Reklama

Zwyciężył Ducha Puszczy

03/07/2024 10:20

Zawodnik KS Szosa Żnin, mieszkaniec Krotoszyna wystartował na najdłuższym dystansie w zawodach Ultra Duch Puszczy. Pokonał prawie 1200 km drogami Podlasia w czasie 56 godzin i 18 minut, bez snu. Zwyciężył.

Łukasz Marek to 37-letni (w tym roku skończy 38 lat) mieszkaniec Krotoszyna pod Barcinem. Od trzech lat na poważnie, choć przecież nadal amatorsko, uprawia kolarstwo szosowe. Prowadzi działalność gospodarczą w branży handlowej. Jego dzień pracy zaczyna się bardzo wcześnie - w środku nocy. Mimo to znajduje popołudniami oraz w długie wieczory czas, by odbywać regularne treningi. Zwykle co 2 dni przejeżdża pałuckimi, i nie tylko pałuckimi, szosami po około 100 km, gdy planuje jakiś start w zawodach. Wtedy jego treningi stają się bardziej intensywne. Na co dzień jest zawodnikiem klubu Szosa Żnin.Trenuje wraz z koleżankami i kolegami lub indywidualnie.
Tak się składa, że założyciel tego klubu i jego lider Marek Kozłowski jest współorganizatorem dużej imprezy dla kolarzy ultramaratończyków, która nazywa się Ultra Duch Puszczy. Głównym jej organizatorem jest natomiast Tobiasz Jankowski z Warszawy.
Są to zawody zlokalizowane na malowniczym, wręcz można stwierdzić - magicznym, Podlasiu. Trasa wiedzie przez teren o wysokich walorach krajobrazowych, kulturowych i przyrodniczych. Łukasz Marek był jedynym zawodnikiem z Pałuk, który postanowił zmierzyć się z wielką pętlą 1.220 km - Ducha Puszczy. W praktyce wyszło 1.153 km, ale to tylko dlatego, że ze względu na roboty drogowe, trzeba było w ostatniej chwili nieco zmodyfikować przebieg trasy. Ta w całości przebiegała na terenie województwa podlaskiego.
Start i meta wyznaczone zostały w tym samym punkcie, a mianowicie w Ośrodku Edukacji Leśnej Jagiellońska w Białowieży. Pętla wiodła niemalże dookoła województwa. Dość powiedzieć, że na południu Łukasz Marek kręcił kilometry m.in. przez takie miejscowości, jak Hajnówka czy Siemiatycze, niedaleko granicy z Ukrainą, ale jechał również w sąsiedztwie granicy z Białorusią i Litwą, przez Suwalszczyznę, a także przez Augustów, Mońki i Łapy.
Ultramaraton został przeprowadzony od 31 maja do 2 czerwca. Aby go ukończyć, nie tylko trzeba było przejechać całą trasę, ale jeszcze uczynić to w wyznaczonym limicie. Możliwości skracania sobie trasy bez konsekwencji w postaci dyskwalifikacji na mecie nie ma, ponieważ kolarze mierzący się z Duchem Puszczy, są przez cały czas trwania wyścigu monitorowani. Poza tym w regulaminie jest, iż mają jechać indywidualnie, nie w parach czy w peletonie. Owszem, mogą się mijać na trasie, ale nie mogą sobie pomagać na zasadzie drużyn kolarskich w zawodowym peletonie, gdzie cały zespół pracuje na wynik lidera, chroniąc go w momentach kryzysu czy likwidując ucieczki rywali. W Ultra Duchu Puszczy jest inaczej. Zawodnicy są wypuszczani w odstępach czasowych, co powoduje, że na tak długiej trasie rozpraszają się i jadą przeważnie samemu.
A wówczas - jak opowiada Łukasz Marek - nie tylko pozostaje walka z czasem i z samym sobą oraz ze zmęczeniem. Jest też okazja, by przeżyć otaczającą zawodnika przyrodę. I to w niepowtarzalnych okolicznościach, jak np. nocny odcinek przez Biebrzański Park Narodowy. Jest to Carski Trakt przez tzw. Polską Amazonię. Łukasz Marek napotykał wówczas liczne, dzikie zwierzęta przebiegające przez jezdnię lub świecące oczami pomiędzy pobliskimi drzewami lub z łąk i mokradeł. Tych zwierząt jest bardzo dużo. Można natknąć się nawet na łosia. Zawodnik z Krotoszyna po drodze takiego nie widział, nie napotkał też żubra w Puszczy Białowieskiej, ale natknął się m.in. na samotnego wilka. Zwierzę nie miało jednak wrogich zamiarów. Wilki z reguły unikają ludzi i boją się ich zapewne bardziej, niż ludzie ich. Jednak adrenalina niewątpliwie była w organizmie kolarza na wysokim poziomie. Tyle tylko, że dodawała mu sił, nie zaś paraliżowała strachem. A największym niebezpieczeństwem dla kolarzy, jak dodaje Łukasz Marek, wcale nie były te dzikie zwierzęta, lecz psy wybiegające nagle na wiejską drogę i próbujące chwycić zębami łydki kolarza.
Warto zaznaczyć, że Łukasz Marek pokonał cały dystans w 56 godzin i 18 minut bez żadnej przerwy na sen. Przerwy miał tylko na punktach kontrolnych były takie cztery, ale nieobowiązkowe, z czego zresztą skorzystał, nie zatrzymując się na pierwszym z nich. Natomiast zawodnicy mieli też prawo zatrzymywać się dowolnie na trasie. On czynił tak z reguły na stacjach paliw, gdzie była możliwość zakupić coś do zjedzenia, skorzystać z toalety lub też zatrzymywał się w przydrożnych sklepikach. Warunki pogodowe były zmienne. Był deszcz i chłód, ale też momenty upału. Trzeba zaznaczyć, że kolarze cały ekwipunek, czyli przede wszystkim specjalne okrycie przeciwdeszczowe, muszą wieźć ze sobą. Nie mają supportów w postaci samochodów technicznych, jak w wyścigach zawodowców. W Ultra Duchu Puszczy krotoszynianinowi jechało się dobrze. Miał moment kryzysowy na podjazdach w okolicach Suwałk, gdzie teren jest pofałdowany, gdy objeżdżał najgłębsze w Polsce jezioro - Hańcza, czy też jezioro Wiżajny, niemal przy granicy z Litwą.
Średnia prędkość z jaką Łukasz Marek pokonał Ultra Ducha Puszczy to 23,6 km/h. Na mecie odebrał w nagrodę masażer do mięśni, otrzymał też pamiątkową, bardzo efektowną statuetkę jako zwycięzca Szosa 1.220 km. Przyznaje, że nie miał zbyt wielu konkurentów, ale prawda jest taka, że z takim dystansem w założonym limicie czasowym
80 godzin niewielu kolarzy jest w stanie sobie poradzić. Stąd mało jest startujących i jeszcze mniej takich, którzy na metę potrafią dotrzeć przed upływem tego limitu.
Medal z Ducha Puszczy po przyjeździe do Krotoszyna zawisł na ścianie z trofeami sportowymi. Już ich się trochę nazbierało, choć kolarstwo uprawia raptem przez 3 lata.

Planuje juz kolejne starty. Weźmie udział w tzw. robinsonadach: łódzkiej, kujawsko-pomorskiej i mazowieckiej. Na swoim koncie ma już sukcesy w kolarskim Pałuki Tour, który od kilku lat odbywa się w Żninie i okolicach na początku września. W przyszłym roku Łukasz Marek chce pojechać rowerem dookoła Polski.

Reklama

Największym kibicem Łukasza Marka jest jego tata, Ireneusz, ale niezmiennie zaciskają za niego kciuki także żona - Adriana i córka - ośmioletnia Wiktoria. Ta ostatnia zresztą też jest pasjonatką sportu, trenuje akrobatykę, lekkoatletykę, często też towarzyszy tacie na rowerze.
Karol Gapiński
zdjęcia za: https://www.facebook.com/profile.php?id=100083785795389 oraz: Karol Gapiński i z archiwum Łukasza Marka

Miejsce zdarzenia mapa Pałuki Żnin
Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 08/08/2024 08:56
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości