Obelisk pamięci żołnierzy podziemia antykomunistycznego z oddziału Armii Krajowej Świerki-2 został w sobotnie południe 17 września odsłonięty w Pszczółczynie. Na początku maja 1945 r. na polu, na którym obelisk stanął odbyła się potyczka. Partyzanci chcieli odzyskać kilkaset krów, które polskiej ludności cywilnej zagrabili funkcjonariusze radzieccy. O tamtej historii opowiedział nam Stanisław Czajka, którego rodziców gospodarstwo posłużyło NKWD jako punkt, w którym spędzono skradzione Polakom bydło i gdzie żołnierze podziemia stoczyli walkę.
Pszczółczyn to malowniczo położona pośród lasów miejscowość w gminie Łabiszyn. Niemal na skraju Puszczy Bydgoskiej. Ten leśny kompleks blisko 80 lat temu był obrębem operacyjnym oddziałów Armii Krajowej. Działał tutaj w maju 1945 r. m.in. oddział Świerki-2 utworzony przez kpt. Alojzego Bruskiego. Oddział liczył 35 żołnierzy. Byli to dezerterzy z obozu w Zimnych Wodach (Bydgoszcz). Był to obóz dla internowanych żołnierzy Armii Krajowej, którzy zimą 1945 r. zdecydowali się ujawnić władzy komunistycznej. Po ucieczce z obozu, która miała miejsce 29/30 kwietnia schronili się właśnie w podbydgoskich lasach i tutaj prowadzili dalszą walkę. Teraz skierowaną już nie przeciwko niemieckim okupantom, lecz łupiącym polską ludność, dopuszczającym się gwałtów, żołnierzom radzieckim. Dowódcą oddziału kpt. Alojzy Bruski mianował por. Kazimierza Wróblewskiego ps."Kruk" a zastępcą ppor. Zbigniewa Smolińskiego ps. "Żuraw",oraz por. Stanisław Grzmot-Skotnicki ps. "Pogoria" i "Pantera" Oddział stoczył kilka walk i potyczek z Rosjanami w rejonie Pszczółczyna, Chrośny, Nowej Wsi Wielkiej, Brzozy i Kabatu. W trakcie operacji zlikwidowano kilkunastu żołnierzy sowieckich.W ostatniej walce zginął również por. Kazimierz Wróblewski ps. "Kruk" - oddział przestał istnieć w połowie maja 1945 r. Swojego dowódcę partyzanci pochowali potajemnie na cmentarzu w Brzozie. Historia oddziału została opracowana i opublikowana na profilu społecznościowym pomorskiego koła Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej przez jego prezesa Józefa Żernickiego. Zainteresowanych odsyłamy na ów profil, natomiast tutaj chcemy przedstawić opowieść człowieka, którego rodzinne gospodarstwo stało się miejscem potyczki żołnierzy AK z enkawudzistami.
![]() |
| Stanisław Czajka stoi przy nieużytku, na którym przed 77-laty było jeszcze pomieszczenie inwentarskie (w tle widać pozostałości jednej ściany) i pastwisko, gdzie enkawudziści spędzili około 300 zagrabionych polskim rolnikom krów fot. Karol Gapiński |
8 maja 1945 r. oddział Świerki-2 stoczył bitwę z funkcjonariuszami radzieckiego NKWD, którzy byli w Pszczółczynie. Stoczona bitwa była walką o krowy. Tak to przynajmniej ocenia Stanisław Czajka. Przy czym według relacji Stanisława Czajki 6 i 7 maja doszło do ataków żołnierzy AK na radzieckich funkcjonariuszy bezpieki pilnujących wielkiego stada krów ukradzionych okolicznym Polakom, a w kolejnych dniach NKWD rozbiło polskich partyzantów.
Swoją opowieść przedstawił nam zaraz po uroczystym odsłonięciu obelisku z tablicą upamiętniającą żołnierzy wyklętych, które nastąpiło 17 września. Na terenie należącym do państwa Czajków. Pan Stanisław urodził się w 1938 r. na początku maja w dawnej oficynie majątku Skórzewskich, którą jeszcze przed II wojną światową nabyli w Pszczółczynie jego rodzice. Pierwszych lat okupacji nie pamięta, ale wie od rodziców, że po ucieczce w 1939 r. w kierunku Mogilna, szybko wrócili w rodzinne strony. Jednak nie na gospodarstwo w Pszczółczynie, gdyż tam umieszczono Niemców. Państwo Czajka przez okres okupacji przebywali w Łabiszynie. Zamieszkali w budynku naprzeciwko magistratu.
- Mama pracowała u ogrodnika na łabiszyńskiej wyspie. Był to Niemiec, nazywał się Dinkielman. Mój ojciec pracował na śluzie w Łabiszynie. W 1945 r, zimą przyszło wyzwolenie z okupacji niemieckiej. To już pamiętam, jak było, bo miałem te 7 lat. Pamiętam strzały, a później trupy przy szosie, gdzie chodziliśmy jako dzieci. Każdy nieboszczyk miał ściągnięte buty z nóg. No i potem w marcu 1945 r. przyjechaliśmy do Pszczółczyna na swoje. A tu przez okupację było dwóch Niemców. Jeden nazywał się Hanemann, a drugi Janke. Przyjechaliśmy, wtedy już tych Niemców tu nie było. Jakiś czas było można powiedzieć tutaj bezprawie. Był chaos, bo niby miała się organizować władza polska, ale tak naprawdę to Ruscy rządzili. I oni spędzili zrabowane z okolicznych wsi krowy. Wypasali je na naszym gospodarstwie. Tutaj już nie ma budynku, który stał wtedy. Było w nim spędzonych około 300 zrabowanych krów - opowiada nam Stanisław Czajka.
![]() |
| Stanisław Czajka obok swojego domu. To tutaj 77 lat temu odbywała się potyczka żołnierzy partyzanckiego oddziału Świerki-2 z enkawudzistami. fot. Karol Gapiński |
Nie był świadkiem potyczki o krowy w Pszczółczynie, ale wie, co się tutaj stało. Życie jego, młodszej siostry i rodziców uratował najprawdopodobniej ten fakt, że 4 maja 1945 r. zmarła babcia pana Stanisława. Rodzina z Pszczółczyna udała się na pogrzeb zmarłej do Łabiszyna. - Babcia - ze strony mamy - została pochowana 6 maja. Gdybyśmy wtedy byli w Pszczółczynie, to pewnie Ruscy by nas zabili. Zaraz po pogrzebie przyszła wiadomość do Łabiszyna, że w Pszczółczynie jest jakaś bitwa partyzantów z czerwonymi. Dlatego rodzice zdecydowali, że zostaniemy w mieście na noc i nie wróciliśmy do domu - kontynuuje swą opowieść Stanisław Czajka.
Rodzina po powrocie do Pszczółczyna i tak była podejrzewana o sprzyjanie partyzantom. Antoni Czajka, ojciec naszego rozmówcy został zasypany szczegółowymi, natarczywymi pytaniami o współpracę z partyzantami. - Ojciec był towarzyski, łatwo nawiązywał kontakt. W dniu, kiedy w Pszczółczynie była bitwa, a my byliśmy w Łabiszynie, po pogrzebie rozmawiał z jakimś kapitanem. Na tego kapitana powołał się później podczas przesłuchania. Ruscy zaraz pojechali do Łabiszyna, by zapytać tego kapitana, a ten potwierdził, że widział ojca w dniu bitwy i z nim rozmawiał.W ten sposób udało się ojcu, a może i nam wszystkim uniknąć zamordowania z rąk radzieckich żołnierzy - wspomina Stanisław Czajka.
![]() |
| Wiązanki i warta honorowa przed tablicą pamięci w Pszczółczynie fot. Karol Gapiński |
- We wiosce w obejściu leżały trupy poległych. Leżał tam też jeden z naszych, z partyzantów. Ktoś zapytał Ruskiego oficera, co zrobić z tymi zwłokami, czy zabrać na cmentarz. Ruski żołnierz tylko warknął: "zakopać kak sobaku, jak psa". No i ten poległy został zakopany bez żadnych ceregieli, bez modlitwy w naszym parku na tyłach domu. Leżał tam z dwa dni. Dopiero wtedy przyjechała jakaś furmanka, odkopali go i zabrali. Gdzie zabrali, nie wiem. Zresztą nawet tego nie widziałem, bo było to przed południem, ja byłem w szkole i znam to tylko z opowieści rodziców. Tak to było. Moja mama też ledwo z życiem uszła. Miała dokumenty z gminy, że jest właścicielką jednej krowy. Chciała ją odebrać, pokazując rosyjskiemu żołnierzowi papier, który miała. On tego wcale nie respektował, tylko zmiął w ręku i włożył do kieszeni. Ona chciała sięgnąć swoją ręką po ten dokument, a on tylko poklepał swoją dłonią po kaburze pistoletu. Wtedy moja mama już wiedziała, że jeśli tylko dalej będzie starała się odzyskać swoją krowę, to zostanie zastrzelona. I dlatego odpuściła - mówi Stanisław Czajka.
Nasz rozmówca nie znał żadnego z partyzantów. Nie było wśród nich miejscowych mieszkańców. Nie mniej jednak, w trakcie strzelaniny jeden z okolicznych mężczyzn został postrzelony. - To był młody człowiek. Mieszkał w Pszczółczynie, ale w innej części wsi.. Nazywał się Kończal. Na imię miał chyba Henryk. Chodził do jednej z dziewczyn, która mieszkała tutaj, niedaleko naszego domu. On był gapiem, jak wybuchła strzelanina, zaraz zaczął uciekać i wtedy go postrzelili. O ile wiem, to on później został zabrany do szpitala w Bydgoszczy i tam umarł. Ale to nie był partyzant, tylko dostał przez przypadek, bo był u dziewczyny i od niej wracał - wspomina dalej 84-latek.
Oddział Świerk-2 zdołał co prawda zlikwidować kilkunastu funkcjonariuszy radzieckiej bezpieki, ale ostatecznie żołnierzom nie udało się osiągnąć celu, jakim było odebranie skradzionych polskiej ludności krów i innego dobytku.
![]() |
| O patriotyczny nastrój zadbali harcerze i żołnierze fot. Karol Gapiński |
Wśród wielu gości, na sobotnią uroczystość do Pszczółczyna przyjechał major Eugeniusz Siemaszko, żołnierz wyklęty ps. "Bil". Byli też przedstawiciele rodzin żołnierzy Armii Krajowej, a także harcerze z Bydgoszczy, Białych Błot i Łabiszyna oraz przedstawiciele stowarzyszenia Bydgoscy Patrioci. Data odsłonięcia obelisku poświęconego żołnierzom wyklętym z Puszczy Bydgoskiej nie była oczywiście przypadkowa. Tego dnia przecież obchodzona też była rocznica napaści radzieckiej na Polskę w 1939 r. Zresztą transparenty przywiezione przez Bydgoskich Patriotów też o tym przypominały. Natomiast 17 września 1946 roku został zamordowany w więzieniu we Wronkach legendarny wspomniany na początku tego tekstu kpt. Alojzy Bruski "Grab". Oddział Świerk-2 został rozbity przez NKWD i wspomagającą ich Milicję Obywatelską. Zresztą Stanisław Czajka pamięta milicyjny samochód z Szubina uczestniczący w obławach na partyzantów.
| Twoja przeglądarka nie obsługuje odtwarzacza filmów. |
| fot. Karol Gapiński |
Uroczystość w Pszczółczynie rozpoczęła się od mszy św. polowej. Natomiast odsłonięcia tablicy dokonali wspomniany major Eugeniusz Siemaszko, Józef Żernicki - prezes koła pomorskiego Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej w Bydgoszczy i burmistrz Łabiszyna Jacek Idzi Kaczmarek.
- Musicie kochać Ojczyznę, służyć Ojczyźnie. Ojczyzna jest własnością wszystkich - powiedział po odsłonięciu obelisku mjr. Eugeniusz Siemaszko. Obelisk poświęcił ks. Tomasz Dajczak, proboszcz parafii Przemienienia Pańskiego we Władysławowie. 8. Kujawsko-Pomorska Brygada Wojsk Obrony Terytorialnej wzięła udział w apelu pamięci. Oddano salwę honorową, nie zabrakło też elementów artystycznych. Przy partyzanckim ognisku siedzieli rekonstruktorzy historyczni, Xinlin Wu-Kozik z Łabiszyna wykonała kilka patriotycznych utworów na pianinie elektrycznym.
Karol Gapiński, 18 IX 2022
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze