Marek Kornalewicz, wiceprzewodniczący Rady Miejskiej w Szubinie, próbuje przejąć 1.600 m2 działki w Turze przez zasiedzenie. Gmina, która jest faktycznym właścicielem, usiłuje do tego nie dopuścić. Przed sądem ostatnio zeznania składał zainteresowany wraz z małżonką oraz jeden z sąsiadów.
Świadek Jacek N. oraz pełnomocnicy gminy i państwa Kornalewiczów pochylają się nad mapą fot. Magdalena Kruszka Przypomnijmy, podczas porządkowania spraw gruntowych w Urzędzie Miejskim w Szubinie urzędnicy odkryli, że jest w Turze działka gminna, którą użytkuje wiceprzewodniczący Rady Miejskiej. Wezwali go do uiszczenia opłaty za 10 lat wstecz i oddania działki. Radny działki nie zamierza oddać, uważa, że nabył ją na zasadzie zasiedzenia. Sprawę ma rozstrzygnąć sąd.
30 marca w Sądzie Rejonowym w Szubinie odbyła się kolejna sprawa dotycząca działki w Turze. Przed sędzią Jolantą Jabłońską stawili się państwo Kornalewiczowie z pełnomocnikiem Bartoszem Kornalewiczem, radca prawny z Urzędu Miejskiego w Szubinie Wojciech Pacewicz i świadek Jacek N. To on jako pierwszy składał zeznania. Urodził się on w Turze i mieszkał w sąsiedztwie przedmiotowej działki między innymi od 1989 do 1993 roku, a potem od 1998 roku. Sędzia pytała go, jak działka wyglądała w czasach, kiedy świadek był jej sąsiadem. Jacek N. zeznał, że państwo Kornalewiczowie przejmowali działkę etapami.
- Zaczęło się od tego, jak zaczęli kopać staw - zeznawał świadek. - Po prostu nie było gdzie usypywać ziemi, bo na swojej działce zaczęli kopać staw nie mając gruntu obok. Jacek N. zeznał, że w tym czasie sąsiednia działka nie była użytkowana, choć wcześniej korzystali z niej inni ludzie, ale według niego użytkowali do lat dziewięćdziesiątych, a w 1994 roku ostatnie osoby przestały się tym terenem zajmować. W roku 1997 cały ten teren był już opuszczony i nikt działek nie użytkował. Płoty były powalone, a siatki porozrywane. Nie było już żadnych drzew. Kiedy Marek Kornalewicz zaczął kopać staw około roku 2007, na sąsiedniej działce zaczął gromadzić ziemię. Natomiast w latach 2007-2009 działka była wyrównywana, niwelowana i grodzona. Świadek zeznał, że kiedy Marek Kornalewicz przestał być radnym, prace na tym terenie zostały wstrzymane.
- Wcześniej były trzy-cztery rodziny, które na tej części gruntu miały swoje działki - mówił Jacek N. i wymienił jedno nazwisko. Pozostałych świadek znał tylko z widzenia. Zeznał, że te osoby po prostu zajęły sobie te grunty i zaczęły je uprawiać. Były to osoby mieszkające w odległości 70-100 metrów od działki, ale użytkowanie nie było związane z najmem. Nie wiedział także, czy państwo Kornalewiczowie płacili jakieś gratyfikacje poprzednim użytkownikom.
Bartosz Kornalewicz pytał świadka, czy pamięta rozbieranie klatek po nutriach. Jacek N. przyznał, że klatki pamięta, ale nie wie, kto i kiedy je rozbierał. Stwierdził, że samoczynnie się rozleciały. Pełnomocnik państwa Kornalewiczów wcześniej złożył wniosek o przesłuchanie obu wnioskodawców. Jako pierwszy został przesłuchany Marek Kornalewicz. Potwierdził on, że obejmował w posiadanie nieruchomość etapami, ale odbywało się to w latach 2003-2004. W 2005 roku kupił budynek na sąsiedniej działce podczas przetargu wywołanego przez gminę. Obejmowanie w posiadanie najpierw dotyczyło części uprawianej wcześniej przez Andrzeja A., a potem przez jego syna Rafała A. Ta część była ogrodzona, a na działce były drzewa owocowe i porzeczki. Od 2002 roku trwały rozmowy na temat przejęcia tej działki o powierzchni około 300 m2 od Rafała A.
- Rozmawiałem z nim, czy on będzie to dalej użytkował, czy może chciałby się pozbyć - mówił Marek Kornalewicz. - On się zastanawiał, zastanawiał, ale w końcu doszliśmy do porozumienia i za odpowiednią gratyfikację finansową, czyli za pokrycie kosztów rekultywacji, przejąłem tę działkę. Wcześniej wyrzucano po prostu śmieci z ośrodka zdrowia na przełomie lat 60. i 70. Pan Andrzej bardzo się tam napracował, więc stąd ta gratyfikacja. To była kwota 900 zł.
Potem w 2004 Marek Kornalewicz uzgodnił z panią Ś., że przejmie kolejną, największą część tej działki, czyli około 60% całości. Na tej właśnie działce były klatki dla nutrii. Przejęcie nastąpiło w zamian za uporządkowanie klatek. Były one rozbierane w 2004 roku. Następnie następowało przejmowanie mniejszych ogródków, między innymi użytkowanych przez różne panie. Końcowy etap zajmowania tych nieruchomości nastąpił na przełomie 2004 i 2005 roku. Potem, w latach 2006-2007 był etap pogłębiania stawu i wyrównywania terenu.
Sędzia pytała, dlaczego przejmowanie terenu następowało etapami. Marek Kornalewicz wyjaśniał, że po kolei z poszczególnymi ludźmi prowadził rozmowy, dogadywał się i uzgadniał zajmowanie terenów. Podkreślił, że kiedy zaczął obejmować poszczególne działki w posiadanie, nie był jeszcze radnym.
- Nie miałem wtedy jeszcze nawet zamiaru być radnym - mówił Marek Kornalewicz. - Uważam, że zasiedzenie jest legalną formą uzyskania własności w Polsce. Oprócz tego, że jestem radnym, jestem też normalnym, zwykłym obywatelem, który chce skorzystać ze swojego prawa. Nie łączyłbym tego z funkcją radnego. Widzimy, że jest duże zainteresowanie tą sprawą i dziwi mnie to po prostu, bo oceniać należy pracę radnego, a nie sprawy prywatne radnego.
Bartosz Kornalewicz pytał, jakie nakłady zostały poczynione na przedmiotowej działce i co zostało na niej zrobione. Marek Kornalewicz mówił, że najpierw został wyrównany teren, potem zasiana została trawa. Dalej były robione nasadzenia, instalacja elektryczna, wodna i toaleta. Trwało to około 13-15 lat, więc gdyby policzyć jeszcze nakład własnej pracy, to nakłady na ten teren sięgnęłyby 80.000-100.000 zł.
- Wcześniej ten teren był cały użytkowany, ale zmieniali się właściciele, jeden rezygnował, drugi brał - zeznawał Marek Kornalewicz i przekonywał, że to nieprawda, że po 1997 roku z tego terenu już nikt nie korzystał, bo cały teren był użytkowany przez różne osoby, które grodziły swoje działeczki płotkami lub wyznaczali granice ścieżkami.
Beata Kornalewicz potwierdziła wszystko, co powiedział mąż. Zaznaczyła, że najwięcej pracy na terenie spornym włożyła właśnie ona, bo interesowała się ogrodami. Sprawami formalnymi zajmował się mąż.
- My to tak uważaliśmy, że każdy tak zasiadywał te tereny, więc razem z mężem tak samo uważaliśmy - mówiła Beata Kornalewicz. - Po prostu jak ktoś tam się wycofywał, takie starsze osoby i panie, które już nie mogły pracować, to my przejmowaliśmy to po nich. Uważaliśmy z mężem, że gmina się tym nie interesowała.
Zapytana, skąd wie, że gmina się tym nie interesowała, przyznała, że od męża. Żadnego geodety ani przedstawiciela gminy na tym terenie nie widziała. Nie wie też nic o tym, żeby kto inny złożył wniosek o zasiedzenie.
Bartosz Kornalewicz złożył wnioski o opinię biegłych, czyli wniosek o przeprowadzenie opinii biegłego geodety i wniosek o przeprowadzenie dowodu na okoliczność ustalenia wieku bezwzględnego pisma - oświadczenia z grudnia 2003 roku, podpisanego przez państwa Kornalewiczów i Rafała A., bo wcześniej gmina Szubin kwestionowała datę sporządzenia tego dokumentu. Kolejny wniosek dotyczył opinii grafologa, który wykonałby badanie porównawcze podpisu złożonego przez Rafała A. tak, żeby ustalić, czy rzeczywiście jest to jego podpis.
Sąd postanowił rozprawę odroczyć na termin z urzędu. Ewentualnie postanowienie dowodowe dotyczące potrzeby powołania biegłego z zakresu geodezji i potrzeby powołania biegłego z dziedziny badania pisma ręcznego i ekspertyzy powstania pisma, zostanie wydane na posiedzeniu niejawnym.
Magdalena Kruszka
Pałuki nr 1312 (14/2017)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze