Reklama

Wspomnienie Zbigniewa Skorwidera o Januszu Księskim

Długo zabierałem się do napisania wspomnienia o Januszu Księskim. W dzisiejszym Żninie jego postać blaknie i ulega powolnemu zapomnieniu. A Janusz jest jednym z ludzi bardzo ważnych dla historii Żnina drugiej połowy dwudziestego wieku.

Janusz i Zofia Księscy we wrześniu 1993 roku, podczas obchodów 70-lecia żnińskiego gimnazjum i liceum fot. Dominik Księski

    Nie urodził się w Żninie. Jego rodzina przyjechała tu w maju 1945 roku z Dereczyna, z Kresów Wschodnich (na kanwie wydarzeń wojennych napisał w latach 90. powieść „Miasteczko Niczyje”). Jego ojciec, Jan Księski, przedwojenny urzędnik samorządowy, rozpoczął w Żninie pracę w Urzędzie Powiatowym, Matka Janusza - Czesława Księska, przed wojną nauczycielka szkoły powszechnej, rozpoczęła pracę w Szkole Podstawowej w Górze, a po roku, aż do przejścia na emeryturę - w żnińskiej jedynce, gdzie uczyła języka polskiego.  
    Zarówno Janusz, jak i jego młodszy brat - Jurek wyjątkowo wtopili się w nasze środowisko. Nie pamiętam, aby kogokolwiek innego nasi rówieśnicy tak serdecznie przyjęli. Byli bardzo kontaktowi. I w jednym nas wszystkich przewyższali - we wrodzonym zainteresowaniu miejscem, w którym żyli. My Żnin mieliśmy na co dzień. Wydawało się nam, że wszystko wokół znamy. Janusz o wszystko pytał i wtedy okazywało się, że odpowiedzi trzeba szukać. Szukał, dokopywał się, wypompowywał wiadomości zewsząd, skąd tylko mógł. Był potem człowiekiem najbardziej  predestynowanym do napisania rozdziału o powojennej historii Żnina w dziele „Żnin, 700 lat dziejów miasta” (Bydgoszcz 1965), został też autorem pierwszego przewodnika po Pałukach (Gdańsk 1996) i po Żninie (Żnin 1993).
    Po maturze w żnińskim liceum poszedł na studia, które ukończył w roku 1953. W 1954 roku, w wieku 24 lat ożenił się z Zofią Derech. Razem przez lata uczyli w żnińskim Liceum Ogólnokształcącym języka polskiego. W połowie lat 60. został dyrektorem Powiatowego Domu Kultury, w 1968 awansował na dyrektora Wojewódzkiego Domu Kultury w Bydgoszczy. Przeprowadził się tam z całą rodziną, a Zosia została polonistką w bydgoskim LO nr 1 przy pl. Wolności.  
    W latach 80. Janusz był wicedyrektorem Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Bydgoszczy. Zmarł 28 lipca 1999 roku.
    Przyjaźniliśmy się od chwili poznania i te nasze kontakty trwały do końca. Nigdy nie byliśmy skłóceni, nawet w najcięższych dla nas chwilach. Jeśli ktoś zaatakował Janusza, ja stawałem w jego obronie. Mnie zaatakowali - on stawał za mną.
    TAM, GDZIE BYŁY KSIĄŻKI
    Należałem do tych, którzy inicjatywami sypali, jak z rękawa. Ale aby wprowadzać je w życie, potrzebna była grupa ludzi, którzy porozumiewali się wspólnym językiem. Jądro tej grupy stanowili Janusz, Zygmunt Schmidt i Dziunia Żurawska. Od początku lat 50. do końca 60. Co jeden podjął, w tym reszta mu pomagała. Wszystkie nasze inicjatywy w tamtych latach powstawały albo w mieszkaniu Derechów, albo u mnie w księgarni, albo w bibliotece u Dziuni Żurawskiej - czyli wszędzie tam, gdzie były książki.
    Janusz wziął za żonę Zosię Derechównę, córkę kupca, Ignacego Derecha, przedwojennego przewodniczącego Rady Nadzorczej Banku Ludowego w Żninie. W ich domu przy przy 700-lecia 21 królowała pani Julia Derechowa - teściowa Janusza. My rozmawialiśmy w pokoju, ona krzątała się po kuchni, ale wszystko zawsze wiedziała i czasami zjawiała się na progu, wyrażając własne zdanie. Co ona zatwierdziła, zawsze się powiodło. Co skrytykowała - nie miało prawa się udać. Janusz pił herbatę mocną jak szatan, parzył ją w specjalny sposób, nie do podrobienia gdzie indziej. Palił dużo, papierosy w końcu przyczyniły się do jego śmierci.  
    PUBLICYSTA
    Janusz spełniał wśród nas rolę rzecznika prasowego. Jeszcze w czasie studiów pracował w "Głosie Wielkopolskim", po powrocie do Żnina współpracował z "Dziennikiem Wieczornym" - w rocznikach z lat sześćdziesiątych co rusz natrafić można na jego artykuły dotyczące bieżących spraw Żnina - nowe pomniki, jubileusze, imprezy, Biskupin... Miał liczne kontakty w prasie krajowej - drukował w „Życiu Literackim”, w „Polityce”, „Szpilkach”, „Ziemi i Morzu”, „Nowym Torze”, w „Stolicy”.
Pisał humoreski, felietony, opowiadania, artykuły dotyczące programu nauczania języka polskiego, zabierał głos w dyskusjach dotyczących życia literackiego. W „Mówią Wieki” prowadził stałą rubrykę filatelistyczną, publikował w fachowej prasie fialtelistycznej w kraju i za granicą.
    W prasie ogólnopolskiej przedstawiał zabytki, przyrodę, historię i ludzi Pałuk.
    Napisał i opublikował wiele źródłowych opracowań historycznych w oparciu o materiały archiwalne - jako przykłady można wymienić rozdziały w „Dziejach Grudziądza” i książce „Nakło nad Notecią, dzieje miasta i okolic”.
    Pod koniec życia, w latach 90-tych wszedł do redakcji Żnińskich Zeszytów Historycznych, które wydrukowały wiele jego źródłowych artykułów historycznych dotyczących Żnina.
    FILATELISTA
    Od lat dziecięcych był zapalonym filatelistą i to była - obok historii - największa pasja jego życia. Pisał i dostawał od dziesięciu do dwudziestu listów dziennie. Wystawiał, otrzymywał złote medale, był też sędzią filatelistycznym. Prowadził ożywioną wymianę znaczków, listy szły do Londynu, Haify, Australii, i w dziesiątki innych miejsc. Był ekspertem Polskiego Związku Filatelistów w zakresie polskich cenzur wojskowych i cywilnych. Publikacje dotyczące m.in. historii poczty polskiej, poczty powstania wielkopolskiego, polskich poczt polowych, stempli prowizorycznych, cenzur,  poloników ukazywały się zarówno w prasie popularnej, specjalistycznej, jak i w książkach.
    Janusz był najbardziej doświadczonym wśród nas filatelistą, inicjatorem założenia w marcu 1958 roku koła Polskiego Związku Filatelistów w Żninie i jego pierwszym przewodniczącym.  Ja zostałem skarbnikiem, a sekretarzem - Hubert Kurczewski. Gdy w 1967 roku Janusz został członkiem Zarządu Okręgowego PZF w Bydgoszczy, zrezygnował z kierowania żnińskim kołem, a jego następcą w styczniu 1958 roku został Hubert (wtedy to koło organizacyjnie zostało podporządkowane Okręgowi Bydgoskiemu).  Był współzałożycielem i pierwszym prezesem Klubu „Polonica”, powstałego w roku 1964 przy Poznańskim  Zarządzie Okręgowym PZF.  W latach 1973-89 wybierano go na prezesa Zarządu Okręgowego PZF w Bydgoszczy i członka Zarządu Głównego PZF.  Nie zliczę inicjatyw filatelistycznych Janusza: pomysłów na znaczki, kasowniki, całostki, imprezy, wystawy i nawet nie będę próbował. To temat na osobny artykuł dla jego następców.  
    W latach sześćdziesiątych przekazywanie honorariów za teksty, ukazujące się w prasie za granicą napotykało na kłopoty. Czasem otrzymywał je w rzadkich znaczkach. Raz jeden, w okresie kłopotów z zaopatrzeniem w opał, poprosił zachodniego wydawcę o wypłacenie mu wynagrodzenia w węglu. Nie wiem, czy wiedział, ile tego węgla po przeliczeniu będzie. W każdym razie wydawca zadanie wykonał i do Żnina przyszedł na adres Janusza... wagon węgla. Świetnego, wysokokalorycznego. Derechowa, teściowa Janusza, wzięła mnie kiedyś za rękę, przyprowadziła do pieca i pokazała: - Proszę zobaczyć, nic nie wykładam z tego pieca, wszystko się spala.
    Tych kontaktów wielu Januszowi zazdrościło, niektórzy też myśleli, że nie wiadomo ile za te artykuły zarabia.
    NAUCZYCIEL
    Janusz był wybitnym nauczycielem. Nie tylko uczył, jeździł z młodzieżą na obozy wędrowne, także w Tatry. Wszedł do grona pedagogicznego, w którym byli głównie nauczyciele starej daty, przedwojenni. On był inny i uczył inaczej. Ciekawie, interesująco, bez dystansu i był bardzo lubiany. Stachu Czabański, który miał wielką skłonność do głupich żartów, zagadał  kiedyś z głupia frant dyrektora Hieronima Gramlewicza: „- Kiedy Pan odchodzi? Pan nic nie wie? Przecież Janusz już jest przewidziany na dyrektora.” I śmiał się z dowcipu, ale Gramlewiczowi do śmiechu nie było. Nie miał poczucia humoru.
    O liceum napisał wiele anegdot, w których utrwalił chwile i osoby z dawnych czasów. Część z nich ukazała się w niewielkiej książeczce "13 anegdot o żnińskim liceum", wydanej w 1993 roku. Gdy byłem przewodniczącym Miejskiej Rady Narodowej, Janusz mi podsuwał, jakich literatów ściągać. I co miesiąc jakaś sława przyjeżdżała do Żnina. Nie udało się tylko z Wańkowiczem - za dużo pieniędzy zażądał za honorarium. Na 6.000 zł nie było nas stać.
    DZIAŁACZ PTTK
    Janusz był jednym z inicjatorów utworzenia w Żninie oddziału PTTK. Pierwszym prezesem został Sylwester Małecki. Ja i Janusz zostaliśmy wiceprezesami - od roboty. Tu muszę zgłosić pretensję do dzisiejszych działaczy PTTK w Żninie. Gdzie patrzę - Księskiego nie ma. W prasie czytam:  Muzeum powstało z inicjatywy Czesława Kawczyńskiego i Dziuni Żurawskiej. Rozumiem, ktoś zadbał o Kawczyńskiego, który w tamtym czasie nie był nawet członkiem PTTK. A gdzie Janusz? Tak nie powinno być.
    W latach 50. opracował plan działań ratowania żnińskiej baszty, która groziła zawaleniem i poważnie się mówiło o rozbiórce. Chodził po urzędach, załatwiał, pisał coraz to nowe pisma. Plan obejmował sprawy architektoniczne, wykorzystanie wieży na potrzeby muzeum oraz potrzebę odciążenia rynku z ruchu towarowego i wybudowania obwodnicy obok torów (dzisiejsza ulica Dworcowa), co zostało przez naszych następców w latach 70. zrealizowane. Doraźnie osiągnął tyle, że przerzucono główny ruch z Gąsawy na Bożejewiczki. Pozwoliło to odciążyć żniński rynek [do lat 70. ruch z Bydgoszczy do Gniezna szedł przez Żnin i Gąsawę do Rogowa, przez Czewujewo prowadziła jedynie wąska brukowa droga - przyp. red]. Najgorzej było podczas Targów Poznańskich, kiedy od rana przez Żnin szedł sznur autokarów.
    Gdy Żnin pominęli, układając turystyczną trasę Szlaku Piastowskiego, Janusz jeździł, przekonywał, aż przekonał. Mieliśmy tu wtedy duże poparcie w wojewodzie bydgoskim Aleksandrze Schmidcie, który był wielkim przyjacielem Żnina i fanem malarstwa Małachowskiego.  Janusz był inicjatorem powołania grupy przewodników po Żninie i Pałukach. Zaproponowaliśmy profesorowi Zdzisławowi Rajewskiemu, który wtedy rządził muzeum, przejęcie przez PTTK obsługi ruchu turystycznego w Biskupinie. Rajewski się zgodził. Wydrukowaliśmy w drukarni pocztówkę z ułożonym przez Janusza zaproszeniem do Biskupina, skierowanym do szkół. Janusz zorganizował adresy, uczniowie pracowicie wpisywali je na pocztówki. I wysłaliśmy zaproszenia do wszystkich szkół w Polsce! Efekt musiał być. W pierwszym roku z 18.000 zwiedzających rocznie Biskupin doszło do 120 tysięcy, później było i 180.000.
    W całym powiecie zorganizowaliśmy sieć producentów pamiątek z Biskupina. Rzeźbiarze i rzemieślnicy w Annowie, w Ostrówcach, nie pamiętam już gdzie jeszcze, robili w drewnie  zaprojektowane przez Państwowe Muzeum Archeologiczne w Warszawie pamiątki. Szło jak woda, nie mogli nadążyć z pracą. Ba - lasy nie mogły nadążyć z drewnem!
    I musieliśmy się wciąż starać o przydziały. Janusz organizował też szkolenie przewodników. Był wśród nich Władysław Jakubowski, poliglota, na pierwszej wojnie nauczył się perfekt kilku języków, oprowadzał w bardzo profesjonalny sposób. A gdy już przewodników brakło, dzwonili do nas, wsiadaliśmy we dwóch na motor, Biskupin był blisko i dawaliśmy wsparcie.
    Fakt, że Żnin zbliża się do 700-lecia, wykrył właśnie Janusz. I trzeba mocno podkreślić zasługi Janusza dla obchodów 700-lecia Żnina. To też temat na osobny artykuł.
    Naszym i Zygmunta Schmidta marzeniem było odtworzenie fragmentów żnińskich murów obronnych, a na nich czy przy nich planowaliśmy umieścić  tablice pamiątkowe, pomniki, aby było wiadomo, że Żnin to miasto historyczne, z przeszłością. Mieliśmy plany, mieliśmy cegły - Czesiu Reszewski miał murować. Niestety - wtedy właśnie mnie odwołali.
    I murów nie ma.
    Janusz odegrał w Żninie tamtych lat wielką rolę, bo był jedynym człowiekiem, który potrafił opublikować w prasie ogólnopolskiej artykuł o naszych sprawach. Promował na wielką skalę Żnin. Jak pisał na temat znaczków - na znaczkach byli Śniadeccy, kasowniki żnińskie. Jak o historii - Leszek Biały.
    ŻNIŃSKIE TOWARZYSTWO KULTURALNE
    W 1964 roku, by nadal skupiać ludzi, którzy zaangażowali się w święto 700-lecia Żnina założyliśmy Żnińskie Towarzystwo Kulturalne. U Janusza wymyśliliśmy, aby prezesurę zaproponować doktorowi Jerzemu Tupikowowi. Pani Derechowa zaakceptowała, poszliśmy z Dziunią do Tupikowa. Był zdania, że lepszą propozycją będzie osoba doktora Friedla. Zgodził się, ale postawił warunek, że ja będę wiceprezesem. Od roboty. Bo myśmy z Januszem nie szukali stanowisk, tylko roboty. Efekciarstwo, robienie wokół siebie kurzu - to nas nie interesowało. Działacz pokazowy to nie był nasz model pracy.
    Pomysł na Żnińskie Towarzystwo Kulturalne był taki, aby skupiać i wiązać ze Żninem ludzi, którzy z tego Żnina wyszli i mieli osiągnięcia w kraju - w Warszawie, Poznaniu, Toruniu. Staraliśmy się, by włączyli się w obchody 700-lecia i ŻTK miało być platformą dalszych kontaktów. Niestety - odejście Janusza ze Żnina do Bydgoszczy i moje odejście do Ciechocinka sprawiło, że ta symfonia, którą zaczęliśmy tworzyć w Żninie, została niedokończona.
    Myśmy nie chcieli, ale myśmy musieli odejść. Za dużo w Żninie robiliśmy, byliśmy stąd, zakorzenieni, a ludzie w nas widzieli swych przedstawicieli. To nie był model na tamte czasy. Czasem myślę, że szkoda, iż Januszowi nie przyszło działać dziś. Ile by teraz zrobił!

Reklama

Zbigniew Skorwider
Pałuki nr 810 (34/2007)

Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 29/09/2025 23:39
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości