Karłowo
Kominiarz miał przyjść po świętach
Nie chcieli nawet słyszeć o przeprowadzce. Mówili, że umrą w domu, w którym mieszkała błogosławiona Maria Karłowska. 74-letnia Zofia P. i jej brat 79-letni Michał P. zaczadzili się tuż przed świętami.
Przybudówka, w której zaczadzili się się staruszkowie. Obok, miejsce na ławce szykuje sobie nieżyjący już pan Michał. Mówił wtedy, że chcą umrzeć w Karłowie, gdzie mieszkała błogosławiona. Rodzeństwo Zofia i Michał P. z Karłowem i domem, w którym mieszkała bł. Maria Karłowska, związali swoje życie. Mieszkali w niewielkiej przybudówce, która - podobnie jak sam dom - była w złym stanie technicznym. Spadał tynk, na ścianach widać było wilgoć i grzyb. Na przeciekający dach naciągnięta była niebieska gruba plandeka.
Właścicielem domu gmina
W maju 2008 roku uprawomocniła się decyzja wojewody, na mocy której dom błogosławionej wraz z przybudówką, w której mieszkali państwo P. i przyległy grunt, stanowiący własność Skarbu Państwa, przekazane zostały gminie Kcynia. Gmina zabiegała o przejęcie tej nieruchomości od dawna.
Po przejęciu domu gmina podjęła kroki w celu wystawienia zdewastowanej posiadłości na sprzedaż. Pierwszy przetarg zakończył się niepowodzeniem z uwagi na wysoką wycenę (170.000 zł).
Chcieli umrzeć w domu błogosławionej
Państwo P. nie zamierzali się wyprowadzać i nie chodziło im o wyjątkowo malownicze miejsce wśród pól i lasów, ale o religijną wartość tego miejsca. Dom, w którym w 1865 r. urodziła się Maria Karłowska, dla wierzących ludzi był bardzo ważny.
W maju 2008 roku Michał P. przyznał, że słyszał o planach sprzedaży terenu, że byli ludzie, którzy o tym mówili, nawet oglądali dom błogosławionej. - Tu mieszkamy i nie wiem, co tu będzie, ale my tu pozostaniemy, chcemy dokończyć swego żywota w domu naszej błogosławionej - mówił Michał P., wygrzewając się w wiosennym słońcu 2008 roku. Obok niego leżał kundelek, inny kręcił się uwiązany przy budzie.
Propozycje zmiany lokalu
Arkadiusz Stachowiak, wiceburmistrz Kcyni przypomina, że z rodzeństwem mieszkającym w dobudowanej części domu prowadzone były rozmowy na temat przeniesienia ich do innego mieszkania. Gmina miała na uwadze nie tylko chęci sprzedaży domu, ale i to, że budynek był w złym stanie technicznym. Jego mieszkańcy zapewniali jednak, że nie mają problemu z budynkiem i właściwie uważali go za swoją własność.
- Nie chcieli się wyprowadzać z Karłowa, chcieli umrzeć tu, gdzie mieszkała błogosławiona Maria Karłowska. Z uwagi na stan budynku ostatecznie wyszliśmy z propozycją postawienia obok tego domu domku holenderskiego, na co wstępnie się zgodzili, jednak później zrezygnowali - opowiada wiceburmistrz. Jak mówi wiceburmistrz, Zofia P. zrezygnowała z przeprowadzki do domku holenderskiego, kiedy dowiedziała się, że zainstalowany tam będzie piec elektryczny. - Brak możliwości przeniesienia jej kuchennego pieca do gotowania był ostatecznym powodem, dla którego zrezygnowali z przeprowadzki. Jak się wstępnie okazuje, piec ten był prawdopodobnie przyczyną śmierci tych ludzi i ich psa - mówi Arkadiusz Stachowiak.
Kominiarz miał przyjść po świętach
23 grudnia rano krewna państwa P. powiadomiła Ośrodek Pomocy Społecznej w Kcyni o konieczności wysłania do Karłowa kominiarza, gdyż dzień wcześniej w mieszkaniu dało się wyczuć dym. Zaraz po informacji pracownik skontaktował się z kominiarzem, a ten zapewnił, że po świętach skontroluje tam przewód kominowy. W czasie, kiedy załatwiana była wizyta kominiarza, starsi ludzie już nie żyli.
Opiekunka środowiskowa Genowefa Marmurowicz od kilku miesięcy zajmowała się Zofią i Michałem P. O zdarzeniu nie chciała opowiadać, bo jak mówi, znała ich od dziecka i ta tragedia jest dla niej wielkim przeżyciem.
Nikt nie otwierał
Dzień przed wigilią rano opiekunka zapukała do drzwi P., nikt jednak nie otworzył. Z mieszkania dobiegał tylko głos z telewizora. Zaniepokojona udała się do sąsiadów. Ponownie pod drzwi zawitała z Teofilem Tafelskim.
- Pukaliśmy, wołaliśmy, nikt jednak nie otwierał, słychać było tylko telewizję. Na miejsce wezwaliśmy policję, która przez okno będące w bardzo złym stanie weszła do środka. Jak się okazało, mieszkańcy tego mieszkania już nie żyli, a w korytarzu bardzo mocno czuć było dym i spaleniznę - opowiada Teofil Tafelski.
Starsza pani zmarła siedząc oparta o stolik, jej brat w łóżku. W mieszkaniu głośno grał telewizor, z czego można wnioskować, że śmierć zastała ich wieczorem dnia poprzedniego.
Na miejsce wezwano lekarza, który stwierdził zgon. Wstępnie wykluczono działanie osób trzecich. Prowadzone postępowanie wyjaśni przyczyny i okoliczności śmierci.
Trudna pomoc
Marek Zwierzykowski, sołtys sołectwa, w którym znajduje się posesja Marii Karłowskiej, mówi, że pomoc tym dwóm ludziom była utrudniona, ponieważ posiadali oni około 10 ha ziemi i mieli emerytury, więc nie podlegali pomocy z Opieki Społecznej.
Po uzgodnieniach z burmistrzem sołtys własnym transportem dwukrotnie zaopatrzył ich w drewno na zimę. Kiedyś cała Rada Sołecka wystąpiła o środki na malowanie mieszkania do Opieki, lecz przyznano niewiele. Niedogodne warunki umowy zawartej z dzierżawcą ziemi jeszcze przed wprowadzeniem dopłat unijnych powodowały, że wpływy z dzierżawy były minimalne.
- Proponowaliśmy, że pomożemy im sprzedać tę ziemię, pieniądze przeznaczymy na remont mieszkania, wymianę okien, a pozostałą część wpłacimy na konto, tak by mieli zabezpieczenie. Jednak do tego nie doszło, oni uważali, że żyją w dobrych warunkach i nie potrzebują żadnych remontów, w dodatku ten dom uważali za własny, a do nich należał grunt położony dalej. Dom i posesja wokół była własnością Skarbu Państwa - opowiada sołtys.
Marek Zwierzykowski opowiada, że relacje ze starszymi, schorowanymi ludźmi były trudne. Po kilku miesiącach pomocy odwrócili się od nich krewni, bo - jak mówi sołtys - nie szło do porozumienia. On sam od pewnego czasu tam nie zaglądał, bo jego oferta pomocy spotkała się ze złośliwością.
- Kiedy spod domu państwa P. w środę rano zadzwoniła opiekunka z sąsiadem, że nie mogą wejść do mieszkania, nikt nie otwiera, obawiałem się rabunku. Wcześniej była już próba kradzieży u nich, dlatego kazałem wzywać policję. Jednak okazało się inaczej - mówi sołtys.
W tym roku - jak dowiedzieliśmy się od mieszkańców - miała skończyć się umowa dzierżawy na ziemię. Państwo P. chcieli, by sołtys pomógł im sporządzić nową na obecnie obowiązujących warunkach.
Dom pójdzie pod młotek
Gmina ogłosi nowy przetarg na sprzedaż domu po błogosławionej.
- Będziemy musieli zlecić ponowną wycenę lokalu, gdyż zmieniły się warunki specyfikacji przetargowej - mówi Arkadiusz Stachowiak.
Sylwia Wysocka
Pałuki nr 933 (52/2009)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze