Reklama

Ochrona lasów: fałszywa oś sporu czy sensowna gospodarka leśna? Dyskutują: Dominik Księski i Andrzej Tomajczyk

Jak rozwiązać spory wokół polskich lasów, jeśli nie ma płaszczyzny, na której mogłyby się toczyć? Okopanie się w swoim okopie i walka o swoje to coś innego, niż rzeczowa dyskusja nad rozwiązaniem istniejących wokół gospodarki leśnej konfliktów. Jakie są najważniejsze z nich? Co to znaczy, że leśnicy uwłaszczyli się na społecznym majątku? Przedstawiamy poniżej wywiad z pochodzącym ze Żnina leśnikiem, Andrzejem Tomajczykiem, z którym rozmawia Dominik Księski.

Dominik Księski: - Idziemy sobie tak po tym lesie we dwójkę – leśnik i turysta. Wiem, że to nie jest tak, że ty chcesz wszystkie drzewa w Polsce wyciąć, a ja do każdego bym się przywiązywał łańcuchami. Ale mam wrażenie, że taki jest stereotypowy obraz.

Andrzej Tomajczyk: - Utrwalił się przy okazji sporu w Puszczy Białowieskiej gdzie zaczęto  traktować cięcie świerków zaatakowanych przez kornika drukarza jako swoistą ideologię, fałszywą oś sporu. Z jednej strony mieliśmy leśnika, optującego za szybką wycinką, patriotę, człowieka, który postępuje zgodnie z biblijnym nakazem: "czyńmy sobie ziemię poddaną". Z drugiej strony mieliśmy przyrodnika, który  liczy na naturalne procesy, ekologa (zatrważająco często przez leśników nazywanego pseudoekologiem), odmieńca, czyli inaczej: wysłannika "obcych" z Unii Europejskiej, zdrajcę wręcz, praktycznie nawet - Niemca. Który chciał szkodzić jedynie słusznej idei, aby bronić lasy poprzez wycinanie ich.

Reklama

- To ładnie powiedziane: obrona lasów przez ich wycinanie!

- Tak. Tę ideologię leśnicy, mieniący się "prawdziwymi Polakami", zaszczepili władzy. Dopasowało się wszystko, jak w puzzlach, gdy lasy najpierw przypadły jako łup polityczny gowinowcom, później pisowcom a na koniec ziobrystom.

- Komu teraz przypadną?

- Nie wiem, w umowie koalicyjnej oficjalnie jeszcze nikomu lasów nie przypisano.

- No dobrze, ale dlaczego mówisz, że to jest fałszywa oś sporu?

- Nie ma w tej chwili płaszczyzny do prawdziwej dyskusji, wymiany poglądów na tematy związane z lasem. Każde nadleśnictwo ma swój las. Ten las może dać  ludziom zarobić mniej lub więcej. Ale w jednym miejscu jest to las, w którym mamy 90% drzewostanów cennych przyrodniczo, a w innym 90% to jest las gospodarczy, posadzony po to, by go wyciąć. W lesie gospodarczym, gdy pojawi się kornik – trzeba ciąć. Jeśli nie zaczniemy ciąć, to szybko będziemy mieli totalnie zdegradowany obszar.

Reklama

- Ale jeśli zaczniemy ciąć, też na koniec będziemy mieli zdegradowany obszar!

- Tak, też będziemy mieli zdegradowany obszar, ale wcześniej gospodarka dostanie drewno, drwale – pieniądze za pracę, leśnicy kolejne przychody, wszyscy będą zadowoleni.

- Oprócz korników.

- Nie zawsze. Z nimi w praktyce bywa różnie. Tniemy zasiedlone przez korniki drzewa, często tego drewna na czas nie wywozimy z lasu, więc te niby zwalczane owady dalej w lesie się  rozwijają. Zostają w odpadach, pniakach, w korze. Trudno je tam unieszkodliwić i z kornikiem leśnik najczęściej przegrywa. Niemniej często należy właśnie tak robić! Czyli ciąć lasy opanowane przez kornika. Szybko i bezwzględnie. Jednak nie w przypadku Puszczy Białowieskiej, czyli unikatowego w skali światowej lasu, gdzie właściwym rozwiązaniem było dać wiodący głos przyrodnikom. A w przypadku lasów gospodarczych trzeba głośno, bez wstydu  i hipokryzji powiedzieć: tak, chodzi  nie tylko o ochronę lasu przed kornikiem, ale także o drewno - żeby się nie zmarnowało. Jeśli je wytniemy w odpowiednim czasie, to będzie ekologiczny, pełnowartościowy surowiec dla gospodarki. W miejscach po wycince zainicjujemy lub posadzimy nowy las.  Oś sporu bowiem przebiega w miejscu: co ciąć, a co chronić. Kornik nie ma w tej dyskusji nic do rzeczy. Lasy są dla wszystkich, spełniają wiele funkcji, także taką, abyś ty miał gdzie pojechać, by się przejść z plecakiem po szlaku.

Reklama

- Rozumiem więc, że ludzie żyjący z lasu w okolicach Białowieży czy w Gorcach, nie pochwalą cię za te słowa? Że często problem nie tkwi w tym, że w ogóle się tnie, tylko w tym, że tnie się nie tam, gdzie by należało?

- Tak. I ten problem zobaczymy już niedługo, gdy 20% lasów będziemy wyłączać z produkcji. Taki jest postulat środowisk przyrodniczych i wymóg unijny związany z Zielonym Ładem. Tak czy tak wejdzie w życie, nie unikniemy tego, ale jak będzie to wyglądało - naprawdę nie wie tego nikt. Do tej pory środowisko leśników generalnie, dla zasady tego typu pomysły krytykowało, zachęcało do negowania w całości i nie dopuszczało do siebie myśli, że trzeba wypracować jakieś sensowne stanowisko. Czy 20% w każdym  nadleśnictwie, czy w skali kraju? Czy chronić najcenniejsze, czy jak leci? I w ogóle odpowiedzieć na pytanie, czy my jako leśnicy chcemy naprawdę chronić część lasów, czy  tylko chcemy udawać, że to robimy, powtarzając w kółko, że trwale zrównoważona wielofunkcyjna gospodarka leśna  jest dobra na wszystko?

Reklama

- Tniemy dużo, czy mało?

- Bez wątpienia w ostatnim czasie cięło się najwięcej w historii. Każdy, kto w lesie bywał, widział to na własne oczy. Ale z czego to to się wzięło? Po pierwsze -  przy ostatniej rewizji urządzania lasu (są to liczone od wojny dziesięcioletnie okresy taksacji i planowania prac w polskich lasach) która zaczęła się w 2011 roku  Plany Urządzania Lasu zostały opracowane na ekstremalnie wysokim poziomie. Mamy powód, jako środowisko leśne, by się tego wstydzić. Sięgnięto z cięciami gdzie tylko się dało. Zaplanowano  dużo większą niż kiedykolwiek intensywność w cięciach przedrębnych, inaczej trzebieżowych. Oczywiście nie wszędzie pewnie w równym stopniu i nie twierdzę, że niekiedy nie występowały obiektywnie uzasadnione powody ku temu. Niekiedy. Nawet jeśli w nadleśnictwach widziano, że to powinno być inaczej, to na etapie uzgodnień, weryfikacji przez Regionalne Dyrekcje Lasów Państwowych naciskano - formalnie lub nie - i ostatecznie plan szedł do ministerstwa w tej formie, która nakierowana była stricte na produkcję. Zręby planowano bez istotnego powodu nawet w rezerwatach, w pobliżu źródlisk, w lasach ochronnych, na terenach podmokłych, w bardzo uczęszczanych lasach wokół miast, w trudno dostępnych fragmentach i enklawach, bez liczenia się choćby z rachunkiem ekonomicznym.

Reklama

- No właśnie, ja się zawsze dziwię, czemu się tnie w miejscach, z których tak kosztowne potem jest wydobycie tego drewna, zamiast na płaskich piaskach, gdzie wjeżdżasz harvesterem i tylko gałki przesuwasz. Różnica w koszcie pozyskania chyba jest kilkukrotna?

- Na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku gdy opracowywano nową ustawę o lasach wymyślono fundusz leśny jako narzędzie do tego, by nadleśnictwa „łatwiejsze” zrzucały się na prowadzenie prac tam, gdzie koszty przewyższają dochody ze sprzedaży drewna.

Reklama

- Nie żartuj! Dopłaca się, aby ciąć buki powyżej 1000 metrów nad poziomem morza w Beskidzie Sądeckim czy w Bieszczadach?

- Nie powiem ci, że tak, bo nie wiem. Zdrowy rozsądek potrzebny jest zawsze. Nie jest wykluczone, że w cennych przyrodniczo, a jednocześnie trudnych w dostępie siedlisk - co często idzie w parze - tnie się drewno, korzystając właśnie z tego mechanizmu.

- Czy wchodzi tu w grę może fakt, że na tych trudnych miejscach rosną lepsze drzewa? Że dwustuletni buk z Puszczy Karpackiej nawet pozyskany cztery razy drożej będzie opłacalny jako drzewo bardziej, niż sosna z Puszczy Noteckiej?

Reklama

- Nie. Generalnie tak nie jest i nie o to chodzi. Ale są sytuacje, gdzie rzeczywiście tak jest. Na przykład w przypadku jawora, gdy rośnie w trudnych warunkach przywołanej przez ciebie Puszczy Karpackiej, drewno przybiera specyficzną falistą formę. To jest wyjątkowo cenne drewno rezonansowe. Cena takiego drewna na aukcjach osiąga wartość ponad 20 tysięcy złotych za jeden metr sześcienny! Ale to taka ciekawostka tylko. Wyjątek.

Karpacki jawor na polanie kwitnącego czosnku niedźwiedziego, fot. Dominik Księski

Reklama

- Jakie uzasadnienie miało to wyciśnięcie z lasów wszystkiego, czego się tylko da?

- Uzasadnienie? To raczej pycha i chęć utrzymania za wszelką cenę obecnej formy organizacyjnej Lasów Państwowych! Widać gołym okiem, że potrzebna jest poprawa efektywności, ale strach przed jakąkolwiek restrukturyzacją jest większy. Dobra sytuacja ekonomiczna daje komfort.

- Ale może tak właśnie trzeba robić? Czytałem, że jeśli nie będziemy zwiększać produkcji drewna, jeśli będziemy go pozyskiwać drogo, to nasz przemysł meblarski padnie od wysokich cen. Że trzeba ciąć coraz więcej, bo od tego zależy stan gospodarki.

Reklama

- Drewno zawsze będzie miało ograniczoną podaż. Teraz też nie ma worka bez dna. Muszą być ograniczenia w cięciach, inaczej byłyby zgliszcza a nie lasy, bo zachłanność, chęć zysku jest przecież uniwersalnym motorem ludzkiej działalności. Cena drewna jest bardziej wynikiem jego wartości rynkowej, niż odzwierciedleniem kosztów potrzebnych na jego pozyskania. 15 – 20 lat temu pozyskiwaliśmy ok 20 – 30 % mniej drewna i przemysł, tartaki rozwijały się wtedy też. A spytajmy, ile tej zwiększonej masy spaliliśmy w dużych elektrociepłowniach? Nie mam danych ale wydaje mi się że całkiem dużo.

- Pewnie w ramach tego zalecenia, aby zużywać do produkcji energii paliwo odnawialne. Jeden mój kolega przywozi z Afryki skorupy kokosowe do palenia w elektrociepłowni, która musi się tam jakimiś wskaźnikami wykazać.

Reklama

- Sam widzisz. Dużo się też go eksportuje w formie nieprzetworzonej. Jest więc jeszcze pole do zmniejszania cięć. Ale jak jest okazja, by je zmniejszać, to się jej nie wykorzystuje. Przyszły wiatrołomy na gigantyczną skalę i te na trochę mniejszą, w różnych stronach kraju i w różnym nasileniu i formie. Klimat się zmienia, widzimy to przecież wszyscy. Uruchomiono więc cięcia porządkujące. Mnóstwo takich cięć. Często w związku z tym wysyłano do  zatwierdzania do ministra wnioski o zwiększenie masy pozyskanego drewna ponad plany.  A można było przecież wnioskować o wstrzymanie bądź przesunięcie cięć planowych! Dla przemysłu surowiec byłby i tak z tych cięć klęskowych, a niewycięte na powierzchniach planowych drzewa rosłyby dalej i  w odłożonym czasie dałyby tego surowca więcej.

Świerkowy las w tydzień po przejściu wichury, fot. Dominik Księski

- No dobrze, rozumiem, że coś tu jest źle systemowo. Co należy zmienić?

- Trudność moim zdaniem polega na tym, że Lasy Państwowe w obecnym kształcie są pożądanym łupem politycznym, a leśnicy w specyficzny sposób uwłaszczyli się na społecznym majątku.

- Jak to rozumieć?

- Spójrz, jak to wygląda. Po pierwsze – plany opracowują leśnicy. Oczywiście ktoś tam w Warszawie je zatwierdza, ale to leśnicy wiedzą wszystko o wszystkim i zawsze zrobią tak, jak im pasuje. Po drugie: kto realizuje te plany? Oczywiście leśnicy. Po trzecie: plany są realizowane w myśl zasady samofinansowania. Pieniądze ze sprzedaży drewna zostają do dość swobodnego dysponowania w rękach leśników. Z płacami i premiami włącznie. Powoduje to wiele negatywnych zjawisk, wśród których jako najistotniejsze widzę nagminny brak racjonalnego ograniczania kosztów oraz etatyzm, widoczny szczególnie w pęczniejącym zatrudnieniu Regionalnych Dyrekcji Lasów Państwowych i świadome lub podświadome dążenie, by ten specyficzny status trwał. Do tego dodajmy niechęć do przyrodników i wszelkich społecznych postulatów oraz powoływania nowych obszarów chronionych, bo to wszystko uszczupla władzę leśników.

 - A co sądzisz o możliwości zaskarżania planów urządzania lasu? Przez samorząd lokalny powiedzmy? Albo przez organizacje ekologiczne?

- Dla leśników to jest koniec świata.  Ale udział społeczeństwa w sprawie planowania w lasach, szerokie konsultacje, możliwość skutecznego zaskarżania planów urządzania lasu – to przecież sprawa naturalna i logiczna. Uważam, że to dziś jest wymóg i basta!

- Czyli mają rządzić wspomniani przez ciebie "obcy"? Spoza układu? Nie słonecznego oczywiście lecz - leśnego.

- Nie, nie mają rządzić, ale po pierwsze – to nie są osoby postronne tylko współwłaściciele, a po drugie – należy przekształcać tę autorytarną strukturę, jaką są Lasy Państwowe w przestrzeń dialogu. I nie jest też tak, że nie widzę możliwości przegięcia w drugą stronę. Zanim się ukształtują podmioty dialogu, zanim się wypracuje wspólny język, procedury -  musi nieco czasu upłynąć. Dziś często udział społeczeństwa to głos aktywistów, którzy  reprezentują duże - rzec by można – korporacje. Bo WWF czy Greenpeace to ponadnarodowe korporacje dbające – również ponadnarodowo – o wspólne dziedzictwo przyrody. Fajnie, mają swój punkt widzenia, ale są w tych sporach ludźmi z zewnątrz. Z doświadczenia wiem, że ich przedstawiciele to osoby słabo rozumiejące problemy ludzi żyjących na prowincji. Zdarzają się też osoby silnie zideologizowane, z którymi trudno się rozmawia. Jeśli pojawia się głos sprzeciwu wobec ich pomysłów lub zgłaszane są wątpliwości lokalnych społeczności przy powoływaniu obszarów chronionych - to wszystko dla nich są "partykularne interesy". To wylewanie dziecka z kąpielą. Nie można przeginać ani w jedną, ani w drugą stronę. Jestem za budowaniem społeczeństwa obywatelskiego, czyli w tym przypadku za edukacją, wymianą argumentów, stwarzaniem podstaw prawnych, które przekonają do pozytywnych działań itd. Tylko mozolna praca na tym polu może dać długofalowy efekt.

- Ale jakoś nie słychać jakiś konkretnych zapowiedzi czy pomysłów jak to poukładać.

- I to mnie martwi. Po wielu latach pracy na różnych stanowiskach w Lasach Państwowych uważam, że osiągnięcie korzystnych społecznie celów i spełnienie oczekiwań, co do gospodarowania lasami  wymaga radykalnych zmian. Radykalnych. Pozostawienie obecnej struktury doraźnie może stworzy wrażenie że jest okej, bo pieniądze przestaną być przekazywane instytucjom z lasami nie mającymi nic wspólnego, ale upolitycznienie zostanie. Zmiana ziobrystów na innych - jak bywało przy każdej zmianie - to nie będzie odpolitycznienie tylko dalsze rządy w lasach uwłaszczonych na nich leśników. Pozostanie wewnętrzna głęboka niechęć do jakichkolwiek zmian, marnotrawstwo, samozachwyt, pozorna dbałość o przyrodę.

- To ja już mogę przewidzieć dziś, co będzie. Jeśli nowy minister będzie chciał zmniejszyć cięcia, narazi się, że chce wprowadzić bezrobocie w lasach, bankructwo przemysłu meblarskiego, zimne piece w wiejskich domach opalanych drewnem. A jeśli cokolwiek nowa władza będzie chciała strukturalnie zmienić, zostanie z automatu oskarżona o chęć prywatyzacji lasów. 

Andrzej Tomajczyk, fot. Dominik Księski

- Dlatego trzeba odciąć uwłaszczonych od ziemi, dzieląc lasy na dwie instytucje: państwową służbę leśną do opieki nad lasami, opłacaną jak inne służby państwowe z budżetu państwa i na strukturę organizacyjną do profesjonalnego obrotu drewnem (np. jednoosobową spółkę Skarbu Państwa).

- Może na kilkanaście? Tyle, ile jest Dyrekcji? Jedna spółka to straszna władza będzie i okrutne pieniądze! Drugi Orlen!

- Dyrekcji jest siedemnaście. Za dużo. Polska podzielona jest 8 krain przyrodniczo-leśnych. To już byłoby lepiej.

- Krain przyrodniczo-leśnych, czyli? 

- Chodzi o specyficzną szatę roślinną związana z klimatem, gatunkami drzew, warunkami ich wzrostu. Można by w tym kierunku iść. Przede wszystkim jednak należy – po pierwsze: powołać instytucję państwową, mającą nadzór nad zasobami przyrodniczymi, w tym nad państwowymi lasami i nad prywatnymi też. Tam powinna być określona polityka leśna Państwa. Tam powinno się skoordynować ochronę przyrody z gospodarką leśną. Wreszcie  na tym szczeblu winny odbywać się strategiczne konsultacje wszystkich zainteresowanych stron takich jak: przyrodnicy, leśnicy, przedstawiciele resortu gospodarki, samorządu terytorialnego, przemysłu drzewnego, organizacji ekologicznych i tak dalej. Tu by powstawały plany urządzania lasu, które obligowałyby leśników do tego, jak mają w lasach działać. Do tego należałoby dołączyć mechanizm finansowania ze środków ze sprzedaży drewna gotówki na zagospodarowanie lasów i na ich ochronę. Skończyłoby się przy okazji wtedy raz na zawsze ze straszeniem prywatyzacją lasów. To i tak jest oczywiste, że zasoby przyrodnicze w Polsce chcemy mieć państwowe i nie słyszałem nigdy, aby jakaś opcja polityczna czy partia chciała inaczej. Ale straszenia, że są tacy, co niby chcą prywatyzować to słyszałem aż za dużo.

- A więc spółka dostawałaby plan i musiałaby być zainteresowana, aby jak najtaniej to wyciąć?

- Spokojnie,  jeśli już by cięła, to tylko na takich zasadach, jakie określiłaby ta Państwowa Służba Leśna, działająca w oparciu o skonsultowane plany urządzania lasu. Cięcia pewnie by zlecała, podobnie, jak to się dzieje dziś. Jej najważniejszym zadaniem byłby handel drewnem. Prowadzony profesjonalnie. Wiadomo byłoby też wtedy, co się dzieje ze sprzedanym drewnem, np. czy jedzie do Chin, znikłyby też różne handlowe paradoksy.

- A teraz jedzie do Chin i nie wiemy?

- My leśnicy w nadleśnictwach tego nie wiemy. Każde sprzedaje zarejestrowanym odbiorcom. Co oni z tym drewnem robią - nie monitorujemy.

- Podsumujmy. Czy ten pomysł pozwoli, byśmy obronili się przed wysłannikami "obcych" z Unii Europejskiej, którzy nam, Polakom, będą chcieli powstrzymać rękę z piłą mechaniczną? Pozwoli byśmy wyłączyli 20% lasów z użytkowania, a jednocześnie nie dopuścili do tego, aby zbankrutowały tartaki, meblarze poszli na bezrobocie, a pilarze wyjechali do Norwegii?

- Jeśli nastąpią postulowane przeze mnie zmiany – konflikty nadal będą, ale będzie płaszczyzna i możliwość ich rozwiązania. Obecna struktura hamuje pogodzenie tych sprzecznych interesów.

- Czyli leśnicy będą się przywiązywać łańcuchami do drzew w obronie przed wyłączeniem swoich lasów z użytkowania?

- Dobrze powiedziałeś: swoich. Tak, my tak je traktujemy. Ale lasy są także twoje i to w tej naszej rozmowie cały czas próbuję ci uświadomić.

- Dziękuję, spacer w listopadowym lesie był piękny!

- Bo las jest piękny o każdej porze roku!

z Andrzejem Tomajczykiem, pracownikiem Lasów Państwowych rozmawiał Dominik Księski

Galeria przedstawia karpacki las, fot. Dominik Księski 

 

 

Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 17/07/2024 14:42
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości