Sto sześćdziesiąt lat temu prasa polska aż huczała od doniesień z pola walki. Pośród dramatycznych korespondencji uwagę przykuwa opowieść o potyczce oddziału Kazimierza Mielęckiego pod Dobrosołowem i Mieczownicą. W potyczce brała udział grupa sześćdziesięciu gimnazjalistów z Trzemeszna. Wyruszyli pieszo przez Miaty w kierunku granicy z zaborem rosyjskim, by przyłączyć się do powstania styczniowego. W poniedziałek 2 marca uczestniczyli w przegranej bitwie pod Dobrosołowem. Poległo tam 12 uczniów. Sam Mielęcki zmarł z ran odniesionych po bitwie pod Olszakiem.

Powstanie Styczniowe, bitwa pod Mieczownicą. Rycina zamieszczona w jednej z gazet niemieckich, autor: Wilhelm Diez
W latach 1863-1864 prasa europejska - francuska, ale także angielska, niemiecka i austriacka - żywo relacjonowała wydarzenia związane z powstaniem styczniowym, i to zazwyczaj przychylnie dla Polaków. Przy doniesieniach prasowych zamieszczano często ilustracje. Były to drzeworyty sporządzane na podstawie rysunków lub nawet fotografii. Zdarzały się rysunki korespondentów odwiedzających obozy powstańcze, częściej jednak byli to autorzy polscy pracujący z daleka od pól bitewnych (Kossak, Grottger), a zazwyczaj - artyści niemieccy i francuscy, opierający się tylko na prasowych opisach wydarzeń bądź w ogóle komponujący swoje szkice „z głowy”. Bitwa pod Mieczownicą - Dobrosołowem była głośnym wydarzeniem dlatego szybko doczekała się swojego prasowego wizerunku. Reprodukujemy rycinę zamieszczoną w jednej z gazet niemieckich. Wycinek pochodzi ze zbiorów Wielkopolskiego Muzeum Wojskowego (dziś oddział Muzeum Narodowego w Poznaniu) i jest obecnie eksponowany tamże na wystawie czasowej. Dzięki uprzejmości Dyrekcji Muzeum został na chwilę zdjęty z ekspozycji i zeskanowany na użytek „Pałuk”.
Autorem rysunku, na którego podstawie wykonano rycinę, był Wilhelm Diez, ceniony niemiecki malarz-batalista, w latach 60. i 70. XIX wieku współpracujący z licznymi gazetami. Fantazyjna scena ukazuje atak konnych kozaków na pierzchającą piechotę i resztki polskiej kawalerii. Grupę ułanów widać w trzecim planie po lewej, tylko jeden został umieszczony na pierwszym planie z prawej, w ahistorycznym mundurze znanym artyście z rycin ukazujących powstanie 1830 roku. Piesi powstańcy noszą za to charakterystyczne dla mundurów z 1863 roku buty z cholewami i konfederatki. Nie zabrakło i sławnych kos - jedną z nich widzimy porzuconą u dołu na pierwszym panie. Oczywiście starcie pod Dobrosołowem-Mieczownicą w rzeczywistości nie mogło wyglądać tak jak na tym rysunku. Diez opierał się jednak na opisie tej potyczki, o czym świadczy lekko zaznaczony rów, przecinający pole starcia oraz sam udział konnych Rosjan, którzy wedle doniesień prasowych mieli otoczyć i wybić jedną z grup uciekających powstańców. Widać też „po czyjej stronie” stał artysta - przebija sympatia dla Polaków, np. wzruszająco ukazał rannego żołnierza na pierwszym planie, którego podtrzymuje towarzysz. Reprodukcja dzięki uprzejmości Muzeum Narodowego w Poznaniu
Sto sześćdziesiąt lat temu prasa polska (przede wszystkim wielkopolska i galicyjska, bo w zaborze rosyjskim panowała cenzura) aż huczała od doniesień z pola walki. Pośród dramatycznych korespondencji uwagę przykuwa opowieść o potyczce oddziału Kazimierza Mielęckiego pod Dobrosołowem i Mieczownicą. Dziennik Poznański z piątku 6 marca doniósł o niej po raz pierwszy, a w dwa dni później niedzielny, krakowski Czas przedrukował słowo w słowo tekst poznańskiego korespondenta (cytuję wg pisowni oryginału):
Powróciwszy nieledwie z placu boju, mogę ci szanowny redaktorze, udzielić nieco pewnych wiadomości o potyczkach stoczonych nad granicą wrzesińską. Oddział naszych opuściwszy Biniszewo [właściwie: Bieniszewo - tu i dalej przyp. moje, JK] gdy doszedł do Dobrosławia [właściwie: Dobrosołowa] został przez silny oddział moskali zaatakowany. Dzielnie zrazu sprzątał wroga, tak że go około 100 położył; ale gdy nadeszła zbyt przemagająca jego liczba, niechcąc przyjąć walnej potyczki, usiłował wśród odstrzeliwania dostać się do najbliższych borów. W drodze tej napotkawszy rów głęboki i pełen wody zmuszony był przejść takowy, skutkiem czego cała ammunicya zamokła tak, iż z palnej broni użytku zrobić nie mógł. Oczywiście nie pozostało mu dla braku kosynierów, jak będąc narażony na ogień wroga, pospiesznie schronić się do boru, unosząc z sobą rannych. Tych ogólna liczba nie przechodzi 30. Wszystkie rany są karabinowe. Reszta częścią do domu powróciła, częścią przez Prusaków pojmana [...]
Powyższa korespondencja zawierała nieścisłości, które w kolejnych numerach Dziennika Poznańskiego powoli prostowano. A w niecały tydzień później, w czwartek 12 marca Dziennik Poznański zamieścił informację następującą:
Dzisiejsza „Kreuz Z[ei]t[un]g” [niemiecka „Gazeta Krzyżowa”] niby z Trzemeszna odbiera wiadomość, jakoby wyszedł rozkaz zamknięcia tamtecznego gimnazyum, niby to z powodu, iż pewna liczba uczniów tego zakładu miała udać się do Królestwa, celem wzięcia udziału w powstaniu [...] na co prócz śmiałego twierdzenia [„Gazeta Krzyżowa”] żadnych niema i pewnie mieć nie będzie dowodów [...] wiadomość z gruntu nieprawdopodobną zamieszczamy jako pium desiderium [pobożne życzenie] „Krzyżowej” [...]
Niestety, wiadomość była prawdziwa. Trzemeszeńscy uczniowie tłumaczyli się wprawdzie weekendową wizytą u krewnych, bo ich nieobecność trwała zaledwie niecałe dwa lub (w poszczególnych przypadkach) trzy dni: od południa w sobotę, po poranek poniedziałkowy lub wtorkowy. Tym niemniej ponad dziesiątka z nich już nie miała z tej „rodzinnej wizyty” powrócić. A poszło ich do boju sześćdziesięciu.
Poprowadził ich późniejszy ksiądz, naukowiec, historyk Kościoła, profesor i rektor krakowskiego UJ, Władysław Chotkowski - wówczas jeden z uczniów. Wydany dziesięć lat temu reprint jego wspomnień (oryginał dostępny jest obecnie w Internecie na stronach Wielkopolskiej Biblioteki Cyfrowej) zawiera jedną z najobszerniejszych i najciekawszych relacji o trzemeszeńskiej wyprawie.
I właśnie piórem księdza Chotkowskiego zamierzam opisać tamte dni. Opisowi towarzyszyć będą mapy - z próbą rekonstrukcji trasy, którą szli gimnazjaliści do i z pierwszej swojej wojennej przygody. Na moją prośbę podjął się rekonstrukcji nasz przyjaciel kartograf Piotr Kamiński, wykorzystawszy dla terenu Królestwa Kongresowego mapą sztabową z 1847 r., używaną przez wojska rosyjskie, a wykradzioną i następnie powieloną także i na użytek wojsk powstańczych.
Oddaję głos księdzu Chotkowskiemu.
Wiadomość o wybuchu powstania wywarła na mnie deprymujące wrażenie. Wiedzieliśmy [...] [że] nic nie jest przygotowane, a walkę podjęto z wielkim i potężnym wrogiem. O tem, żeby porzucić książki i szkołę, którą miałem właśnie tego roku kończyć, w pierwszej chwili nie myślałem.
Zaledwie jednak minął tydzień niepewności, przyszedł rozkaz od komitetu rządu narodowego z Gniezna. Nakazano, żeby stu gimnazyastów było gotowych do wymarszu, skoro rozkaz przyjdzie. - Szałek [szkolny kolega Chotkowskiego, także uczeń gimnazjum - Aleksander Szałkowski] mianowany został komisarzem wojennym, a ja komisarzem cywilnym. [...] Wszelkie rozkazy komitetu spełnialiśmy dokładnie, tylko na jednym punkcie stanęliśmy obaj ze Szałkiem twardo tj. oświadczyliśmy stanowczo, że gimnazyastów nie weźmiemy ani jednego więcej, nad sześćdziesiąt. Robiliśmy bowiem przegląd ścisły i dokładny. - Malcy z niższych klas, byliby wszyscy pobiegli, aleśmy przecie z „Partyzantki” Stolzmana wiedzieli, jakiego zdrowia i sił taka wojna wymaga. Na starszych nie wywieraliśmy żadnej presyi, liczyliśmy tylko na tego, kto sam się oświadczył z ochotą. Naliczyliśmy więc 60 takich, których można było uważać za zdatnych. [...]
Rekonstrukcja przebiegu trasy trzemeszeńskich gimnazjalistów przez Miaty, Ruchocin, Mieczownicę w kierunku obozu wojsk Kazimierza Mielęckiego pod Bieniszewem, miejsce bitwy pod Dobrosołowem i rekonstrukcja trasy drogi powrotnej wzdłuż Jeziora Powidzkiego przez Orchowo do Trzemeszna, wykonana z użyciem oryginalnej mapy sztabowej z 1847 r., używanej zarówno przez wojska rosyjskie, jak i wojska powstańcze. opracował Piotr Kamiński
Niecierpliwie oczekiwaliśmy. Dzień został wreszcie oznaczony na sobotę 28 lutego. Dopiero w czwartek powiadomieni zostali wszyscy popisowi pod zaklęciem, żeby żaden tajemnicy nie zdradził. W piątek miał każdy, za dnia, wynieść do wskazanej pod miastem stodoły, broń i wszelkie przybory. W piątek też zajechał, na oznaczoną godzinę, wóz na podwórze starego gimnazyum i stanął pod mojemi oknami. Mieszkałem na piętrze, ale dom był stary, więc piętro było tak niskie, jak wysoki parter. Wynosiłem przeto wszystkie zapasy [z] [...] komina i podawałem oknem, a woźnica układał w słomie na wozie i słomą wszystko nakrył. Potem otworzyłem bramę i zamknąłem za nim.
Wspomniany budynek „dawnego gimnazyum”, pochodzący z XVIII wieku, stoi do dzisiaj. Podobnie owa brama. Wszystko jak kiedyś. Tylko samo „gimnazyum” przeniosło się do nowego budynku - który obecnie liczy już ponad wiek, czyli mniej więcej tyle samo, ile lat liczył wtedy budynek „stary”.
W sobotę do południa mieli być wszyscy w szkole, a od południa pojedynczo wychodzić z miasta i iść nad jezioro pod Miatami, na wskazane miejsce. Było tam urwisko, w którem mogła się bezpiecznie ukryć gromada ludzi. Była nadto instrukcya, żeby każdy wziął albo uwolnienie na kilka dni od dyrektora, albo świadectwo odejścia. — Niestety, tej instrukcyi mało się kto trzymał. Druga była wydana przestroga, żeby każdy zabrał żywności na trzy dni, ale i o tem mało kto pamiętał.
W sobotę miał dyrektor, w połączonych prymach, Homera. Czytaliśmy 5 książkę Iliady i właśnie na tę sobotę przypadał ustęp, w którym Diomed tak srodze walczy, że nawet zranił Minerwę, a klnie, aż liście z drzewa się sypią. Niezmiernie mi te bohaterskie czyny przemawiały do serca, a przede wszystkiem postanawiam sobie, nie szczędzić Moskalom takich homerycznych wyzwisk, skoro ich tylko zobaczę, a przecie już po południu wybierałem się w drogę.
[...] Kiedym sam przybył na umówione miejsce, zastałem już wszystkich zgromadzonych. Ani jeden nie skrewił, z popisowych. Nagle usłyszeliśmy sygnały wojskowych trąbek, które z miasta dochodziły do nas po wodach jeziora. Rzeczywiście, major pruski gromadził swoje zastępy, bo przyniósł mu pewien chłop denuncyacyę, że się powstańcy w lesie gromadzą. Las ten był w przeciwnej stronie, a chłop był umyślnie na to posłany, żeby wojsko pruskie z miasta wyprowadzić. - Podstęp udał się zupełnie. Na miejscu zebrania zastał każdy z nas swoją broń i pakunek. Nie brakło ani śpilki.
Oddział pruskiego wojska - sprowadzony specjalnie po to, żeby upilnować gimnazjalną młodzież - został, jak widać, dosłownie wyprowadzony w pole. Skądinąd miejsce prawdziwej zbiórki pod Miatami trudno dziś wskazać z pełną precyzją. Jest tam bowiem kilka jeziorek. Wydaje się, że owa „skarpa” musiała wypadać po stronie pagórków i tak też Piotr oznaczył domniemany punkt zborny.
Ruszyliśmy tedy pieszo do miejsca, gdzie czekały podwody i stamtąd dojechaliśmy do Ruchocina, gdzie czekała kompania gnieźnieńska i reszta ludzi z powiatu mogileńskiego, którzy razem z nami mieli tworzyć kompanię mogileńską. - Dano nam też w Ruchocinie kolacyę. Składała się ze śledzia i chleba. Śledzie były prosto z beczki, ale ja sobie przypomniałem, że mam kiełbasę w torbie. Więc najprzód dostał kawał mój przyjaciel Bolech, ale wnet amatorów znalazło się tylu, że moja kiełbasa znikła, jak kamfora bez pieprzu. Miałem też blaszaną manierkę, pełną kminkówki, więc i tę kminkówkę spotkał ten sam los co kiełbasę.
Z Ruchocina szliśmy na całą noc, aż nad ranem zatrzymaliśmy się - już w Królestwie. O śniadaniu nie było mowy, torba była pusta, a w manierce został tylko zapach kminkówki. Puściłem się na wieś, żeby co kupić, i zaszedłem do gościńca. - Żyd miał tylko wódkę, lecz do jedzenia, ani w ząb. Kazałem sobie nalać pełną manierkę i wróciłem z rzadką miną. Podałem Bolechowi manierkę. Łyknął, splunął i skrzywił się. Częstowałem też innych koleżków, ale jakoś im gorzałka nie smakowała i moja manierka nie znalazła wcale amatorów.
Na sztabowej mapie rosyjskiej wzdłuż rekonstruowanej trasy przemarszu widnieje kilka karczem. Niemal wszystkie stoją w szczerym polu; tylko jedna we wsi - Mieczownicy. Można założyć, że tam właśnie młody Chotkowski zakupił ową niesmaczną wódkę.
Mieliśmy przed sobą kilka mil drogi do obozu Kazimierza Milęckiego [właściwie: Mielęckiego], który stał pod Bieniszewem, w Kaźmirskich lasach. Prowadził nas Garczyński, który podobno walczył w węgierskiej wojnie i miał bardzo marsową minę. Z konia dobrze się przedstawiał, w kożuszanej burce. Towarzyszyło mu jeszcze dwóch panów, z których jeden miał ryngraf z „Częstochowską” pod brodą. [...] Obie kompanie liczyły mniej więcej po stu ludzi. Konnicy było tylko kilku, cały więc nasz oddział nie wynosił nawet trzystu ludzi. Marsz rozpoczęliśmy po niedługim wypoczynku, a zatrzymaliśmy się raz tylko w jakimś dworze, gdzie nas poczęstowano wódką — taką samą jaką miałem w manierce — i kawałkiem czarnego chleba. Musiał ten dziedzic być uprzedzony o naszem przybyciu, bo chleb był świeżo upieczony i starczyło go dla wszystkich po dużym kawałku. Postój nie trwał długo, tak, że nasz dowódca nawet nie zsiadł z konia i ruszyliśmy dalej.
Już zmrok zapadał, a więc było koło piątej godziny, kiedyśmy doszli do Kaźmirskich lasów i odtąd maszerowaliśmy już w zupełnej ciemności. Droga wlokła się bez końca, a chłopcy wygłodzone i zdrożone szli coraz wolniej. Czułem, że siły mnie opadają i tylko poczciwy Bolech podtrzymywał we mnie energię i raz po raz łyknęliśmy żydowskiej gorzałki.
Nagle błysnęły ognie w lesie — i rozległ się śpiew ochoczy, który powtarzały sosny stugębnem echem. Zaczęliśmy także śpiewać: „Węgier Polak dwaj bratanki” — i od razu zapomnieliśmy o zmęczeniu. Nowe życie wstąpiło w młode serca, o trudach i zmęczeniach każdy zapomniał, radosne uczucie przejmowało dusze.
Naraz rozległa się komenda: stać! - i przed nami ukazał się na koniu sam Kazimierz Mi[e]lęcki. [...] Mi[e]lęcki przemówił do nas z konia, w te słowa: - Witam was młodzi! Przychodzicie pod dobrą gwiazdą, bo właśnie przed godziną obiłem okropnie d[upę] Moskalom! Da Bóg, jutro im, z waszą pomocą, jeszcze poprawię!
Te słowa wywarły na nas niesłychane wrażenie. Mianowicie to homeryczne wyrażenie o obiciu smutnej strony, wywołało zapał i uniesienie. Krzyczeliśmy też hura! — ile gardła starczyło. [...]
Na drodze do „Kaźmirskich lasów” leżało kilka dworów - między innymi w Tokarkach i w Cząstkowie. Nie wiem, w którym z tych dworów dziedzic kazał upiec ów smaczny chleb. Może mówią o tym inne, nieskonsultowane jeszcze przeze mnie wspomnienia?
Rozpalono ogniska i pokładliśmy się do koła, bo ledwośmy się trzymali na nogach. Ale po niedługim czasie wezwano nas do kotłów z jedzeniem.
Każdy z moich kolegów pamiętał instrukcyę, że najpierwszą, najważniejszą bronią dobrego żołnierza jest łyżka w cholewie. Więc też każdy dobył tej broni i z niekłamanym apetytem zabraliśmy się do krupniku, który podawano w okrawkach (szaflikach).
Do śmierci nie zapomnę tego, jakie czarujące wrażenie zrobiła na mnie pierwsza łyżka tego krupniku. A ponieważ Homer mi zaprzątał głowę, więc przyszło mi na myśl, że jeśli bogi greckie jadały co na Olympie, to chyba taki krupnik! - Jadałem później z hrabiowskich i książęcych stołów, alem już tego wykwintnego smaku nigdy się nie dojadł. [...] - Mniej już rozczulił mnie — kawał wieprzowiny, który mi do garści dano, bo bardzo zgrzytał piasek, dla tego, że kucharz wieprza za ziemi krajał. Ale na wojnie, jak na wojnie — mówi francuskie przysłowie, a kto delikatny, niech siedzi za piecem w domu. Nie przeczuwałem też, że ten krupnik i kawał mięsa miały mi starczyć za pożywienie na cały dzień następny.
Pokładliśmy się dokoła ognisk i niebawem wziął nas w objęcia Morfeusz, brat śmierci, która czyhała na nas nazajutrz.
Lasy pomiędzy Kazimierzem Biskupim a Koninem kryły powstańców wielokrotnie. Leżący pośród nich XVII-wieczny klasztor kamedułów (obecnie obok podkrakowskich Bielan drugi z czynnych klasztorów tego pustelniczego zakonu w Polsce) odegrał ważną rolę: Mielęcki obwarował go i w jego obronie stoczył osobną potyczkę. Teraz wiedział, że Rosjanie, otrzymawszy od Prusaków telegraficzną wiadomość o kolejnym oddziale ochotników - natychmiast przybędą „przeczesać” bór. Niestety, jak w wielu innych przypadkach, także i tu dała znać o sobie przypadłość niejednej partyzanckiej wojny - niezgoda wodzów... .
Jeszcze ciemno było na świecie, kiedy nas zbudzono. Ustawiliśmy się znowu dwójkami, tak jakeśmy przyszli i rozpoczęliśmy marsz, nie wiedząc, dokąd idziemy. - Już dzień był, kiedyśmy się zatrzymali przed wsią Dobrosołowem. Po niejakim czasie, kazano ruszyć i minąwszy wieś, stanęliśmy na wąskiej drodze, wiodącej przez łąki. Przerzynał je rów szeroki, na którym był most drewniany. Za tym mostem zatrzymał się Garczyński z naszą starszyzną. Stałem blisko. - Nagle pędzi na spienionym koniu adjutant Mi[e]lęckiego, Markiewicz. Młody, ładny i dzielny chłopak. [...] Dopadłszy Garczyńskiego, krzyknął Markiewicz na całe gardło: - łajdaku, psia... Miałeś rozkaz od naczelnika, żeby zająć wieś, a tyś ludzi wyprowadził na groblę! - I z dobytą szablą pchnął konia na Garczyńskiego. Ten migiem dobył pałasza i sparował cięcie. Dwaj nieodstępni towarzysze Garczyńskiego skrzyżowali między nich swoje szable.
Nic nie wiedziałem o co chodzi, ale przyszło mi na myśl Hamletowskie: „coś się zepsuło w państwie duńskiem”, skoro dowódcy między sobą się kłócą. - Dopiero po roku się dowiedziałem, co było podkładem tej sceny. Rano, skoro świt, zbudzono Mi[e]lęckiego wiadomością, że Poznańczycy sobie poszli z obozu. [...] Nie mogę wiedzieć, co spowodowało Garczyńskiego do tego, że uciekł z obozu i że nas wyprowadził, ale tyle wiem, że wobec goniącego wroga powinien był stanąć, a nie uciekać, bo w ten sposób nie było już mowy o bitwie, tylko mogło być uciekanie. Mi[e]lęcki mógł już tylko ratować nas i swój oddział od zupełnej zagłady. On też nie stracił głowy i wydawał rozkazy [...]
Mielęcki już wieczorem zdecydował, że trzeba będzie szybko wymaszerować - a Garczyński podobno wyraził sprzeciw, bo jego żołnierze byli - wedle jego opinii - zbyt zmęczeni. Mimo to sam, w tajemnicy przed głównodowodzącym, poderwał ich przed świtem... bo po prostu nie zamierzał podporządkować się Mielęckiemu. Był w tym podobny wielu innym powstańczym dowódcom, którzy, jak obrazowo pisze ksiądz Chotkowski: „prawie wszyscy chorowali na dyktatorów”. Może z wyjątkiem samego Mielęckiego, a i to nie na pewno.

Rekonstrukcja przebiegu bitwy pod Dobrosołowem 2 marca 1863 r. Zaznaczono kierunek ataku wojsk Kazimierza Mielęckiego od strony Bieniszewa i odwrót potem na Mieczownicę. Zaznaczono także dwór i chałupy, skąd Moskale prowadzili ostrzał. opracował Piotr Kamiński
Nadszedł moment bojowego chrztu. Trzemeszniacy już się jako tako z bronią obeznali, odbywając od jakiegoś czasu praktyczne ćwiczenia. Lecz w ogniu jeszcze nie byli. W tamtych czasach armia regularna miała wprawdzie znaczną przewagę nad ochotnikami - ale nie zawsze i nie wszędzie. Przypomnijmy, jak to się działo w Stanach Zjednoczonych, gdzie trwała „wojna secesyjna”, w której walczyły tysiące ochotników, niejednokrotnie rozstrzygających o losach starć dzięki osobistemu męstwu. Tylko że w Polsce ochotnicy walczyli wyłącznie po jednej stronie, po polskiej... Ale przejdźmy do rzeczy:
[...] Prosty żołnierz nie może opisać przebiegu bitwy, umie opowiedzieć tylko to, co sam widział i co robił [...] nasz kapitan [...] krzyknął [...] - panowie, pokazują się kozacy! Nauczymy ich rozumu! Kto wierzy w Boga, za mną, zająć dwór! - Rozkaz był mądry, bo Mi[e]lęcki kazał już pierwej dwór zająć swojej kawaleryi. Lecz ta mała garść pierzchnęła galopem, skoro moskiewski dowódca pchnął całą sotnię kozaków na zajęcie tegoż dworu. [...] Bardzo mi się podobała ta zapowiedź, że mamy uczyć rozumu kozaków, więc z wielką ochotą ruszyłem za drugimi. [Kapitan] Malczewski jechał przodem na koniu. W drodze był ów rów szeroki. Myślał, że koń weźmie łatwo tę przeszkodę, ale koń został zadem w rowie. Ciągnął go więc za cugle, a ja tymczasem przebiegiem za drugimi po kładce, która była przez rów położona i już mojego kapitana nigdy w życiu nie widziałem.
Biegliśmy przez łąkę wzdłuż owego rowu, który wpada do małego jeziorka, czy stawu. Po prawej ręce mieliśmy wiejskie chaty, do których teraz już zdążyli dobiedz Moskale i z okien otworzyli na nas ogień. Zaczęły mi kule świstać koło głowy, ale mnie to jakoś nie przerażało. Wtem, tuż przedemną biegnący, padł na twarz, jakby kto tyczkę obalił: sztywny i nieruchomy. Ach, to tak wygląda śmierć! - pomyślałem, ale biegłem dalej.
Na mapie sztabowej widać opisywane tu pole walki - wygląda zgodnie z relacją Chotkowskiego. Atak na dwór musiał przebiegać wzdłuż linii dobrosołowskich chałup, z południowego zachodu ku północnemu wschodowi, na ukos przez rów, po przebiegającej przezeń kładce. W przypadku powodzenia powstańcy byliby panami sytuacji, kryjąc ogniem przedpole Dobrosołowa. Ale tak się nie stało... .
Kiedyśmy minęli rząd chałup, ustał ogień, ale biegło nas tylko dziewięciu. Ja byłem ostatni. Jak na zajęcie dworu trochę za mało! - Wtem obejrzałem się za siebie i wołam na Szałka, który biegł przedemną: Szalek! - tam wszystko, co żyje, ucieka! - A on mi na to: - To nic, to nic, pójdź pójdź! - Lecz mnie się przypomniało, co Stolzman uczy w „Partyzantce”, że przy przegranej, powinni wszyscy żołnierze, będący w rozsypce, dążyć do reszty, żeby się z nią połączyć.
Więc tej teoryi pomny, zawróciłem i zrobiłem fatalne głupstwo. Niebawem znalazłem się przed rzędem chałup, które już teraz były szczelnie zapełnione Moskalami. Szedł więc z okien prawdziwy grad kul, a co ważniejsza, byli to strzelcy finlandcy, którzy dobrze strzelali. Chciałem dobiedz do owej kładki, przez którą się na łąkę przeprawiłem, więc pędziłem, ile tchu starczyło, lecz po chwili spostrzegłem, że kule padają koło mnie z przodu i z tyłu: - dostałem się w krzyżowy ogień. - Nie było innej rady tylko skręcić na prawo i przez rów się przeprawić. Na to, żeby go przeskoczyć, tchu nie miałem, rzuciłem się więc wpław, trzymając w lewej ręce mój sztucer. Odepchnąwszy się dwa razy, już byłem u drugiego brzegu, więc rzuciwszy przed siebie sztucer, zacząłem palcami drapać się po trawie w górę. Wtem wyrwały mi się palce i wpadłem do wody. - W tej chwili uderzyła kula w brzeg, tuż nad moją głową. Dobrze mnie wziął na cel, tylko Bóg strzegł żem się osunął, bo nie byłbym już żywy wyszedł z tego rowu. Skąd mi się wzięła taka siła, żem jednym skokiem stanął na równe nogi nad rowem, tego do dziś dnia nie wiem, ale nie było czasu się namyślać. Porwawszy sztucer, począłem biedz naprzód, ale grad kul szedł za mną. W tem krzyknął ktoś z boku: - rzuć kolega ten pas, do dyabła, bo strzelają, jak do kuropatwy!
Miałem na sobie pas szeroki skórzany, na którym były kwiaty, na kanwie robione. Było go widać z daleka, więc Moskale wzięli to za odznakę i myśleli, żem jaki oficer. - Odpiąłem i rzuciłem pas na ziemię - i z tą chwilą, jakby ręką odwrócił, przestały mi kule świstać, warczeć, furkać i gwizdać koło głowy. [...]
Spamiętałem sobie tych finlandzkich strzelców, którzy tak zawzięcie godzili na moje życie — i przyznam się, że kiedy poczęli Moskale gnębić Finlandyę, nie bardzo ich żałowałem, powtarzając sobie: przyszła kreska na Matyska!
Prawdę mówiąc, wzruszający jest ów żywy dowód pilnego studiowania teorii wojny partyzanckiej przez przyszłego rektora UJ. Można rzec, że idąc na moskiewski ogień przyszły naukowiec... omal nie przypłacił śmiercią swej naukowej pasji... i wierności poznawanym teoriom.
Trzymając się ciągle teoryi Stolzmana, kierowałem się do naszego wojska, ale nagle spostrzegłem ogromny dym i skręciłem na prawo. Ten dym powstał stąd, że któremuś z kolegów na furgonie puściła strzelba i nie tylko drugiego zranił, ale i proch nasz podpalił. Biegłem dalej resztkami sił przez pole, koło jakiejś kolonii. - Przy płocie stała wiejska kobieta i patrząc na mnie, załamywała ręce i wołała z płaczem: - o biedne wy sieroty nieszczęśliwe!
Tamta ósemka, z którą wyruszyłem na zajęcie dworu, doszła do zabudowań i spostrzegłszy całe podwórze pełne kozaków, zawrócili i obszedłszy owo jeziorko, szli już prosto przed siebie. Połączyłem się więc z nimi. Doszliśmy tak do pewnego dworu, gdzie w tej chwili postawiono na stole dziewięć szklanek herbaty. Byłbym się chętnie napił, bom był na czczo, a kąpiel w rowie nie bardzo mnie rozgrzała. Lecz nasz porucznik Śniegocki naglił do pospiechu i ruszyliśmy dalej.
Najbliższy polski dwór stał w Kąpieli, zaraz za Kolonią Szyszłowską. Może właśnie tam podano chłopcom herbatę?
X. RÓŻNE DROGI ODWROTU
Idąc brzegiem jeziora powidzkiego przeszliśmy pruską granicę i skręciliśmy do lasu. W tem rozległy się za nami krzyki. Byli to koloniści niemieccy, którzy wypadli z drągami, widłami itp. i poczęli nas gonić, wrzeszcząc przeraźliwie, a ponieważ żołnierz po przegranej bitwie zawsze jest zdemoralizowany, więc też popłoch ogarnął nas wielki, bo byliśmy przekonani, że nas gonią Moskale. - Uratował sytuacyę nasz porucznik Śniegocki, bo spostrzegłszy, kto nas goni, zaczął wołać na nas. Stanąwszy, złożyliśmy się do strzału, a na ten widok poszedł ich animusz w pięty. Mogliśmy więc spokojnie iść w dalszą drogę, tylkośmy trzech stracili towarzyszów, którzy w popłochu rozbiegani, uciekli w prostym kierunku do Powidza. Tymczasem noc zapadła. Zakopawszy broń, w znanem Śniegockiemu miejscu, bezbronni już zdążaliśmy do Orchowa. [...]
Bolech nie pospieszył ze mną na zajęcie dworu, wedle komendy kapitana Malczewskiego, bo tymczasem wydał Mi[e]lęcki rozkaz, żeby część naszej kompanii mogilnickiej została przy moście i zerwała go, przepuściwszy swoich. Mieliśmy prawie wszyscy małe toporki, bo taki był rozkaz wydany od rządu narodowego. Przydały się teraz, bo chłopcy zerwawszy most, powstrzymali pościg nieprzyjaciela. Część ich zostawił Mi[e]lęcki w lasku sąsiedniej wsi, żeby odwrót zasłaniali. - Chłopcy spełnili ten rozkaz i celnemi strzałami powstrzymywali kozaków, którzy wysłani byli przodem. Lecz podobno napadli ich z tyłu koloniści niemieccy i wymordowali.
Reszta oddziału podzieliła się. Jedni z Garczyńskim, jak już wspomniałem, doszli szczęśliwie do Mielżyna i stąd biegli tak szybko do domu, że jeszcze tego wieczora byli w Trzemesznie. Jeden z nich zdążył nawet wysłać list do rodziców, jeszcze przed odejściem poczty i ten list, ze stemplem pocztowym 2 marca, służył mu następnie za dowód, że tego dnia był w Trzemesznie [...] Gorzej powiodło się tym, którzy wrócili do Ruchocina, bo tam już czekało na nich pruskie wojsko i połapało kilkunastu. Wzięto ich do Gniezna, gdzie przesiedzieli parę tygodni w kozie. [...]
Szliśmy oranem polem i już były zabudowania dworu w Orchowie blisko, kiedy naraz zawołał na mnie Szałek, który szedł przedostatni przedemną: - połóż się! - Padłem [...] To patrol pruskich ułanów wracał drogą, właśnie z Orchowa, gdzie dwór rewidowali. [...] W Orchowie przyjęła nas p. Moraczewska herbatą. Było to nasze pierwsze śniadanie. Zmęczony byłem jednak do tego stopnia, że nic jeść nie mogłem. Za chwilę byliśmy w pokoju, gdzie były przygotowane łóżka, a ledwom głowę przyłożył do poduszki, już o świecie nic nie wiedziałem. Nazajutrz rano dowiedzieliśmy się, że pruscy ułani przyjechali w nocy, żeby dwór zrewidować. Pani Moraczewska była w rozpaczy, lecz nie straciła głowy. - Wysłała służącego z butelką araku i pudełkiem cygar, z tem poleceniem, żeby podoficerowi przedstawił, że w dornu są chore dzieci, a powstańców nie masz, bo przecie dwór był już dwa razy z wieczora rewidowany. - Tymczasem pospieszyła do naszego pokoju, żeby nas pobudzić, w nadziei, że może zdążymy jeszcze oknem uciec. Zaczęła budzić pierwszego przy drzwiach, wołając, że są Prusacy, ale odebrała odpowiedź: - dobrze, dobrze! - Przekonała się więc, że go się nie dobudzi. Drugich już wcale budzić nie próbowała, bo tymczasem przyniósł służący dobrą wiadomość, że ułani, wypiwszy arak i zabrawszy po garści cygar, szczęśliwie zawrócili. - Pierwszym, który spał tak twardo najbliżej drzwi, był piszący we własnej osobie. Tegoż dnia byłem jeszcze przed południem w Trzemesznie, krótko po mnie zjawił się mój przyjaciel Bolech Jastrzębski.
W środę (4 marca) przypadała znowu, od godziny dziesiątej do jedenastej, lekcya Homera i powtarzaliśmy ten sam piękny ustęp z V księgi Iliady, który czytaliśmy w przeszłą sobotę. - Jakże teraz odmienne robił na mnie wrażenie! Czasy się zmieniły, kochany Homerze, pomyślałem sobie. - [...] Zaraz następnego dnia, we czwartek, wszedł do klasy dyrektor i oznajmił, że gimnazyum zostało zamknięte. [...]
Trzemeszeńskie gimnazjum rozwiązano „za karę”, ale wkrótce, na szczęście, na powrót powołano je do istnienia (za to czy dziś, wobec niesławnych decyzji władz powiatu gnieźnieńskiego - ocaleje? to pytanie!). Ale czytajmy dalej:
W środę rano byliśmy w kościele - jak zwykle - na mszy Św., a kiedyśmy wracali z kościoła rzędami, stało kilku ojców i krewnych, przypatrując się, czy nie zobaczą swoich synów. Był między nimi także p. Nawrocki z Nieczajny, który pragnął zobaczyć swojego syna Józefa. Śliczny chłopiec, był we wyższej sekundzie i rokował wielkie nadzieje. Ten nie wrócił. Niestety, takich było wielu, bo poszło nas 60, a wróciło 48, czyli 12 poległo, t. j. 20 procent. [...]
W nieszczęśliwej bitwie pomiędzy Dobrosołowem a Szyszłowem poległo w ogóle naszych trzydziestu i trzech. [...] Na mogile ich stoi krzyż drewniany, średniej wielkości. [...] nie chciałbym we wspomnieniu tem, poświęconem moim towarzyszom, co za ojczyznę tak młodo polegli, pominąć milczeniem tego; że oficerowie rosyjscy powróciwszy z pod Dobrosołowa do Kalisza, nie mogli się nadziwić tej odwadze, z jaką chłopcy szkolne szły w ogień.
I na koniec - gorzka, ale i wzniosła refleksja księdza Chotkowskiego, będąca zarazem doskonałym punktem wyjścia do dalszej dyskusji o powstaniu. Dyskusji nigdy się, oczywiście, niekończącej:
Od młodzieży można tylko żądać zapału, albowiem na starość każdy człowiek stygnie, więc coby z niego było, gdyby za młodu był zimny? - Lecz od starszych trzeba żądać rozumu, nabytego doświadczeniem, ale niestety, tego właśnie nie mieli ci, którzy powstanie styczniowe wywołali. To powstanie było jednak tylko domiarem nieszczęść poprzednich, bo w nieszczęściach samych pomnażała się nasza nieszczęsna sława.
Lecz wówczas byłem jeszcze za młody na takie refleksye, a musiałem wierzyć w to, że w rządzie narodowym są ludzie ze sercem i głową. Nie moja wina, że było inaczej.
Tymczasem ani ksiądz Chotkowski, ani Szałek nie zamierzali z udziału w powstaniu rezygnować. Podobnie jak znaczna część pozostałych uczestników tej kilkudniowej zaledwie wyprawy, rychło powrócili na pole walki. Szałek zapłacił za to najwyższą cenę - zginął śmiercią walecznych. Chotkowskiemu dane było przeżyć i długo jeszcze po roku 1863, po klęsce, po przyjęciu świeceń kapłańskich - gorąco opowiadać się za ideą powstania. Dopiero wraz z dojrzałością (a może starością?) przyszła owa antypowstańcza „refleksya”.
Jednak, co ciekawe, właśnie wówczas, gdy pisał swoje wspomnienia, czyli w pięćdziesiąt lat potem, w roku 1913, niepokoiło go, że „tu w Galicyi zbroją i mustrują tysiące młodzieży”. I przychodziły mu na myśl słowa jego mistrza, Waleriana Kalinki, że „Moskale strzelają ołowiem, a my drogocennemi kamieniami”, bo „u nas [...] idzie na pierwszy ogień kwiat narodu, młodzież ze szkół i z uniwersytetów” - na marne - „a z tamtej strony idzie gmin najniższy”.
A przecież tym razem ksiądz Chotkowski mylił się. Młodzież, która poszła do walki w roku 1914, a potem w latach 1918 i 1920 - nie czyniła daremnej ofiary ze swego życia. Dane jej było rzeczywiście wywalczyć Niepodległą. Przedziwne bywają wyroki Historii.
Jacek Kowalski
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 1097 (8/2013)
Cytowane teksty: Czas krakowski z niedzieli 8 marca 1863 roku; Dziennik Poznański 12 marca 1863; ks. Władysław Chotkowski, Wyprawa trzemeszeńska roku 1863, Poznań 1913 [odbitka z Dziennika Poznańskiego; reprint z lat ’90 XX wieku, Trzemeszno, b.d.]
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze