Reklama

Naczepa widmo

Katastrofa drogowa, Murczynek, naczepa, świadkowie, Sąd Okręgowy
     Naczepa widmo
    Świadkowie, którzy niemal dwa lata temu przeżyli katastrofę w ruchu lądowym w Murczynku, zeznali w Sądzie Okręgowym w Bydgoszczy, iż nie widzieli na drodze naczepy ciężarowej scanii. Droga przebiegała spokojnie, aż do czasu samego zdarzenia. - Nagle tuż przed sobą ujrzeliśmy ciemną ścianę - zeznała pasażerka fiata seicento Justyna N., która była wówczas w piątym miesiącu ciąży.

     21 listopada 2012 r. Kilkanaście minut przed 17:00. Zapada zmrok. Kierowca ciężarowej scanii Kazimierz Ch., jeżdżący do Murczyna po kukurydzę zawraca na drodze wojewódzkiej w Murczynku. Kabina skierowana jest w kierunku Łabiszyna, a naczepa w stronę gruntowej drogi tak, że blokuje cały prawy pas dla poruszających się w stronę Żnina. W tym czasie nadjeżdża fiat seicento, w którym jadą trzy osoby. Kierowca osobowego auta chcąc uniknąć uderzenia w naczepę zjeżdża w prawo, ale mimo to nie ma szans na uniknięcie wypadku. Chwilę później w naczepę uderza volkswagen transporter, którym 7 mężczyzn ze żnińskiej firmy remontowej wraca z pracy w Bydgoszczy do Żnina. Nad miejscem zdarzenia unosi się dym. Droga jest zablokowana. Przybywają kolejni uczestnicy ruchu, w tym drugi bus z pracownikami firmy remontowej ze Żnina. Po kilku minutach na miejsce docierają pogotowie, policja i straż pożarna. Trzech pasażerów busa nie żyje. Kierowca busa i kolejny pasażer umierają w szpitalu. Prokuratura kwalifikuje zdarzenie jako katastrofę w ruchu lądowym.
     Żnińska prokuratura kieruje do Sądu Okręgowego w Bydgoszczy akt oskarżenia przeciwko kierowcy ciężarówki Kazimierzowi Ch. W okresie od 21 listopada do 11 grudnia 2012 r. zastosowano wobec niego środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania, a w miejsce uchylonego 11 grudnia 2012 r. przez Sąd Okręgowy tymczasowego aresztu zastosowano dozór policji oraz zakaz opuszczania kraju.
     Prokuratura oskarża Kazimierza Ch. o to, że 21 listopada 2012 r. około 16:43 w Murczynku nieumyślnie spowodował katastrofę w ruchu lądowym, umyślnie naruszając zasady bezpieczeństwa ruchu w ten sposób, że na drodze Łabiszyn - Żnin kierując samochodem ciężarowym scania z naczepą nie zachował szczególnej ostrożności w trakcie cofania w drogę boczną pojazdem, którego oświetlenie było niewystarczające dla dostrzeżenia go w porze nocnej przez innych użytkowników drogi i nie ustąpił pierwszeństwa przejazdu kierującemu fiatem seicento Pawłowi N. oraz kierującemu volkswagenem transporterem Ryszardowi M. W wyniku tego nieumyślnie spowodował ciężkie obrażenia ciała w postaci urazów czaszkowo-mózgowych skutkującch zgonem na miejscu zdarzenia u pasażerów volkswagena Wojciecha F., Stanisława Sz, Piotra K., u kierowcy Ryszarda M. w postaci urazu czaszkowo-mózgowego przy współistnieniu cech wykrwawienia z uszkodzonej aorty oraz ran na powłokach ciała skutkujących zgonem tego samego dnia o 19:10 w Szpitalu Uniwersyteckim w Bydgoszczy, u pasażera Jarosława S. w postaci urazu czaszkowo-mózgowego skutkującego zgonem 22 listopada 2012 r. w Szpitalu Uniwersyteckim w Bydgoszczy, obrażenia ciała u pasażera Bartosza M. w postaci wielomiejscowego uszkodzenia ciała: urazu głowy, urazu jamy brzusznej z następczym usunięciem śledziony, urazu kończyny dolnej lewej z uszkodzeniem wiązadeł krzyżowych stawu kolanowego, stanowiące ciężki uszczerbek na zdrowiu pod postacią choroby realnie zagrażającej życiu i innego ciężkiego kalectwa, u pasażera Bernarda Ż. w postaci urazu głowy prowadzącego do wstrząśnienia mózgu oraz niewielkiego krwawienia do rogu potylicznego komory bocznej prawej mózgu, skutkujące naruszeniem czynności narządów ciała na okres powyżej 7 dni, a także obrażenia ciała u kierowcy i pasażerki seicento Pawła N. w postaci wielomiejscowego uszkodzenia ciała: urazu głowy, urazu klatki piersiowej ze złamaniem żeber po stronie lewej, urazu jamy brzusznej z następczym usunięciem śledziony i urazu kończyn, stanowiące ciężki uszczerbek na zdrowiu pod postacią choroby realnie zagrażającej życiu i innego ciężkiego kalectwa oraz Justyny N. w postaci stłuczenia lewego uda i pośladka, licznych ran szarpanych prawego uda i podudzia oraz rany szarpanej lewego podudzia, skutkujące naruszeniem czynności narządów ciała.
     DOJECHALIŚMY DO ŚWIATEŁ I TAK SIĘ SKOŃCZYŁO
     W Sądzie Okręgowym w Bydgoszczy rusza proces mający wyjaśnić okoliczności tragicznego zajścia sprzed prawie dwóch lat. Przewodniczącym składu orzekającego jest sędzia Roman Narodowski. W miniony poniedziałek sędzia przesłuchał świadków.
     Bartosz M., jeden z dwóch pasażerów volkswagena, którzy przeżyli katastrofę, zeznaje, iż siedział w ostatnim rzędzie busa po prawej stronie. Kiedy dojeżdżali do Żnina, zapadał już zmrok. Nie pamięta, czy w chwili zdarzenia on i inni pasażerowie busa mieli zapięte pasy. Nie pamięta również momentu uderzenia w naczepę ciężarówki. Po wypadku stracił przytomność.
     - Jeździliśmy wtedy przez Łabiszyn, bo przez Szubin jakieś remonty były. Pracowaliśmy na budowie w Bydgoszczy przy Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego. Do zielonego busa wsiadałem ostatni, bo zamykałem bramę na budowie. Nie widziałem samochodu, w który uderzyliśmy - wyjaśnił Bartosz M.
     Bernard Ż., drugi pasażer volkswagena, siedział na przednim fotelu busa koło kierowcy Ryszarda M. Pamięta, iż z przeciwka świeciły światła, natomiast przed busem jechał mały samochód osobowy. Liczył, iż bus swobodnie minie się z pojazdem, którego światła było widać z oddali.
     - Dojechaliśmy do tych świateł i tak się skończyło - relacjonował Bernard Ż. I dodał:  - Ja widząc te światła myślałem, że samochód jedzie z przeciwka. Miałem zapięte pasy. Nie widzieliśmy żadnego zagrożenia przed tym uderzeniem. Te światła się tak wysoko świeciły, że byliśmy oślepieni. Żadnej przeszkody nie widzieliśmy. Straciłem przytomność. Potem się ocknąłem, dałem krok i miałem uczucie jakby się ziemia trzęsła. Potem dałem jeszcze trzy kroki i straciłem ponownie przytomność. Ocknąłem się po badaniu w szpitalu. Jak jechaliśmy, to ostre światła świeciły. Awaryjnych świateł i trójkąta ostrzegawczego nie było. Jechaliśmy z prędkością około 92-93 km/h. Nikt w czasie jazdy nie spożywał alkoholu. W pracy też nikt nie pił.
     CIEMNA ŚCIANA
     Justyna N. wraz z mężem i pięcioletnim synem wybrali się 21 listopada 2012 r. do ginekologa, kilkanaście kilometrów za Bydgoszczą. Kobieta była wówczas w 20. tygodniu ciąży. Po wizycie wracali do domu w Słębowie. Wybrali trasę przez Brzozę, Łabiszyn i Murczyn. Fiata seicento prowadził mąż, na fotelu obok kierowcy siedziała Justyna N, a za nią pięcioletni wówczas syn państwa N. Z relacji Justyny N. wynika, iż droga przebiegała spokojnie do czasu zdarzenia. Nie padał deszcz, chociaż było pochmurno. Z wolna zaczynał zapadać zmierzch. Kierowca seicento nie jechał szybko. Mogła to być prędkość 70-80 km/h maksymalnie. Justyna N. nie pozwalała mężowi na szybszą jazdę, ponieważ była w ciąży. Przy wyższych prędkościach w seicento za bardzo trzęsło. Maksymalna prędkość, z jaką można jechać drogą z Łabiszyna do Murczyna, to 90 km/h.
     Kiedy państwo N. minęli wzniesienie w Załachowie i zbliżali się do Murczynka, było już szaro. Według pani Justyny, najgorsza dla kierowcy jest widoczność przy zapadającym zmierzchu.
     - Z mojej perspektywy to wyglądało tak, jakby z przeciwka jechał samochód ciężarowy. Ja podczas jazdy obserwowałam drogę. Widziałam tylko światła, które świeciły w naszą stronę. Te światła oślepiały strasznie. Na pewno nie było trójkąta ostrzegawczego ani świateł awaryjnych. Mąż zaczął hamować i zjechał w prawo na pobocze. Tuż przed sobą ujrzeliśmy ciemną ścianę. Mąż zaklął, nastąpił jeden wielki huk i wszystko zaczęło się wbijać do środka. W pierwszej chwili nie mieliśmy świadomości, że to była naczepa. Po zderzeniu zorientowaliśmy się, że uderzyliśmy w naczepę samochodu ciężarowego - zeznała Justyna N. Kobieta nie widziała jakichkolwiek świateł odblaskowych na pasie ruchu, którym jechali. Mąż miał włączone światła mijania.
     Po uderzenie w naczepę nikt w seicento nie stracił przytomności. Małżonkowie nie mogli wydostać się z auta. Byli zaklinowani i mieli obrażenia.
     - Po zdarzeniu przybiegł jakiś mężczyzna. Ja krzyczałam, że mam nogi zaklinowane i czułam ogromny ból. Mówiłam, że jestem w ciąży. Z wyciągnięciem mnie był problem. Dopiero jak służby ratunkowe przyjechały, samochód musiał być rozcinany. Mąż też był zaklinowany. Syna ratownicy wyciągali wybijając tylną boczną szybę. Inaczej nie było szans się wydostać. Byłam w takim szoku, że nie wiem, czy widziałam tam kierowcę ciężarówki - wyjaśniła Justyna N. W wyniku wypadku doznała bardzo rozległych ran szarpanych nóg. Łącznie założono jej ponad 70 szwów. Pomimo traumy, przez którą przeszła pani Justyna, poród odbył się bez komplikacji. Na świat przyszła zdrowa córeczka Lena. Justyna N. nie ma wątpliwości, iż to zrządzenie losu, iż mąż zjechał samochodem w prawo. Gdyby tak się nie stało, to jadący za nimi bus uderzyłby w tył seicento.
     Paweł N., mąż pani Justyny, nie widział, że ciężarówka blokuje drogę. Twierdzi, iż kierowca scanii miał włączone - jak to ujął - złe światła i go oślepiał.
     - Gdyby zasygnalizował w jakikolwiek sposób światłami awaryjnymi czy wystawiając trójkąt, to do zdarzenia by nie doszło - zeznał Paweł N. Kierowca seicento pamięta, iż warunki atmosferyczne i widoczność na drodze były dobre. Zapadał zmierzch, ale nie było mgły i opadów. Jadąc widział tylko światła ciężarówki. Moment samego wypadku wspomina tak: - Wydawało się, że ciężarówka jedzie w naszym kierunku. W ostatnich sekundach zauważyłem, że jest ściana przede mną i lekko odbiłem w prawo. Nie sądziłem, że cokolwiek może się na drodze pojawić. To w co uderzyłem, nie było oświetlone w jakikolwiek sposób. Ten pojazd miał włączone światła drogowe lub były źle ustawione. Zwolniłem wtedy przez te światła. Jechałem na światłach mijania. Naczepa samochodu była szara i zlewała się z tym półmrokiem. Jechałem z prędkością 80 km/h. Jechałem z żoną w ciąży i dzieckiem. Za nami jechał pojazd. Było tylko widać światła w lusterku. Nie wiem, w jakiej odległości jechał za mną bus. Na pewno mnie nie oślepiał.
     Obrońca oskarżonego Jacek Szajda zwrócił uwagę, iż Paweł N. miał złe ogumienie na tylnej osi samochodu. Opony były od dwóch różnych producentów. Świadek wyjaśnił, iż nie wiedział, iż ma niewłaściwe opony z tyłu pojazdu.
     OSZUKAĆ PRZEZNACZENIE
     Michał K. w dniu zdarzenia pełnił służbę w komendzie powiatowej Państwowej Straży Pożarnej w Żninie. Gdy dotarł wraz z innymi strażakami na miejsce katastrofy, zauważył ciężarówkę. Ciągnik siodłowy stał na prawym pasie w kierunku Łabiszyna, a skierowana na polną drogę naczepa blokowała w całości drugi pas. W naczepę były wbite dwa samochody. Zaraz potem przystąpił do akcji ratowania poszkodowanych osób. - Ja w pierwszej kolejności zajmowałem się kobietą z seicento - wyjaśnił Michał K.
Wojciech M. ze żnińskiej straży pożarnej również został wysłany na miejsce katastrofy. Pomagał wydostać ludzi zakleszczonych w seicento. Udzielał również pomocy poszkodowanym pasażerom busa. - Osoby z tyłu nie miały zapiętych pasów bezpieczeństwa - zeznał Wojciech M.
     Łukasz S. jechał samochodem ciężarowym w kierunku Żnina. Widoczność była dobra. Na miejscu katastrofy znalazł się jedną lub dwie minuty po zdarzeniu. Zadzwonił pod nr 112 po pomoc. - Próbowałem pomóc pani z seicento, ale nie szło jej wyciągnąć - zeznał Łukasz S. Świadek nie wie, by inni kierowcy ciężarówek zawracali w tym miejscu co Kazimierz Ch.
     - Nie wiem, czy tam bym osobiście zawracał. Gdybym chciał tam zawrócić, to bym się upewnił, czy nie ma innych uczestników na drodze i wykonałbym manewr zawracania - wyjaśnił Łukasz S. I dodał, że widział osobiście wcześniej oskarżonego, bo kilka razy wozili kukurydzę z tego samego gospodarstwa. Możliwość zawracania była na jednym z gospodarstw.
     Andrzej D. pracował w tej samej firmie, co ofiary katastrofy. Przez cały tydzień jeździł z nimi volkswagenem transporterem, ale w dniu zdarzenia kolega z pracy miał imieniny i zapytał go, czy po pracy nie kierowałby jego busem. Zgodził się. Po drodze zatrzymał się przy ogródku piwnym w Łabiszynie. Kolega z pozostałymi pasażerami drugiego busa wypili piwo.
     - Jak dojechałem, to policja i straż udzielały już pierwszej pomocy. Gdybym nie zatrzymał się przy sklepie w Łabiszynie, to byłbym drugim samochodem na miejscu zdarzenia - wyznał Andrzej D.
     WCZEŚNIEJ COFAŁ GDY BYŁO JASNO
     Małgorzata S. mieszka kilkadziesiąt metrów od miejsca katastrofy. Idąc do obory widziała, jak kierowca ciężarówki próbował zawrócić. Gdy wyszła z obory, zauważyła dym.
     - Pali się czy co, pomyślałam - zeznała Małgorzata S. Podeszła nieco bliżej i zauważyła dwa rozbite o naczepę samochody. Kiedy szła do obory, to widziała ciężarówkę tylko z tyłu. Twierdzi, że widziała białe światła cofania i żółte światła migające. Małgorzata S. widziała scanię pod gospodarstwem już wcześniej. - Samochód ten już kilka razy cofał tą drogą. Nigdy nie udało mu się cofnąć za pierwszym razem. Wcześniej cofał, gdy było dość jasno, a w dniu wypadku było ciemno - wyjaśniła Małgorzata S.
Krzysztof S., syn Małgorzaty S., zeznał, iż matka słysząc uderzenie myślała, że kierowca tira uderzył w krzyż i kazała pójść mu zobaczyć, co się stało. Według świadka, ciężarówka miała na pewno włączone światła mijania. Nie zauważył świateł pulsujących.
     DOZÓR PODTRZYMANY
     Obrońca oskarżonego wnioskował o uchylenie Kazimierzowi Ch. dozoru policji. Argumentował, iż dozór jest dla niego utrudnieniem ze względu na stan zdrowia. Kazimierz Ch., który na sali rozpraw nie zdradzał żadnych emocji i którego wspierała żona, wyznał, iż jest nerwowy, kiedy ma się raz w tygodniu stawić na policji. I dodał: - Nie mam pracy, więc jak mogę uciec za granicę.
     Prokurator Anna Banaszak wnioskowała o utrzymanie wobec oskarżonego środka zapobiegawczego w postaci dozoru. Z takim samym wnioskiem wystąpiły żony ofiar katastrofy, które występują w procesie w charakterze oskarżycieli posiłkowych.
     - My przeżyliśmy święta 2012 r. bez ojców i mężów, a on siedział tylko dwa miesiące. Dlatego wnosimy tak jak pani prokurator - zaznaczyła jedna z wdów.
Sędzia nie przychylił się do wniosku obrony i oskarżonego, ponieważ nie przedstawili argumentów, dla których środek zapobiegawczy miałby zostać uchylony. Argument, iż jest się nerwowym, kiedy trzeba się stawić na policji, to dla sędziego niewystarczające uzasadnienie.
     Kolejna rozprawa odbędzie się 15 września.

Arkadiusz Majszak
Pałuki nr 1178 (37/2014)

Reklama

 

 

 

Więcej informacji na ten temat:

- Odpowie z wolnej stopy

Nie ma opinii

W Murczynku nie zachował ostrożności

Nie katastrofa, a wypadek ze skutkiem śmiertelnym

Rusza proces w sprawie wypadku w Murczynku

Sąd Okręgowy przeoczył

Śmierć przy krzyżu

Katastrofa, a nie wypadek

Modlił się przy krzyżu

Zabrakłoby elementu zaskoczenia

Każdy ma prawo do obrony

Cztery lata więzienia za katastrofę w Murczynku

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości