w kwietniu 1945 roku, uczniowie byli więc zróżnicowani wiekowo.
- Nie wszyscy po wojnie rozpoczynali naukę od pierwszej klasy. Jedni od drugiej, a inni od trzeciej na przykład. Zależało to od tego, na czym skończyło się naukę przed wojną, i ile zdążyło się nauczyć w czasie wojny - wyjaśnia Hubert Kurczewski. - W wyniku działań wojennych nastąpiła nietypowa sytuacja, że poszczególne klasy były zróżnicowane pod względem wiekowym i nasza klasa też taka była.
Najmłodszą uczennicą klasy była Maria Gawrońska, rocznik 1934, a najstarszą Bożena Zielińska-Narożna, obecnie emerytowana lekarka, rocznik 1928. Rozpoczynający naukę w 1945 roku w trzy miesiące musieli przerobić cały materiał roku szkolnego 1944/1945. Ten rok szkolny nie kończył się pod koniec czerwca, ale trwał do lipca. Kolejne lata szkolne przebiegały już normalnym trybem.
- W 1945, 1946 i 1947 roku był wśród nas młodzieży olbrzymi zapał do nauki. Mieliśmy 5 lat przerwy wojennej i wśród wszystkich była olbrzymia chęć do pracy. Nie było obiboków czy lewusów. Nasza klasa od samego początku stanowiła jedną wielką integralną całość - mówi Hubert Kurczewski.
W latach 1946-1949 klasa, do której chodzili między innymi: Hubert Kurczewski, Janusz Mnichowski, Grażyna Niemczynow-Burchart, Tadeusz Malak, Stanisław Bała, Stanisław Prus, Henryka Mączyńska-Wolska, Tadeusz Bross, Władysław Olszak, Walenty Nyka, Józef Posadzy, była bardzo zgraną grupą młodych ludzi.
- Miałam bardzo fajnych kolegów i koleżanki. Do dziś się spotykamy - mówi Henryka Mączyńska-Wolska.
- Ponieważ pęd do nauki był duży, to powstawały ad hoc rozmaite kółka zainteresowań. Nie sugerowane przez nikogo z zewnątrz, tylko przez samych uczniów - przypomina Hubert Kurczewski. - Powstało między innymi kółko krajoznawcze, któremu przewodzili Józef Kopczyński i Stanisław Bała. To kółko wydawało gazetkę krajoznawczą. Na ostatniej stronie były krzyżówki krajoznawcze. Było szkolne koło PCK, braliśmy udział w szkoleniach sanitarnych.
Podczas wakacji młodzież męska ze żnińskiego liceum była wysłana do Warszawy do pracy. W ramach hufców pracy Służba Polsce młodzi licealiści oczyszczali stolicę z gruzów. Wśród nich był Stanisław Bała. To, co znalazł wśród ruin i przywiózł do Żnina, zaważy na całym jego życiu.
Licealiści - jak wszyscy ludzie w tym wieku na całym świecie - naukę łączyli z zabawą, a cenionym przez siebie nauczycielom okazywali sympatię na - czasami niecodzienne - sposoby. Wiele takich historii opowiadanych jest na zjazdach klasowych.

Koledzy klasowi: Walenty Nyka (z lewej) i Władysław Olszak fot. z arch. Władysława Olszaka
W dniu imienin katechety, ks. Władysława Zientarskiego (organizatora potańcówek klasowych, chóru szkolnego, zawodów sportowych) cała klasa wcześnie rano zebrała się przed domem, w którym mieszkał. Mieszkał wtedy u państwa Schmidtów w domu naprzeciwko ówczesnego poniemieckiego kościoła. Zajmował pomieszczenia z balkonem na pierwszym piętrze. Klasa chciała mu zrobić niespodziankę i złożyć życzenia śpiewając Sto lat. A ponieważ drzwi domu były zamknięte, to jeden z uczniów - Jan Gawroński, który w owym czasie mieszkał przy pl. Działowym, przyciągnął z domu drabinę i po tej drabinie drugi kolega Kazimierz Wieczorek wszedł do środka. Mieszkał w Skarbienicach, ale miał również stancję u Schmidtów, i znał rozkład pomieszczeń. Po cichu wszedł na drabinę, a potem przez balkon i uchylone drzwi balkonowe wślizgnął się do mieszkania księdza, który jeszcze spał. Potem zszedł na dół i otworzył pozostałym główne drzwi do kamienicy od środka. Cała klasa wparowała do mieszkania księdza. Ten się obudził, i widząc, że są z kwiatami i zaczynają śpiewać, to w szlafroku usiadł do pianina i zaczął im akompaniować.
To tylko jeden z przykładów, który pokazuje, jak klasa była zintegrowana. Drugim były wspólne przygotowania do zbliżającej się wielkimi krokami matury, którą mieli zdawać w 1950 roku. Licealiści utworzyli kilkuosobowe grupy, które spotykały się w mieszkaniach rodziców koleżanek i kolegów, w których były na to warunki. Tam przypominali sobie materiał. Jedna z grup zbierała się w mieszkaniu ks. Janusza Mnichowskiego. - Mieszkałem wtedy przy ul. Śniadeckich, u Derechów. Tam, gdzie w tej chwili jest Bank Spółdzielczy - wspomina ksiądz Janusz Mnichowski.
- Pamiętam, że myśmy tam pokotem leżeli do późnych godzin nocnych i tam wszystkie tematy powtarzaliśmy - wspomina Hubert Kurczewski. - Dlaczego tematy? W owych latach o tyle była ułatwiona sprawa, że mieliśmy podane 300 czy 400 tytułów tematów, które będą pytaniami egzaminacyjnymi. I żeby tematy te dobrze przygotować, to zostały podzielone między poszczególne koleżanki i kolegów, żeby każdy opracował jeden. Opracowanie polegało na przygotowaniu skrótu na piśmie. To zostało na powielaczu czarnym, tradycyjnym powielone i zestawienie wszystkich opracowanych tematów każdy z zainteresowanych dostał, żeby mógł się indywidualnie uczyć.
Młodzież spotykała się nie tylko, by się uczyć, także, aby posłuchać muzyki. - Spotykaliśmy się wieczorami. Mieliśmy patefon, a jak sprężyna pękła, kręciliśmy płyty palcem, żeby tylko grało - opowiada Henryka Mączyńska-Wolska.
- U państwa Bałów na dole była tzw. rojber buda. To było miejsce naszych spotkań. Jeszcze przed maturą, aż do czasów studenckich. Na ścianach były karykatury naszej paczki. Prawdopodobnie fakt ten był znany również na UB - przyznaje Zenon Pilarski.
Mamy więc zżytą klasę składającą się z dzieci rolników, właścicieli sklepów, urzędników i nauczycieli. Jest też ksiądz, z którym klasa jest bardzo związana. Są organizowane spotkania i wyjazdy w ramach kółka krajoznawczego. Często odbywają się spotkania uczniów w różnych domach. To wszystko budzi zaciekawienie aparatu bezpieczeństwa publicznego.
- W 1949 roku niektórzy koledzy byli przez pracowników Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego wzywani na przesłuchania. Polegały one na tym, że próbowano namówić ich, by byli donosicielami i mówili bezpiece, co się w szkole, i w klasie dzieje. Względnie - jeśli mają do przekazania jakieś informacje o zdarzeniach, do jakich mogło dojść w szkole, a które sprzeczne były z kierunkiem rozwoju Polski Ludowej - żeby to wszystko powiedzieć - mówi Hubert Kurczewski.
Fotografia wykonana przez UB w dniu aresztowania Stanisława Bały fot. IPN By 070/2222
Musimy jednak cofnąć się do wakacji 1948 roku. Wtedy Władysław Olszak wraz ze Stanisławem Bałą i innymi kolegami z klasy w ramach hufca pracy Służba Polsce odgruzowują Warszawę.
- Jak pracowaliśmy na gruzach w Warszawie, to Staszek znalazł cały plik gazet Narodowych Sił Zbrojnych. Widziałem, jak to znalazł. To było na ulicy Chmielnej czy Zielnej. W tej chwili znajduje się tam Pałac Kultury i Nauki - wspomina Władysław Olszak.
- Papiery te były nadpalone. Była to pozostałość po Powstaniu Warszawskim. Staszek postanowił to zabrać. Nikt nie przypuszczał, że mogą być problemy.
W sierpniu, tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego, licealiści wracają do Żnina. Stanisław Bała ma ze sobą wspomniane nadpalone gazetki NSZ. Gazetek było dużo: Narodowe Siły Zbrojne - 58 kartek, Szaniec - 18 kartek, Walka - 28 kartek, Żołnierz Wolnej Polski - 38 kartek. Tyle wyliczył UB. - Niektóre nielegalne gazetki osobiście sklejałem papierem, chroniąc je przed rozpadnięciem - przyznał potem Bała.
Urodzony w 1930 roku Stanisław Bała wraz z rodzicami: Stanisławem i Heleną z Rochowiaków, trzy lata młodszą siostrą Marią i siedem lat młodszym bratem Wacławem, mieszkali przy ul. Śniadeckich 5. Ojciec prowadził sklep kolonialny. Stanisław w 1937 roku rozpoczął naukę w szkole powszechnej. Naukę przerwał wybuch wojny. Niemcy wysiedlili rodzinę Bałów do Krosna, potem do Rembertowa, a w 1941 roku do Bekieszy w powiecie chełmskim. Tam ojciec najpierw pracował u wuja Stanisława Bały - Stefana Rochowiaka, któremu gospodarstwo przydzielili okupanci. Stanisław - jak zeznawał - zajmował się wypasaniem inwentarza. Potem, jego ojciec prowadził gospodarstwo, jakie przydzielili mu Niemcy po rodzinie żydowskiej. Do Żnina wrócili w maju 1945 r. Rodzice na powrót otworzyli sklep kolonialny, a młody Staszek zaczął naukę w gimnazjum.
- Do dziś pamiętam dokładnie, kiedy brat został aresztowany przez UB - mówi Wacław Bała, brat Stanisława, również uczeń liceum w Żninie. - Brat z Majchrowiczem uczyli się u niego na stancji, którą miał w kamienicy Eblów [dziś budynek MOPS - przyp. rk]. Tego dnia miał wyjść na dworzec kolejowy po ojca, który wracał z Bydgoszczy. Pociąg przyjeżdżał o 17.45-17.50. Mojego brata i Majchrowicza zwinęli właśnie wtedy, jak szli na dworzec. Było to 16 listopada, około 17.40, siąpił deszcz. Ojciec przyszedł do domu, ale początkowo nie zdziwił się nieobecnością syna, ponieważ pomyślał, że się uczy. Zaczął się niepokoić późnym wieczorem. Brat na noc nie wrócił. Rano ojciec poszedł na milicję, potem do UB. Kiedy ojciec był na UB, to w tym samym czasie bezpieka przeszukiwała nasze mieszkanie. Była 8.00 rano. Ja wtedy byłem już w szkole.
Stanisław Bała trafił do aresztu, który mieścił się tam, gdzie dziś jest siedziba prokuratury (dawne więzienie). Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego funkcjonował w kamienicy przylegającej do budynku sądu na pl. Wolności.
Do dzisiejszych czasów zachował się protokół z przeszukania mieszkania rodziny Bałów. 16 listopada szef PUBP w Żninie kpt. Kazimierz Łukasiewicz, by wykryć dowody przestępstwa, jak określały to dokumenty bezpieki, zarządził rewizję w mieszkaniu przy Śniadeckich 5, czyli u Stanisława Bały. Rewizja odbyła się 17 listopada 1949 roku. Przeprowadził ją funkcjonariusz UB Józef Grabski. W protokole z rewizji wymienia się pomieszczenia, z których składało się mieszkanie: ubikacja, sklep, biuro, pokój, kuchnia i skrytka. Podczas rewizji zakwestionowano: jedną teczkę papierową z prasą „Narodowe Siły Zbrojne” z czasów okupacji. Prasa jest przechowywana dłuższy czas i jest opalona. Jeden kalendarz robotniczy. Jedna książka wydanie Dmowskiego. Pięć zeszytów z brudnopisami, które są własnością syna Stanisława. Jeden miesięcznik koła krajoznawczego przy gimnazjum w Żninie. Jeden zeszyt koła krajoznawczego, w którym jest kilkanaście różnego rodzaju zapisków. Jeden kałamarz z atramentem.
Tego dnia, to jest 17 listopada 1949 roku, czyli 24 godziny po zatrzymaniu, UB wydaje na piśmie postanowienie o zatrzymaniu Stanisława Bały, a sam zainteresowany podpisuje je dopiero 20 listopada.
Dzień wcześniej, 19 listopada 1949 r., dochodzi do rewizji osobistej Stanisława Bały. Znów ją przeprowadza Józef Grabski. Także z niej pochodzi protokół, z którego dowiedzieć się można, że zakwestionowano: 329 złotych, pióro wieczne w dobrym stanie (pozłacane) marki USA, legitymację szkolną nr 273 wydaną przez gimnazjum w Żninie, portfel skórzany złoty, futerał do legitymacji, jedną fotografię, czarny różaniec, dwa klucze, pasek skórzany używany, sznurowadła i sznurek.
Tego samego dnia oficer śledczy Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Poznaniu wniósł o zastosowanie wobec maturzysty środka zapobiegawczego w postaci aresztu. Bezpieka w Poznaniu uznała, że w związku z tym, iż w pierwiastkowym, jak określono, dochodzeniu, zebrano poważne poszlaki wskazujące na popełnienie przestępstwa z art. 86 KKWP, i że zachodzi uzasadniona obawa, iż podejrzany będzie się ukrywał lub nakłaniał świadków do fałszywych zeznań albo w inny sposób starał się o usunięcie śladów przestępstwa, postanowiono zastosować wobec Stanisława Bały środek zapobiegawczy do 19 grudnia 1949 r. i osadzić go w więzieniu śledczym w Żninie. Dopisano również, że uchylenie środka zapobiegawczego może nastąpić za zgodą prokuratora wojskowego. Postanowienie o areszcie podpisał wojskowy prokurator z Poznania kapitan Kazimierz Napora.

Wacław Bała: - „To, co zrobili, to było draństwo. I nikt za to nie poniósł odpowiedzialności. Czy ktoś został ukarany? Nikt.” fot. Remigiusz Konieczka
Areszt został potem przedłużony do 19 stycznia 1950 roku z powodu, jak określono w dokumentach, wysłanych do ekspertyzy grafologicznej rękopisów podejrzanego do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, które nie nadeszły z powrotem.
O co był podejrzany Stanisław Bała, i jaka kara mu groziła? Co spowodowało aresztowanie i rewizję?
UB podejrzewało, że Stanisław Bała mógł popełnić przestępstwo z artykułu 86. Kodeksu Karnego Wojska Polskiego. Kodeks ten został wprowadzony dekretem Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego w 1944 roku, i mimo iż wojna się skończyła, nadal obowiązywał. Paragraf pierwszy tego artykułu mówił, że kto usiłuje przemocą usunąć ustanowione organa władzy zwierzchniej Narodu albo zagarnąć ich władzę podlega karze więzienia na czas nie krótszy od lat pięciu albo karze śmierci. Paragraf drugi: kto usiłuje przemocą zmienić ustrój Państwa Polskiego podlega karze więzienia na czas nie krótszy od lat pięciu albo karze śmierci. Wynika z tego, że gdyby udowodniono Bale winę, to sąd mógł skazać go nawet na karę śmierci.
Warto również poczytać następne artykuły KKWP. Kolejny, art. 87 mówi, że kto czyni przygotowania do popełnienia czynu określonego w art. 86 podlega karze więzienia. Takiej samej karze podlegali ci, którzy wchodzili w kontakty z innymi osobami, aby dokonać tego przestępstwa. O tym mówił już paragraf pierwszy art. 88. Paragraf drugi tegoż artykułu skierowany był do tych, którym na sercu leżało dobro władzy ludowej: Nie podlega karze, kto wziąwszy udział w porozumieniu doniesie o nim władzy, powołanej do ścigania przestępstw, zanim władza dowiedziała się o porozumieniu i zanim wynikły jakiekolwiek ujemne skutki dla Państwa. Z bezkarności nie korzysta, kto doprowadził do powstania takiego porozumienia.
Zachowały się dwa protokoły z przesłuchań Stanisława Bały. Ciekawe jest to, że datowane są na 16 i 17 stycznia 1950 roku, a licealista siedział w więzieniu już prawie dwa miesiące. Nie ma śladów z prowadzonych wcześniej czynności. Prawdopodobnie przez ten czas trwały nieprotokołowane przesłuchania, w czasie których naciskano, by Stanisław Bała przyznał się do fikcyjnych zarzutów. Spisano dopiero wersję ostateczną. Tak wynika z przypuszczeń wysnutych na podstawie dat z dokumentów, którymi dysponujemy na dziś, dzięki uprzejmości żony Stanisława - Barbary Bały.
Śledczy kazali maturzyście przedstawić swój życiorys, gdzie się urodził, co robili rodzice przed wojną, i gdzie przebywał w czasie okupacji. Potem pytali o pobyt w brygadzie Służba Polsce, pobyt w Warszawie i znalezione materiały.

Zdjęcie wykonane na dzień przed maturą w niedzielę 7 lub 14 maja 1950 roku u Kazimierza Wieczorka w Skarbienicach fot. z arch. Huberta Kurczewskiego
Stanisław Bała powiedział, że w lipcu i sierpniu 1948 roku wraz z kolegami z gimnazjum pracował przy odgruzowywaniu ulic Marszałkowskiej i Złotej w Warszawie. W trakcie odgruzowywania jednego z domów przy ul. Marszałkowskiej jego pluton w jednej piwnicy natrafił na większą ilość gazetek, z których część była spalona. Stanisław Bała część gazetek odłożył, ale po pracy zabrał owijając je w inną, współczesną gazetę i zaniósł do namiotu, w którym nocował z kolegami. Tam schował gazetki do plecaka, a plecak pod łóżko. Miał też powiedzieć kolegom, by zbytnio nic nikomu o znalezisku nie mówili. Kiedy wrócił do Żnina, to gazetki wyciągnął z plecaka i poukładał w skoroszycie, poprzekładał innymi gazetami, by uchronić przed dalszym zniszczeniem, całość włożył do kartonu, a karton pod biurko. Podczas przesłuchania Bała przyznał, że gazetki NSZ i gazetki Szaniec widział jego ojciec, który kazał mu je spalić, ale licealista nie zrobił tego, i tak leżały aż do momentu rewizji. Śledczy pytali, dlaczego nie zgłosił faktu znalezienia pism swoim przełożonym, na co Bała odpowiedział, że nie wiedział, że posiadanie tych gazetek jest zabronione.
Funkcjonariusze bezpieki kazali maturzyście „zapodać” wszystkie osoby, które to czytały w domu. Stanisław Bała stwierdził, że nikomu do czytania nie dawał gazetek, i nikomu też nie mówił, że je ma. Powtórzył, że nie wiedział, iż nie wolno trzymać gazetek wydawanych w czasie okupacji.
Wiedziałem tylko tyle, że gazetkę pod tytułem „Narodowe Siły Zbrojne” wydawała reakcyjna grupa NSZ, natomiast drugą gazetkę „Szaniec” nie wiedziałem co za organizacja wydawała - czytamy w protokole. Tutaj należy się mała dygresja. Język protokołu wskazuje, jakiego języka używali śledczy, i można podejrzewać też, że część zeznań została Stanisławowi Bale narzucona, bo takie słowa jak „reakcja”, używane były przez aparat bezpieki, członków partii, a nie przez zwykłych obywateli. Zresztą metody przesłuchiwania stosowane przez UB były żywcem przeniesione z sowieckiego NKWD, a tam najpierw bito, a potem dopiero pytano. - Posiadanych gazetek nie używałem do żadnych celów agitatorskich przeciwko obecnemu ustrojowi - to też język przesłuchującego, a nie przesłuchiwanego.
Jednak śledczy nadal wałkowali wątek gazetek pytając, w jakim celu je przywiózł do Żnina. Stanisław Bała odpowiedział, że myślał, iż gazetki przydadzą się do opracowywania pewnych zagadnień w szkole. Do innych celów ich nie używał i nie miał zamiaru ich kolportować.
Drugi wątek badany przez śledczych dotyczył znalezionej książki autorstwa Romana Dmowskiego. Stanisław Bała tłumaczył, że książkę pożyczył od kuzyna Zbigniewa Bały i trzymał do chwili znalezienia jej przez rewidentów. Tłumaczył, że zawarte w niej zagadnienia służyć miały do odrabiania lekcji, ale materiału potrzebnego nie znalazł.
Na pytanie śledczego Władysława Cichego, czy przyznaje się do posiadania nielegalnych gazetek, młody żninianin - zgodnie z prawdą - przyznał się.
Tego dnia, 17 stycznia 1950 r., Stanisława Bałę przesłuchiwał ten sam śledczy co poprzedniego. Znów był wałkowany wątek gazetek NSZ i książki Romana Dmowskiego. Ciągłe pytanie o to samo przez śledczych miało zapewne na celu wychwycenie różnicy w zeznaniach, a funkcjonariusze liczyli na nowy wątek w śledztwie, i zeznania, dzięki którym sam odpowiadający mógł się pogubić i tym samym pogrążyć. Maturzysta zeznał to samo, co poprzedniego dnia. Przyznał jedynie, że gazetki mogli widzieć koledzy, którzy do niego przychodzili, ale on sam nikomu ich nie pokazywał. To samo tyczyło się wątku książki Romana Dmowskiego.
Odpowiedź na trzecie pytanie śledczego rozjaśnia wątek związany z tym, dlaczego w ogóle Stanisław Bała został przez UB zatrzymany. Ulotki i książka były - wynikającym z rewizji - dodatkowym bonusem dla funkcjonariuszy. Powód zatrzymania był zupełnie inny.
16 listopada rano, a więc w dniu aresztowania Stanisława Bały, w szkole pojawiła się ulotka. Po pierwszej lekcji zauważyłem jak kolega Stanisław Prus stał z kolegą Walentym Nyką w klasie przy oknie i coś mu pokazywał. Po wyjściu na przerwę kol. Walenty Nyka powiedział do mnie, że kol. Stanisław Prus posądza go o narysowanie tej kartki, na której miał być narysowany orzeł i inne rysunki. Co właściwie przedstawiała kartka, nie wiem. Na drugiej przerwie widziałem jak kol. Stanisław Prus pokazywał jakąś kartką koledze Karolowi Derechowi. Jak się później dowiedziałem, to Stanisław Prus miał posądzać Derecha o narysowanie tej kartki, lecz Derech nie przyznawał się do tego. Po czwartej lekcji spotkał mnie na korytarzu kol. Mieczysław Sobański i powiedział mi, że kol. Stanisław Prus posądza mnie, Walentego Nykę, Zielińskiego, Karola Derecha i innych o napisanie kartki antyludowej. Idąc korytarzem spotkałem obywatela Rościszewskiego, który powiedział, że Stanisław Prus był z tą kartką u dyrektora. Następnie zapytałem ob. Rościszewskiego co to była za kartka i co było drukowane. Odrzekł mi, że był tam narysowany orzeł, sztandar, miał być rysunek przedstawiający wisielca na latarni i różne napisy, a jeden z napisów brzmiał: „Już dindam za Stalina”. Nie przypominam sobie jakie były drugie napisy. - czytamy w protokole z przesłuchania Stanisława Bały.
Śledczy dopytywali na kogo padło podejrzenie. - Podejrzenie padło ze strony Stanisława Prusa na kol. Karola Derecha, Władysława Olszaka, Walentego Nykę i na mnie, lecz konkretnych dowodów na to nie ma, a jest tylko przypuszczenie. Nie widziałem, by ktokolwiek z kolegów trudnił się rysowaniem takich ulotek. Ulotkę mógł włożyć ktoś z innej klasy.
Na pytanie, czy ma coś jeszcze do dodania, Stanisław Bała stwierdził, że jeszcze tego dnia wieczorem (musiało to być tuż przed aresztowaniem) idąc z biblioteki razem z Józefem Kopczyńskim spotkali Tadeusza Majchrowicza. - Zapytałem go, czy widział daną kartkę z rysunkami. Odpowiedział mi, że kartkę miał, gdyż znajdowała się w jego kurtce.
Arkusz streszczenia protokołów wyraźnie wskazywał na to, że Stanisław Bała zatrzymany został przez UB za pisanie ulotek, a gazetki NSZ z 1944 roku, które znalazł w Warszawie i przywiózł do Żnina, tylko potwierdziły podejrzenia bezpieki o wrogość wobec ustroju.

Maturzyści rocznika 1950 podczas zjazdu 31 maja 2013 roku w dniu obchodów 90-lecia liceum. Od lewej na dole: Grażyna Niemczynow-Burchart, Henryka Mączyńska-Wolska, Gertruda Piechocka, Eugenia Zwolenkiewicz; stoją: Andrzej Zalski, Zenon Pilarski, Tadeusz Bross, ks. Janusz Mnichowski, Wacław Bała (matura 1955), Hubert Kurczewski fot. Remigiusz Konieczka
O tym, co się działo w szkole wcześniej, bezpieka różne rzeczy wiedziała. Gimnazjum i liceum było inwigilowane, a wewnątrz UB miała informatorów. Środowisko gimnazjalne opatrzone zostało kryptonimem Myśliciele i obserwowane. Jeden z informatorów miał kryptonim Klasa. Nie jest nam znany z imienia i nazwiska, tak samo jak pozostali. Był też informator o kryptonimie Żabka, który był wykazywany wśród uczni szkolnych w gimnazjum, potem przesunięto go do KSM-u. Był również informator o kryptonimie Książka. To, co robili uczniowie X, a potem XI klasy w 1949 roku było doskonale wiadome UB. Oto kilka przykładów z meldunków PUBP w Żninie do WUBP w Poznaniu.
Maj-czerwiec 1949 r.: Uczeń X klasy ob. Olszak Władysław opowiadał wśród kolegów, że w Polsce nastąpi gospodarka kolektywna na system radzieckiej gospodarki, gdzie ludność będzie korzystała z jednej kuchni, gdzie też częściowo jest wina profesorów, bo gdy uczniowie się zapytują profesorów jak rzeczywiście mają wyglądać spółdzielnie produkcyjne, to profesorowie dokładnie nie tłumaczą. I kilka wersów dalej: Są notowani poszczególni uczniowie jak Hoffman Andrzej, Mniechowski [pisownia oryginalna] Janusz, Bross Tadeusz pomimo iż są członkami ZMP, którzy po linii organizacyjnej żadnej aktywności nie wykazują, a ściśle utrzymują kontakty z miejscowym księdzem, którzy są ministrantami i oddziałowują na drugą młodzież w celu uczęszczania do kościoła.
UB miało na Stanisława Bałę kilka rzeczy z miesięcy poprzedzających aresztowanie. Wiedzieli, że na początku roku szkolnego, we wrześniu 1949 roku, Stanisław Bała ubolewał, iż nie będzie religii w szkole. Wyżej wymieniony jak fanatyk klerykalny celowo mówił to, by te wiadomości się rozeszły na terenie szkoły dla celu pobudzenia fanatyzmu wśród uczni. Natomiast podczas akademii z okazji rocznicy bitwy pod Lenino, w październiku 1949 roku, znów doniesiono na UB na Stanisława Bałę i jego kolegów. W czasie akademii nauczyciel historii Hieronim Gramlewicz wygłosił referat, tym razem UB z dumą odnotowało, że w duchu demokratycznym [czyli - używając słów w ich właściwym znaczeniu - korzystnym dla umacniania totalitaryzmu - przyp. rk], ale podczas wygłaszanego referatu wśród uczni okazywała się niechęć do wysłuchania referatu i to u uczni według otrzymanych danych jak u Bały Stanisława, Nyki Walentego, Zabłockiego Andrzeja, którzy to się rekrutują z bogaczy wiejskich. W/w podczas tej akademii oficjalnie wrogo nie występowali, natomiast pomiędzy sobą w sposób żartów przez swoje popychanie się i śmianie zakłucali [pisownia oryginalna] spokój, na co dyrektor gimnazjum zwracał uwagę. Został zorganizowany pochód z okazji dnia pokoju i znów Stanisław Bała z kolegami został odnotowany w aktach UB, bo nie poszedł na pochód: Bała Stanisław, Nyka Walenty i Posadzy z Sarbinowa zamiast iść na pochód weszli do mieszkania przy ul. Śniadeckich, gdzie w tym czasie przechodził pochód, śmiali się z tych, którzy to biorą udział w tym pochodzie. W/w są podejrzani przez tutejszy UB już od dłuższego czasu o wprowadzanie fermentu na terenie tutejszego gimnazjum i to wszystko w sposób żartów.
Ale UB zbierała informacje nie tylko od swoich informatorów-agentów. Próbowała nakłaniać uczniów do donoszenia im tego co dzieje się w szkole. Kolega Stanisława Bały, Władysław Olszak mieszkał (i mieszka) w Grochowiskach Księżych. - Jak się dowiedziałem, że Stanisława Bałę aresztowali i znaleźli u niego książkę Romana Dmowskiego, to zaraz wsiadłem na rower i przyjechałem do domu - mówi Władysław Olszak. - Podczas wojny, jak nasze gospodarstwo zajęła Niemka, to mieszkaliśmy u Waszaków. Najmłodszy z nich studiował w Poznaniu i przywoził różne książki, w tym książki Romana Dmowskiego. Po wojnie szafa z tymi książkami znalazła się u nas i wtedy szybko rowerem wróciłem ze Żnina do domu i te 12 czy 14 książek spaliliśmy.
Władysław Olszak kilka razy był nagabywany przez UB. Przypuszcza, że chodziło im o wyciągnięcie z niego zeznań obciążających Stanisława Bałę.
Zaczęło się jeszcze przed aresztowaniem Stanisława Bały. Władysław Olszak pamięta, że gdy szedł na obiad do gospody na rynku, podszedł do niego nieznany gość i powiedział, że ktoś z domu do niego przyjechał i czeka w parku. Władysław Olszak mieszkał bowiem na stancji, a na sobotę i niedzielę jeździł do domu do Grochowisk Księżych. Poszedł do parku i... został dziurą w płocie od strony młyna wprowadzony do siedziby UB. Kazali mu przedstawić swój życiorys. Musiał też zobowiązać się do tego, że nikomu nie powie gdzie był. Nie mógł się zdradzić, że przetrzymywało go UB. Pierwszy jego pobyt w PUBP trwał ponad 3 godziny. Po 3 godzinach przyszedł do niego sam naczelnik żnińskiej bezpieki.
- Chociaż i tak się nie dało tego utrzymać, bo przecież Żnin to małe miasto - mówi Władysław Olszak. - Koledzy i tak pytali. Chodziło im o to, aby mieć swoją wtyczkę w szkole i ja miałem tą wtyczką być. Miałem im donosić na kolegów i trzymać wszystko w tajemnicy.
Władysław Olszak został wypuszczony, ale UB nie dało mu spokoju. Za drugim razem przydybali go gdzieś w łanie zboża na drodze ze Żnina do Bożejewiczek. Dwóch funkcjonariuszy rozłożyło się na pałatkach i czekali. Chcieli, aby licealista podał im nazwiska lub pseudonimy kolegów, którzy mówiliby coś przeciwko władzy ludowej. - Ja na to się nie godziłem w żadnym wypadku - mówił Władysław Olszak.
Podczas naszej rozmowy przyznał, że nie pamięta, ile razy był doprowadzany na UB. Pamięta jednak, że już przy okazji drugiej wizyty padło z ust ubeków pytanie o to, co wraz z kolegami robili w Warszawie, i co znaleźli w gruzach. Z tego zboża został zabrany na UB i tam właśnie zadano mu pytanie o ulotki. - Kiwałem ich cały czas i udawałem pierwszego naiwnego. Powiedziałem, że widziałem ulotki, ale wydawało mi się, że psu na budę się one zdadzą - powiedział Władysław Olszak.
Kolejny raz UB przyszła po licealistę na stancję. Został wprowadzony do ciemnego pokoju.
- Spojrzałem i zobaczyłem, że ktoś siedzi w kącie. Odwróciłem się, a to był Andrzej Zabłocki, kolega z klasy, którego potem już nie widziałem. Czy jego też brali na spytki, to tego nie powiem, bo nie wiem. Jego z tej ciemnicy wypuścili do domu, a ja zostałem. Potem wzięli mnie na piętro. Znów po kilka razy musiałem pisać swój życiorys. Sprawdzali, czy piszę prawdę. Posadzili mnie potem w kucki i po godzinie kazali wstać. Wstałem i przewróciłem się prosto na gębę, bo mi nogi ścierpły i dostałem kopniaka w żołądek.
Później przez dziedziniec sądowy został wprowadzony do aresztu. Wtedy była już zima i był to czas, kiedy w tym samym areszcie siedział Stanisław Bała. Władysław Olszak został osadzony w innej celi. - Zatrzymali mnie na 48 godzin, żebym zmiękł - twierdzi nasz rozmówca. - W areszcie było zimno i czuć było wilgocią. Była prycza i murowany piec, ale palili, jak im się zachciało. Dwa razy coś tam jadłem. Nie powiedzieli, dlaczego siedzę. Pewnie dlatego, że byłem uparty i nie podpisałem lojalki, nie chciałem donosić. W szkole i tak się dowiedzieli. Koledzy przyszli pod areszt i piaskiem w okno rzucali. Nie wiem, czy ktoś jeszcze siedział, bo nikt się tym nie chwalił. Po zwolnieniu wzięli mnie chyba jeszcze tylko raz, ale wtedy to już mi spowszedniało.

Absolwenci rocznika 1950 na jednym ze zjazdów fot. z arch. Huberta Kurczewskiego
Kulisy znalezienia ulotki w swoich zeznaniach podaje na przesłuchaniu Tadeusz Majchrowicz, uczeń XI klasy, wtedy mieszkaniec Ustaszewa. 15 listopada 1949 roku udał się na lekcje do gimnazjum i jak zwykle w korytarzu powiesił kurtkę kanadyjkę. Po lekcjach zabrał ją i poszedł do mieszkania, stancji, a o 14:00 udał się na dworzec, by pojechać do domu. W czasie kontroli biletów w pociągu wypadła mu z kieszeni zwinięta kartka papieru, którą podniósł i schował do kieszeni, nie wiedząc co na niej jest. Zobaczył to po odejściu konduktora. Na karcie narysowane było godło Polski, inne rysunki oraz napisy pod każdym z rysunków. Narysowana była szubienica, na której był sierp i młot. Była też narysowana latarnia uliczna, na której był powieszony ZMP-owiec.
- Kartkę schowałem do kieszeni nie pokazując nikomu w domu - relacjonował funkcjonariuszom Tadeusz Majchrowicz. - Po powrocie w tym samym dniu do Żnina udałem się na stancję do mego pokoju, gdzie również był kolega Strzelecki Alfons, któremu pokazałem wspomnianą ulotkę. Oboje wspólnie debatowaliśmy kto był sprawcą narysowania tejże ulotki. Kolega Strzelecki Alfons kazał mi schować zapodaną ulotkę, by następnego dnia pokazać koledze Stanisławowi Prusowi, który również uczęszczał do jednej i tej samej klasy. Podejrzenie padło na rysowanie ulotki na naszej uczelni z naszej klasy reakcyjnej, lecz właściwego sprawcy narysowania ulotki zapodać nie umie. Następnego dnia, tj. 16 listopada, w szkole gimnazjum pokazałem ulotkę koledze Prusowi Stanisławowi pytając się kto mógłby to rysować i oboje postanowiliśmy wykryć sprawcę narysowania lecz spełzło to na niczem. Następnie kolega Prus Stanisław udał się do dyrektora gimnazjum, przedstawiając mu wspomnianą ulotkę.
Tadeusz Majchrowicz po lekcjach spotkał Stanisława Bałę i Walentego Nykę: - Wtenczas zwrócił się do mnie Bała Stanisław oświadczając mi, że Prus Stanisław posądza go i jego kolegów o napisanie ulotki. Ja powiedziałem do Bały i jego kolegów, że o ile się wykryje, kto pisał tą ulotkę, nie będzie się miał co śmiać i następnie rozeszliśmy się. Potem znów spotkał Staszka Bałę, ale razem z Józefem Kopczyńskim: Bała zapytał mnie „Co Majcher, co słychać z tą grandą”. Ja odpowiedziałem, że kolega Prus miarkuje, kto to zrobił gdyż podobnego orła narysowanego na ulotce widział u jednego kolegi na biurku. Na to Kolega Bała Stanisław powiedział „To u mnie widział orła”, a zwracając się do kolegi Kopczyńskiego mówił „Nie powiedziałem ci Juchu, że podejrzenie będzie na mnie i na Zbycha Bałę, bo on rysuje”. Następnie wszyscy szliśmy razem. Lecz na temat ulotki nie było mowy - to kolejny fragment zeznań Tadeusza Majchrowicza.
Wspomniany tutaj przez Stanisława Bałę jego kuzyn Zbigniew Bała również zeznawał w tej sprawie jako świadek. Chodził wtedy do X klasy gimnazjum. Zeznał, że nie miał w domu książki Romana Dmowskiego, i nie pożyczał jej kuzynowi. Możliwe, że zrobił to jego młodszy brat Janusz. O gazetkach nic nie wiedział, a o rozpowszechnianiu ulotek nic nie słyszał. Na zakończenie dodatkowo zeznał, że jakieś książki były na strychu, ale czy była wśród nich książka Dmowskiego, też nie wiedział.
22 listopada 1949 roku wysłano do ekspertyzy pisma, sporządzone rękami Stanisława Bały, Józefa Kopczyńskiego i Zbigniewa Bały. Dokument nie wyjaśnia jaka to miała być ekspertyza - domyślać się można, że chodziło o sprawdzenie przez grafologów, kto mógł z tej trójki narysować antyrządowe ulotki. Wyników tej ekspertyzy nie ma. Mogła w ogóle nie powstać, a jeśli powstała, to widocznie nie obciążała ani aresztowanego Stanisława Bałę, którego potem zwolniono, ani pozostałej dwójki, bo ich nie zaaresztowano.
Akta UB, które znajdują się w bydgoskim IPN, nie dają odpowiedzi na pytanie, skąd UB dowiedziała się o ulotce. Na kilkuset przeczytanych stronach jest tylko jedno zdanie, które imiennie wskazuje na osobę, która ulotkę zaniosła lub o ulotce powiedziała w Powiatowym Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Żninie. 2 grudnia 1949 roku sporządzono protokół z przesłuchania świadka. Był nim Bernard Koźmiński, wtedy uczeń X klasy gimnazjum. Mieszkał w Żninie przy ul. Podmurnej. Podczas przesłuchania był przez UB pytany, czy wie o ulotce. Powiedział, że tego dnia był chory. Następnego dnia koło kina spotkał kolegę Stanisława Orzechowskiego, i zapytał co słychać w budzie. Ten mu opowiedział co zaszło (o znalezieniu ulotki w szkole i aresztowaniu Bały). Dalej kolega Orzechowski nadmienił, że źle zrobił kolega Prus Stanisław, że tą ulotkę oddał do UB.
Stanisław Orzechowski mieszkał w Podobowicach. UB nie omieszkało odnotować, że jego ojciec posiada 22 ha ziemi. Protokół z jego zeznaniami nie zawiera jednak nazwiska Stanisława Prusa. Orzechowski opowiedział funkcjonariuszom o tym, jak gazetki NSZ zostały przez junaków znalezione rok wcześniej w Warszawie. I nic więcej „nie zapodał”.
Również protokół z przesłuchania Władysława Olszaka sprowadza się do relacji z pobytu w Warszawie, do tego jak znaleźli gazetki NSZ, i co z nimi działo się później. Odpowiadając na pytanie o ulotkę stwierdził, iż nie widział jej, tylko słyszał, że została znaleziona u kolegi Majchrowicza, a kto był inspiratorem tejże ulotki jest mi nie wiadomo.

Stanisław Bała w czasach nauki w gimnazjum fot. arch. Wacława Bały
W podobnym tonie zeznawał Kazimierz Nogalski, wtedy uczeń X klasy. Przesłuchiwany był również Józef Kopczyński. Jeden z tych uczniów, których początkowo podejrzewała bezpieka o narysowanie ulotki z dyndającym ZMP-owcem. Józef Kopczyński talent plastyczny miał. Został zresztą później słynnym rzeźbiarzem i profesorem poznańskiej ASP. I znów te same pytania: Od kiedy świadek zna Bałę Stanisława?, Co świadek może powiedzieć o posiadaniu przez niego gazetek NSZ?, Czy świadkowi jest wiadomo, że na terenie gimnazjum kolportowane były ulotki? - Żadne ulotki antypaństwowe nie były rozpowszechniane - odpowiadał Józef Kopczyński. - Lecz w miesiącu listopadzie pokazywał mi kolega Prus Stanisław ulotkę o treści antypaństwowej. [...] W podejrzeniu o napisanie ulotki był Stanisław Bała, lecz czy faktycznie to zrobił dowodów konkretnych nie było.
Kto narysował tę ulotkę, kto ją włożył do kanadyjki Tadeusza Majchrowicza - tego UB nie wyjaśniło, nie udało się również tego dowiedzieć wtedy kolegom z klasy, i nie wiadomo tego do dziś.
Wzrost 170 cm, włosy: ciemny blond, oczy: piwne, nos: długi, uszy: odstające, głos: cienki, ubiera się przeciętnie. To opis Stanisława Bały z protokołu przesłuchania na UB. A takim zapamiętał go kolega z klasy Hubert Kurczewski: - Był raczej spokojny, zrównoważony, też lubiany, ale bardziej poważny od Walka Nyki. Walek był wesołkiem, uśmiech nie schodził z jego twarzy, był dowcipny i lubiany przez wszystkich.
- W Walku kochała się połowa dziewczyn w klasie - mówi Krystyna Krzycka-Gasztych (matura 1952 r.). - Cała rodzina Nyków była wspaniała. Jeździliśmy do nich do Łysinina na rowerach. Pływaliśmy czółnem po stawie. Pani Nykowa zawsze nas przyjmowała z otwartymi rękoma. To był dom otwarty i gościnny. Cudowna rodzina.
Oprócz Stanisława Bały i Władysława Olszaka w więzieniu był też Walenty Nyka. Mimo że o jego pobycie nic dostępne nam archiwa nie wspominają. Tak samo jak milczą w kwestii zatrzymania Władysława Olszaka. To, że siedział wiemy dzięki jego bratu, Józefowi Nyce, który zdążył z nim porozmawiać na temat wydarzeń z 1949 i 1950 roku niedługo przed śmiercią Walentego: - Aresztowani: ja, Stanisław Bała, Józef Posadzy z Sarbinowa. Świadkowie: Władek Olszak (w areszcie: doba, dwie), Andrzej Zabłocki. Posadzy niedługo. Siedzieli osobno. W przysiadzie do upadku. Światło w oczy, rewolwerami straszyli, cele zimne, przesłuchanie przy otwartych oknach w Żninie na UB. Przesłuchy nocą. Była zima i nękali ich zimnem.
O tym, jak wówczas wyglądał areszt, można dowiedzieć się nie tylko z opowiadań, ale z dokumentów UB. Sami funkcjonariusze mieli świadomość, że stan budynku był zły. Areszt posiada 15 cel w tym dwie cele wspólne o pojemności 60 cbm i 13 cel o pojemności każda 22,5 cbm. Okna są okratowane lecz nie posiadają z zewnątrz zasłon (koszy) uniemożliwiłoby zatrzymanym porozumiewania się na zewnątrz, gdyż areszt znajduje się przy ulicy jak również jedna strona przylega do parku. [...] Ponadto w areszcie okna znajdujące się na strychu nie są zabezpieczone przez kraty co również daje możliwość zatrzymanym do wydostania się na wolność. [...] W areszcie pełni służbę dwóch funkcjonariuszy, którzy zmieniają się co dobę pełniąc w ten sposób służbę przez 24 godziny. Funkcjonariusze w areszcie nie posiadają tych wszystkich zalet jakie powinni posiadać pełniąc tak odpowiedzialne obowiązki. Brak jest im fachowego przeszkolenia w służbie z dziedziny więziennictwa, co wpływa niejedno krotnie na pracy śledczej. [...] Areszt posiada łazienkę, gdzie przeprowadzane są systematyczne kąpiele co daje dla zatrzymanych dostateczną możliwość utrzymania higieny. Natomiast poszczególne cele wymagają już malowania gdyż są już brudne.
Przesłuchiwany był też Tadeusz Bross: - Przyszedł profesor Synak i powiedział mi, że na trzeciej godzinie do UB mam iść. Poszedłem. Był Grabski. Położył spluwę na stole i powiedział, że mnie zastrzeli. Udało mi się coś zrobić, żeby to dalej nie poszło. Kiedy powiedział, że mam mu dać dowód osobisty, to w tym momencie zorientowałem się, że mam fotografię księdza Dzidka z kolegami. Gdybym pokazał tę fotografię, to zaczęłyby się pytania, a kto to, co tam robi itd. Obciążałoby to nie tyle mnie co kolegów. I ja to zdjęcie w kieszeni zsunąłem z legitymacji do kieszeni i nie wyciągnąłem. Do toalety mnie odprowadzali. Dużo się powoływałem na Staszka Prusa, bo ja go dobrze znałem i byłem z nim w dobrej komitywie. I przypuszczalnie po tym moim przesłuchaniu go wezwali, a mnie puścili. Powiedziałem im, że Staszek Bała i inni nie są winni. On [funkcjonariusz - rk] odpowiedział, że wie, ale on jest prowokatorem czy coś takiego. A na studia i tak się nie dostałem. Mam wrażenie, że wzywali Prusa potem.
Władysław Olszak pamięta, że Stanisław Prus poszedł z tą ulotką do dyrektora Romana Piotrowicza.Wacław Bała: - Na ulotce był orzeł i ZMP-owiec wiszący na szubienicy oraz napis „Ty stalinowsko świnio, będziesz jeszcze wisiał”. Jak Majchrowicz znalazł tą ulotkę, to dał ją Prusowi i powiedział: „Ona jest chyba dla ciebie”. Wyjaśnijmy, że Związek Młodzieży Polskiej był młodzieżowym zapleczem politycznym dorosłego PZPR. Symbolem ZMP były czerwone krawaty i służba dla Partii.

W tym budynku mieścił się w 1950 roku areszt. Brat Stanisława Bały - Wacław - pamięta dokładnie miejsce osadzenia: „Czwarte okno na drugim piętrze”. fot. Remigiusz Konieczka
Stanisław Prus wojnę spędził w Żninie. Pracował m.in. w drukarni w zecerni, układał czcionki, gotował ołów do linotypu i rozwoził do prenumeratorów gazety Ostdeutscher Beobachter i Völkischer Beobachter. Po maturze studiował na SGPiS, a potem pracował w ministerstwie finansów, był szefem Ekonomicznego Zjednoczenia Uzdrowisk Polskich (1968-1978), pracował w NIK, wrócił do ministerstwa finansów. Wtedy - jak przypomina - kiedy pracował po raz drugi w ministerstwie finansów, dzięki kontaktom w resorcie zdrowia pomógł swemu klasowemu koledze Andrzejowi Hoffmannowi w uzyskaniu środków na budowę oddziału ginekologiczno-położniczego w Żninie. Zapytany o wydarzenia z 1949 roku powiedział: - Ulotka była w mojej kieszeni. Narysował ją Wiesław Mnichowski, on dobrze rysował. Ja byłem członkiem ZMP. Zakładałem koło ZMP w gimnazjum, członkiem tego koła była nawet Krystyna Krzycka, córka Alfreda Krzyckiego. Dostałem ulotkę i byłem tam powieszony na latarni. Ja, Bogu ducha winien. Dałem ją dyrektorowi. Co się stało potem, nie wiem. Czy ulotka była powodem aresztowania, też nie wiem. Dopiero teraz się dowiedziałem, że były jeszcze znalezione jakieś gazetki. To, że Bałę zamknęli wiedziałem, ale że Olszaka i Nykę - nie. Z Walkiem Nyką byliśmy w przyjaźni, często zapraszał mnie na polowania. Mnie o tę sprawę nie pytali. Na UB nie wzywali. Ulotkę zaniosłem do Piotrowicza i na tym się skończyło - mówi Stanisław Prus.
W aktach IPN nie ma protokołu z przesłuchania Stanisława Prusa. Wiesław Mnichowski (kuzyn ks. Janusza Mnichowskiego) nie żyje, nie można więc zweryfikować przypuszczenia Stanisława Prusa, że to on narysował tę ulotkę.
Fakt sporządzenia ulotki w gimnazjum nie był jedynym, jaki odnotowała w swoich dokumentach bezpieka. Okazuje się, że ponad pół roku wcześniej uczeń siódmej klasy Tadeusz Różański przyniósł napisaną tuszem ulotkę z tekstem Precz z komunizmem i pachołkiem jego Bierutem. Uczeń nie był aresztowany, przynajmniej nie odnotowują tego dostępne akta. Wykorzystano ten fakt do rozwiązania w Żninie Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży, do którego należał uczeń.
Pozwolę sobie wysnuć hipotezę, że funkcjonariusze UB idąc do mieszkania Stanisława Bały wiedzieli, czego mają szukać. Od swych agentów wiedzieli o gazetach NSZ, które przywiózł z Warszawy (Władysława Olszaka pytali o nie przecież w zbożu, czyli już latem 1949). Przyczynkiem do tej hipotezy jest fragment dokumentów z archiwum IPN. Jest to instrukcja nr 31 jaką otrzymał szef Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa w Żninie od p.o. Wojewódzkiego Szefa UB w Bydgoszczy
z 19 czerwca 1948 roku, a więc roku, w którym Stanisław Bała wraz z kolegami pojechali z nakazem odgruzowywania Warszawy.
W związku z rozpoczynającym się 1 lipca nowym turnusem SP, na który będzie powołana młodzież szkolna, proszę o przysłanie nazwisk agentów powołanych do brygad SP najpóźniej do dnia
23 czerwca br. Informatorzy wasi wyjeżdżający do brygad SP winni otrzymać przed wyjazdem zadanie zbierania wszelkiego rodzaju informacji dotyczących tak junaków, jak i personelu kadrowego brygad.
Jednym z zadań tzw. informatorów było śledzenie, czy nie dochodzi do szerzenia antydemokratycznej propagandy. Zabranie ulotek NSZ mogło być uznane za szerzenie takiej wrogiej propagandy. Informatorzy mieli zdawać informacje po powrocie, i najpewniej takie relacje zdawali. Skoro szef UB miał taką listę podać, to pewnie podał. Uczniowie liceum byli w Warszawie obserwowani. Przez kogo? Nazwisk w udostępnionych nam aktach nie ma. Jeśli żnińscy junacy mieli w swoim gronie informatora UB, to można wysnuć wniosek, że UB już w 1948 roku wiedziała o gazetach NSZ. Aresztowanie Stanisława Bały było okazją do tego, by tę wiedzę wykorzystać.
W archiwalnych aktach nie ma informacji, skąd bezpieka dowiedziała się o ulotce. Z dokumentów wynika, że wiedzieli i już, a skąd tę wiedzę czerpali, tego nie piszą. Nie ma też informacji, że Władysław Olszak i Walenty Nyka byli zatrzymani przez UB w areszcie. Na liście przebywających w areszcie w styczniu 1950 roku widnieją trzy nazwiska: Stanisław Bała, syn Stanisława, Stanisław Bała, syn Jakuba (w dalszej części napiszemy - o co chodziło) oraz Sylwester Kaczmarek, członek milicji niepokalanej, który 2 października 1949 roku miał wywieszać ulotki antyrządowe w Rogowie (jemu wyznaczono areszt do 14 lutego 1950 r.).
Można wysnuć hipotezę, że UB zamknęło kolegów Stanisława Bały, aby wydusić z nich zeznania obciążające kolegę, względnie wymusić podpisanie gotowych już zeznań. Metodą NKWD, a potem ich wiernych uczniów z UB, było pisanie zeznań nieprawdziwych, obciążających tych, którzy mieli być obciążeni, doprowadzanie do sfingowanych procesów lub uśmiercanie bez procesów. Tak zwane „zmiękczanie” i zmuszanie nie powiodło się. Śledztwo przeciw Stanisławowi Bale umorzono.
Można również domyślać się, iż UB chciało zastraszyć środowisko uczniów przez zamykanie licealistów w więzieniu. Długość przebywania w areszcie Stanisława Bały jesteśmy w stanie określić dokładnie. Jak długo siedzieli Walenty Nyka i Władysław Olszak - nie wiemy. Krystyna Krzycka-Gasztych, która maturę zdawała w 1952 roku, pamięta, że chodzili pod areszt, krzyczeli do Walentego Nyki, śpiewali, ale z trudem przypomina sobie, jak długo jej kolega przebywał w areszcie - może tydzień, może półtora tygodnia?
Okres, w którym w areszcie przebywał Stanisław Bała, był trudny dla całej jego rodziny.
- Ojciec się dopytywał - mówi Wacław Bała. - Do ojca przyszedł ktoś i dostał informację, że jak chce się czegoś o synu dowiedzieć, to ma przyjść do mieszkania dentystki Porankiewiczowej w kamienicy Tokarskich na ul. Kościuszki. Pamiętam, że ojcu kazali przyjść do tego mieszkania 13 grudnia 1949 roku. Miał tam być jakiś Oleksy z UB i miał powiedzieć ojcu, jak pomóc synowi. Na miejscu ubek powiedział, że załatwienie sprawy będzie wiązało się z kosztami podróży do Poznania. No to ojciec dał mu na podróż 200 zł. Jak tylko ojciec wyciągnął pieniądze, to jeden z ubeków wyszedł z szafy, a drugi spod łóżka. Stwierdzili próbę przekupstwa urzędnika państwowego.
W więzieniu znaleźli się więc już dwaj Stanisławowie Bała: ojciec i syn. Prowadzenie sklepu spadło na barki matki. Po aresztowaniu ojca Urząd Skarbowy naliczył domiar, który doprowadził do upadku sklepu. Domiar ówczesna władza nakładała na prywatnych właścicieli za stwierdzenie nieprawidłowości w księgowości. Kara była niewspółmierna do błędu i bardzo wysoka. Jej celem było wyeliminowanie prywatnej własności w handlu. Ofiarą domiaru padła również rodzina Bałów, która została z dnia na dzień bez środków do życia. - Święta były bardzo przykre. Ojciec z bratem dzielili się opłatkiem na schodach więzienia. Mama musiała zorganizować wszystko sama. Coś wtedy jeszcze ze sklepu zostało, ale bieda była straszna - relacjonuje Wacław Bała.
Rodzina posyłała jednak paczki do więzienia. Wszystkie były otwierane i sprawdzane, czy nie jest w nich coś przemycane. Rozmawiali ze swoimi bliskimi chodząc przed okna aresztu. Zresztą tak samo rozmawiali ze Stanisławem Bałą jego koledzy i koleżanki z klasy.
- Chodziliśmy do parku. Siedział przy oknie, jak coś było nie tak, to kiwał żebyśmy odeszli - mówi Henryka Mączyńska-Wolska. - Wrzeszczałyśmy: „Stasiu, Stasiu!” - dodaje Grażyna Niemczynow-Burchart. - Czwarte okno na drugim piętrze - wspomina Wacław Bała.
REMIGIUSZ KONIECZKA
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze