W 1992 roku opublikowaliśmy w Pałukach wspomnienie Olgi Romanowskiej - Grabowskiej, mieszkającej w Bydgoszczy archeolożki, której dzieciństwo związane było z Gąsawą i Żninem. Przypominamy dziś ten tekst, nazwany przez autorkę "Historią pod psem" - w obu tego wyrażenia znaczeniach.
Historia społeczeństw w swoje tryby dość często pokrętnie wciąga ludzkie losy. W jej mocy nierzadko znajduje się także świat towarzyszący ludzkim dziejom. Dla podkreślenia tej prawidłowości myślę, że warto przypomnieć nowelkę Stanisława Stępowskiego, w której opisana jest historia ponad 100-letniej agawy. Roślina ta od wiosny do jesieni zdobiła fronton stylowego, równie starego dworku na kresach wschodnich. Kiedy pryszli bolszewicy i rozprawili się z właścicielami majątku, przyszła kolej także na agawę. Tłumek pijanych żołdaków strzelał do tej stareńki - rozprawiono się w ten sposób z wszystkim, co w nierozerwalny sposób łączyło się z polskością tego miejsca.
W podobny sposób, jakby według cytowanej opowieści, potoczyły się losy pięknego owczarka niemieckiego o dziarskim imieniu Zbój, a pieszczotliwie nazywanego Zbójtaskiem.
Był rok 1938. Rodzice we wrześniu tego roku pobrali się i po ślubie przeprowadzili się do Gąsawy, aby tam zamieszkać, jak przypuszczali na krótko, jedynie na czas specjalizacji dr Bogusławskiego, po którym ojciec przejął praktykę lekarską. Wynajęli obszerne mieszkanie niedaleko rynku, w domu p. Tyblewskiego. Ojciec miał sporo zajęć, ale matka wyrwana z czynnego życia zawodowego, mocno się w tym małym miasteczku nudziła. Od p. Gozimirskich, właścicieli Marcinkowa Górnego, otrzymała w prezencie 6—tygodniowego owczarka niemieckiego, który wkrótce stał się nową treścią jej życia. Matka kochała zwierzęta, umiała także hodować i tresować psy, więc wkrótce Zbój prezentował najznakomitsze cechy swej rasy. Był nie tylko pięknym wilczurem, ale także pojętnym i przywiązanym psem. Dzięki tym zaletom potrafił stoczyć nierówną walkę z bandziorem i dwukrotnie uratować życie mojej matce.
Po raz pierwszy zdarzyło to się wiosną 1939 r. W okolicy Gąsawy pojawił się morderca, człowiek o cechach psychopatycznych, który przy pomocy noża wymordował parę rodzin. Wiosną wspomnianego roku włamał się do gąsawskiej plebanii, na szczęście nie wstając tam nikogo i w tym samym dniu wdarł się do mieszkania rodziców. Matka była sama i nie słyszała, kiedy bandyta wszedł, tylko pies, wówczas półroczny, rzucił się na mordercę i zmusił go do ucieczki. Człowiek ten z psem na sobie uciekał przez ogród p. Tyblewskiego. Wilczur wrócił do domu po kilku godzinach zakrwawiony i ojciec zszywał mu poranione boki. Latem tego roku po raz drugi bandyta usiłował, po wdarciu się do mieszkania, zamordować matkę i po raz wtóry Zbój uratował ją przed niechybną śmiercią. Morderca ten był długo nieuchwytny i dopiero został stracony przez Niemców w czasie okupacji. Zdążył on jednak do tego czasu wymordować sporo osób w okolicach Gąsawy.
Wojna zastała Zbója w Marcinkowie, gdzie matka schroniła się, czekając na powrót ojca z wojny. Powrót jego spod Kutna był także powrotem do Gąsawy. Zaczął się okres okupacji niemieckiej i Gąsawa zmieniła nazwę na Gerlingen, leżała ona wówczas w Wartegau, a wszystkie polskie dzieci urodzone w tym regionie otrzymywały imiona Kazimierz bądź Kazimiera.
Ojcu, który został zakładnikiem, pozwolono na prowadzenie praktyki lekarskiej, z braku niemieckich lekarzy. Matka rodziła dzieci, które na drugie imię otrzymywały Kazimierz, a pies wiódł swój, w miarę radosny żywot, nie wiedząc o burzy, która zaczynała zbierać się nad jego poczciwą głową. Nie wiedział on również o tym, że jego brat bliźniak, pozostawiony przez wyrzuconych z majątku pp. GozimirsIdch, został przez parobków wyszkolony na psa — partyzanta, zajadle atakującego szczególnie umundurowanych Niemców. Psa tego poszukiwała policja i pech chciał, że właśnie Zbój pojawił się na gąsawskim rynku, kiedy szykowano obławę na jego brata. Niemiecki policjant na widok naszego wilka bez wahania wyciągnął pistolet i nie zważając na krzyki osoby trzymającej psa na smyczy, strzelił do niego parokrotnie. Niemiec na szczęście chybił, przestrzelił psu pysk i poszarpał mięśnie na karku. Rannego Zbója przeniesiono do gabinetu ojca i dzięki jego szybkiej interwencji pies zdołał przeżyć.
Po tym wypadku Zbój potrafił bezbłędnie odróżniać kroki niemieckich pacjentów. Każdy wchodzący do domu Szwab wywoływał u wilczura ataki furii. Zaprzestano spacerowania z nim po wsi i jedynie wieczorami Zbój wypuszczany był do ogrodu. Pomimo tych konspiracji, w 1944 roku po psa zgłosił się wójt Gąsawy, który kategorycznie zażądał wydania wilczura. Miał go zabrać jakiś Niemiec ze Żninia, wielki miłośnik owczarków niemieckich. Uważał on widać, że Polacy nie powinni, a może nawet — że nie są godni tego, aby posiadać te piękne, "nordyckie" zwierzęta.
Płacz i lament towarzyszyły wyjazdowi Zbója do Żnina. Matka serdecznie współczuła psu, który nie dość, że rozstawał się z właścicielami, to jeszcze przechodził w znienawidzone przez siebie ręce.
Zbój uciekał do rodziców parokrotnie i ze zgrozą patrzył na nich, kiedy oddawali go Niemcowi. Nie mógł uwierzyć, że jego już nie chcą. Rodzice tymczasem nie dość, że musieli oddawać wiernego psa, to jeszcze za każdą jego ucieczkę płacili coraz to wyższe mandaty. Wójt już groził więzieniem. Pies niestety o tym nie wiedział.
W 1945 r., kiedy Niemcy szykowali się do ucieczki, rodzice dostali wiadomość, że Zbój błąka się po śmietnikach. Do Gąsawy już nie śmiał wrócić. Matka, nie zważając na mrozy i niepewną jeszcze sytuację, pojechała do Żnina na poszukiwanie psa. W Zninie pojawili się już Rosjanie, a cywile niemieccy nie zdążyli jeszcze wyjechać z miasta.
Po dłuższych poszukiwaniach znalazła Zbója na jakimś podwórku. Został zastrzelony przez Rosjan, ponieważ był dla nich tylko poniemieckim psem — giermanską sobaką.
OLGA ROMANOWSKA — GRABOWSKA
Pałuki, nr 9/1992

HL-DK
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze