Reklama

Nie pamięta rozmów, których nie było

Wójcin, wypadek, Sąd Rejonowy, policjant, 1992 r.
     Nie pamięta rozmów, których nie było
     Sąd Rejonowy w Żninie udzielił pomocy Sądowi Apelacyjnemu w Gdańsku. Polegała ona na przesłuchaniu świadka - byłego żnińskiego policjanta - w sprawie, której wznowienia wciąż pragnie Marek J., skazany prawomocnym wyrokiem na karę pozbawienia wolności. Został uznany za sprawcę wypadku w Wójcinie w październiku 1992 r., w którym zginęły dwie dziewczyny. Skazany nadal twierdzi, że to nie on wtedy kierował samochodem.

      Przypomnijmy, że Marek J. skazany został za spowodowanie śmiertelnego dla Karoliny K. i Aleksandry Z. wypadku w Wójcinie (gm. Żnin) w październiku 1992 r. Dwadzieścia lat temu Marek J. i Karolina K. mieszkali w Barcinie, a Aleksandra Z. w Wolicach. Marek J. wtedy miał 19 lat, a dziewczęta były w wieku 17 i 19 lat. Wyrok skazujący zapadł po kilku postępowaniach związanych z apelacjami oraz ze zmianami składu orzekającego w 2004 r.
     Od tamtego czasu Marek J. i jego pełnomocnicy starają się doprowadzić do uniknięcia konieczności odbycia kary. Składali wnioski o kasację do Sądu Najwyższego i o uniewinnienie do ministra sprawiedliwości oraz do Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Nie przyniosło to uchylenia kary 4 lat pozbawienia wolności i Marek J. miał ponad rok temu trafić do więzienia. Gdy otrzymał wezwanie do stawienia się w zakładzie karnym, podjął nieskutecznie wykonaną próbę samobójczą. W rezultacie trafił do szpitala psychiatrycznego i dla nerwowo chorych w Świeciu. Wtedy Sąd Rejonowy w Żninie po raz pierwszy dopuścił dowód w postaci opinii biegłych psychiatrów na okoliczność, czy skazany w obecnym stanie psychicznym może odbyć karę więzienia. Psychiatrzy we wrześniu zeszłego roku stwierdzili, że nie. Sąd podtrzymał ich zdanie i odroczył wykonanie kary o pół roku.
     Gdy ten termin minął, Marek J. i jego pełnomocnicy zwrócili się o dopuszczenie kolejnego dowodu w postaci aktualnej opinii. Sąd się zgodził. Jednak późną wiosną br. okazało się, że Marek J. i jego adwokaci zwrócili się też do Sądu Apelacyjnego w Gdańsku o wznowienie sprawy pod kątem zbadania nowych dowodów. Przez 20 lat Marek J. bowiem oraz jego prawnicy starali się uzyskać dodatkowe dowody i zeznania świadków, które potwierdziłyby niewinność skazanego. On nigdy nie przyznał się do winy i twierdzi do dzisiaj, że nie prowadził podczas październikowej nocy w 1992 r. samochodu, w którym zginęły nastolatki z Barcina i Wolic, bo spał wtedy pijany w domku wczasowym na tzw. Koźlonie nad Jeziorem Ostrowieckim. Zorganizował tam wtedy imprezę dla uczczenia faktu, że dostał się na wymarzone studia. Dziewczyny, które później zginęły, też uczestniczyły w tej imprezie.
     Dlaczego więc za kierownicą samochodu po wypadku odnaleziono jednak śpiącego Marka J., który miał 1,8 promila alkoholu we krwi? Marek J. przed sądem przyjął linię obrony, według której nie kierował samochodem, i w ogóle go w nim nie było podczas zdarzenia, bo był pijany i spał w domku wczasowym. Według Marka J., to Marek O. (wówczas 21-letni kolega Marka J., z którym razem bawili się tamtej nocy wraz z dziewczynami) miał przy pomocy swego brata wezwanego telefonicznie zawlec pijanego Marka J. na miejsce wypadku i posadzić za kierownicą pojazdu, tak ażeby winą obciążyć kolegę. Według Marka J. i jego obrońców, Marek O. współpracował ze swoim bratem, fałszując okoliczności tragicznego wypadku i wykorzystując to, że ten pracował w policji szubińskiej i znał procedury postępowania.
     Pełnomocnicy Marka J. zwrócili się do Sądu Apelacyjnego w Gdańsku o wznowienie postępowania. Wnioskowali o przesłuchanie w charakterze świadka Janusza F. ze Żnina, który w 1992 r. pracował w tutejszej policji. Pomocy w tym zakresie miał udzielić Sąd Rejonowy w Żninie. Tak też się stało. Janusz F. został przesłuchany przez sędziego Roberta Tuchcińskiego w ostatni piątek.
     Były żniński policjant powiedział, że w nocy z 16 na 17 października 1992 r., kiedy doszło do wypadku w Wójcinie, nie był na służbie. O wypadku wie tyle, ile przeczytał w prasie, gdyż był to wówczas często poruszany w mediach temat. Z tamtego zdarzenia nie sporządzał żadnej notatki. Nie był na służbie i nie miał dyżuru, więc nie wezwano go do Wójcina. Gdyby miał dyżur tamtej nocy, to wówczas na pewno zostałby wezwany, ale tak się nie stało. Nie był tam również w kolejnych dniach po tragedii. Nie rozmawiał także ze świadkami zdarzenia i z nikim innym. Na to pełnomocnik Marka J., mecenas Bartłomiej Frankowski rzekł, iż są dowody, że Janusz F. rozmawiał o tym wypadku z prywatnym detektywem. Świadek podkreślił, że to nie on rozmawiał z detektywem, ale detektyw próbował rozmawiać z nim, natomiast Janusz F. niczego nie był w stanie powiedzieć temu detektywowi, bo o sprawie nic nie wiedział.
     Tak się jednak złożyło, że w materiałach dochodzeniowych znalazła się notatka służbowa z 17 października 1992 r. sygnowana podpisem świadka. Janusz F. powiedział, że już wcześniej widział tę notatkę i nie on ją podpisał. Zaznaczył, że ta notatka nie jest prawdziwa choćby z tego względu, że Janusz F. nie miał wtedy służby, więc nie było racjonalnych podstaw do twierdzenia, że to on jest jej autorem. Podpis, który pod nią widnieje, nie należy do niego, co więcej, ktoś, kto ten podpis podrobił, pomylił nazwisko - w podpisie sprzed dwudziestu lat jest literówka w jego nazwisku. Janusz F. powiedział, że według jego pamięci nie było w tamtym czasie w komendzie żnińskiej innego policjanta o tym samym nazwisku. Ze znanych mu osób jedynie brat świadka pracował w policji, w latach 1993-94 w komendzie na Wyżynach w Bydgoszczy, a później w komendzie żnińskiej i na posterunku w Gąsawie.
     Co do notatki służbowej, która została podpisana jego nazwiskiem z błędem, to Janusz F. powiedział, że nie dociekał, gdy się o tej notce dowiedział, kto to zrobił. Zastanawiał się nad motywem autora notatki i był zbulwersowany tym, że ktoś się pod niego podszył. Miał jakieś swoje wewnętrzne domysły w tej sprawie, nie dociekał jednak, kto mógł za tym stać. Ponadto świadek dodał, że prawdziwa notatka służbowa miałaby charakter tajny i na pewno nie wypłynęłaby w taki sposób, jak notatka, która jest w materiale dowodowym w tej sprawie. Przed laty Janusz F. wyjaśniał już sprawę tej notatki zeznając w prokuraturze w Żninie na wezwanie telefoniczne oraz na wezwanie pisemne w prokuraturze w Świeciu nad Wisłą.
     Mecenas Bartłomiej Frankowski dopytywał się również Janusza F., czy zna i czy rozmawiał o wypadku z innym ówczesnym policjantem, Tomaszem Cz. Świadek stwierdził, że o ile dobrze pamięta, to Tomasz Cz. był policjantem w Barcinie, ale z nim Janusz F. też o wypadku nie rozmawiał. Mecenas zapytał świadka, czy zna Andrzeja O., też byłego policjanta z komendy w Szubinie. (Wyjaśnijmy w tym miejscu, że chodzi tutaj o brata Marka O., który tragicznej nocy też uczestniczył w wypadku w Wójcinie i odniósł obrażenia). Janusz F. stwierdził, że wiedział przed dwudziestu laty o tym, iż w Szubinie pracuje jakiś policjant o nazwisku O., ale nie znał imienia i z nim także nigdy nie rozmawiał.
     Protokół z piątkowego przesłuchania świadka Janusza F. w sądzie żnińskim został wysłany do Sądu Apelacyjnego w Gdańsku. Czy sąd oceni, iż wniósł coś do sprawy - okaże się niebawem.

Karol Gapiński
Pałuki nr 1073 (36/2012)

Reklama

 

 

Inne teksty na ten temat:

...a z ust czuć było alkohol

Kto prowadził?

Kto w końcu prowadził?

Nie ten psychiatra i kolejny świadek

Marek J. apeluje: sądzić jeszcze raz!

Psychiatrzy zakończyli ponowne badanie Marka J.

Marek J. znów badany przez psychiatrów

Psychiatrzy: nie teraz do więzienia

Marek J. w szpitalu psychiatrycznym

Świadek w wypożyczalni

Cztery lata pozbawienia wolności za spowodowanie wypadku w Wójcinie

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości