13 lipca 1863 roku z powstańczego szpitala w Mamliczu wyruszył kondukt żałobny. Za trumną dwudziestosześcioletniego pułkownika prowadzono konia w pełnym rynsztunku. W lubostrońskim pałacu wystawiono ciało na widok publiczny. Następnie na oświetlonym pochodniami i beczkami ze smołą wzgórzu kościoła św. Mikołaja w Łabiszynie przy katafalku straż objęli przedstawiciele szlachty, mieszczan i chłopów. W patriotycznej manifestacji udział brało, jak pisano, wiele tysięcy osób. Tak spoczął - i spoczywa do dziś - w rodzinnym grobowcu w Łabiszynie Kazimierz Mielęcki. Dziś przedstawiamy jego ostatnią bitwę.
Z tej rosyjskiej mapy sztabowej z 1847 roku korzystał książę Wittgenstein. Czerwoną kropką zaznaczyliśmy tartak oznaczony na mapie jako młyn o nazwie Olszowy. Brak informacji o grobli i rozlewisku zmylił rosyjskiego dowódcę.
DOWÓDCA MIELĘCKI
Rocznica. Sto pięćdziesiąt lat mija od wybuchu powstania roku 1863. Przeglądam stare druki, rękopisy - i szukam konterfektu Kazimierza Mielęckiego. I już wiem: był niewątpliwym bohaterem, zarówno w relacjach swoich ziomków - jak i w raportach wrogów. Paradoksalnie, relacje wrogów są nawet... ale nie uprzedzajmy wypadków.
Na początek przypomnijmy tylko, że Kazimierz Mielęcki był młodym, dwudziestokilkuletnim, wielkopolskim szlachcicem, który ożeniwszy się z mieszkanką Kongresówki zamieszkał za rosyjskim kordonem. A że służył wcześniej w pruskim wojsku, to gdy w roku 1863 wybuchło powstanie, mógł rodakom służyć doświadczeniem. Zapisał się wówczas jako jeden z najsławniejszych dowódców, zaś ostatnia stoczona przezeń bitwa - 22 marca pod Olszakiem (którą to nazwą określa się zabudowania tartaku leżącego na zachód od Pątnowa) przeszła do legendy, także literackiej. Pamiętano o niej, powoływano się na nią, stała się mitem. A co więcej: owo ostatnie starcie tak smakowicie opisane zostało przez obie strony konfliktu, Polaków i Rosjan, że najlepiej zestawiać ich relacje krok za krokiem, obok siebie.
MIELĘCKI W KONIŃSKIEM
Druga dekada marca roku 1863. Kazimierz Mielęcki po klęsce pod Dobrosołowem i Mieczownicą, odpocząwszy nieco po pruskiej stronie granicy - znów ją przekracza i zdąża w lasy rozciągające się pomiędzy Kleczewem, Kazimierzem Biskupim a Koninem. Ma stosunkowo dobrze uzbrojony oddział, złożony po części z warszawiaków, po części z Wielkopolan. Są przy nim dwaj dawni podoficerowie legii cudzoziemskiej: Lejard i Edmund Callier. Ten ostatni dowodzi strzelcami, których hrabia Jan Działyński z Kórnika wyposażył w nowoczesne sztucery, sprowadzone z Belgii. Callier po kilku latach bardzo konkretnie opisał tę całą kampanię jako - z jednej strony - skrupulatny historyk, a z drugiej - zgryźliwy werydyk. Bez próżnych pochwał dla Mielęckiego:

Bitwa pomiędzy rosyjskim oddziałem Wittgensteina a powstańczą partią Mieleckiego, stoczona 22 marca w olszynowym lesie nad strugą, spływającą do Jeziora Gosławskiego, nosi w literaturze przedmiotu różne nazwy: bitwy pod Olszakiem (najczęściej), pod Olszowym, pod Olszową, pod Tartakiem, wreszcie pod Pątnowem.
Zdanie powszechne o zdatnościach wojskowych Kazimierza Mielęckiego nie było wprawdzie zbyt korzystne, lecz natomiast nikt mu nie zaprzeczy wielu przymiotów bohaterskich, którym tylko zbywało na dłuższym szeregu doświadczeń wojennych [...] W Mielęckim widzę typ szlachcica, drugiego Kazimierza Pułaskiego pod niekorzystniejszymi występującego warunkami. [...] W obozach [...] dnie wolne spędzano na ćwiczeniu się w robieniu bronią i w rozmaitych rachubach wojskowych; wieczorami przy ogniach biwakowych odbywano instrukcye służby polowej i czytano kodeks karny. Mielecki przemawiał uroczyście do przybywających nam oddziałów i odbierał od nich przysięgę.
Styl przemówień Mielęckiego był iście rzymski, a na pewno zaprawiony żołnierską łaciną; tu wspomnienie księdza Władysława Chotkowskiego sprzed bitwy pod Dobrosołowem: Już zmrok zapadał, [...] kiedyśmy doszli do Kaźmirskich lasów [...] Naraz rozległa się komenda: stać! - i przed nami ukazał się na koniu sam Kazimierz Mi[e]lęcki. [...] przemówił do nas z konia, w te słowa: - Witam was młodzi! Przychodzicie pod dobrą gwiazdą, bo właśnie przed godziną obiłem okropnie d[upę] Moskalom! Da Bóg, jutro im, z waszą pomocą, jeszcze poprawię!
WRÓG WE DWORZE MIELĘCKIEGO
Tymczasem z Włocławka, na czele wydzielonej kolumny rosyjskiego wojska wyruszył w stronę Kazimierza Biskupiego (wsi, położonej na zachód od Pątnowa) książę Emil de Sayn-Wittgenstein-Berlebourg, pułkownik i cesarski fliegel-adiutant. W listach do rodziny pisał, żeby się o niego nie obawiano, bo przecież - jak rzekł sam książę Konstanty, cesarski brat - powstańcy mają kosy i strzelby myśliwskie, a my armaty i karabiny o dobrym zasięgu. Teraz jednak zaczął zmieniać zdanie, a oto dlaczego:
Opuściwszy Pyzdry, jeszcze tego samego dnia przybyłem forsownym marszem do Kawnic, aby w razie czego osłaniać miasto Konin, zagrożone przez [powstańczą] grupę Mielęckiego. Ten Mielęcki to obok Langiewicza [...] najzdolniejszy i najbardziej wpływowy dowódca [polskiego] powstania.
I tu zaczyna się rozpisana na listy i raporty książęca opowieść rozwijająca się w stylu pamiętników Cezara. Książę Emil Wittgenstein poszukuje przeciwnika godnego siebie: owym wymarzonym nieprzyjacielem okaże się legendarny Kazimierz Mielęcki. Toteż książę Emil, wzorem antycznych wodzów, zamierza nawet zanocować w domu swego wielkiego wroga:
W Kawnicach, [...] iście teatralna scena. Przybywam o zmroku i proszę o gościnę we dworze właściciela, prowokując wielkie zamieszanie. Jednak moje powszechnie znane miłe obejście szybko zjednało mi obu [znajdujących się we dworze] panów; jeden z nich, lepiej względem nas [czyli Rosjan - przyp. JK] usposobiony, zaraz szepnął mi na ucho, że jest na moje usługi i pouczył, jak mam rozstawić straże, bo Mielęcki stoi [zaledwie] o cztery wiorsty stąd, w lesie.
Drugi pan, którego buty, ubiór i zaniedbana broda zdradzały, iż w lesie biwakował, widząc, iż ani nie zamierzam go zaaresztować, ani też robić rewizji w jego dworze, z wolna się rozchmurza, staje się rozmowny. Sam podaje mi herbatę, jako że w domu nie pozostał ani kucharz, ani żaden z domowników. Zapewne wszyscy ruszyli do lasu, a pozostał jedynie ów zuch w czarnym, szamerowanym uniformie tak zwanej polskiej jazdy, którego nie zdążył zdjąć. [...]
I oto, od słowa do słowa, zostałem nagle dobrym znajomym tego jegomościa o podejrzanej fizjonomii; rozmawiamy o polityce, o Polsce, o Badyngecie [pogardliwe określenie Napoleona III, przyp. JK], o Wielopolskim i tak dalej. [...] Wreszcie mówi do mnie: „możesz Pan tutaj śmiało ułożyć się do snu i spać spokojnie, daję Panu na to słowo honoru”. Proszę, aby się wytłumaczył, o co chodzi, a on w końcu mówi: „Oto jesteś Pan w domu samego Mielęckiego, zatem jesteś Pan jego gościem, ja sam zaś jestem jego szwagrem” [...]
Skoro przyszło już do takiej poufałości, mówię mu, żem przecie nie żandarm i że może być ze mną szczery - i pytam, czy [i on] był w lesie? Zawahał się przez chwilę, a potem nagle mówi: „Nie. - Ale pójdę!”
Scena rzeczywiście teatralna. Ale zanocowawszy w domu wroga, trzeba go jeszcze pokonać. A to przecież groźny przeciwnik. Więc...
Bitwa pod Olszakiem w lesie na północ od Jeziora Gosławickiego - Szkic sporządzony na podstawie Calliera przez Kalembkę.
KLUCZENIE I FORTELE
Moskal pisze dalej tak:
[...] skierowałem się poprzez lasy na Kazimierz [Biskupi], przechodząc pod kościołem w Bieniszewie, silną pozycją opuszczoną przez nieprzyjaciela, i kontynuowałem me poszukiwania w lasach, które rozciągają się od Kazimierza aż do tego miejsca. Tu dowiedziałem się od wieśniaków, że obóz Mielęckiego znajduje się pod Kleczewem. Mając do dyspozycji jedynie trzy kompanie, szwadron huzarów i piętnastu kozaków, maszerowałem z dużą ostrożnością, bowiem wedle chłopstwa siły nieprzyjaciela liczą kilka tysięcy ludzi.
Tak naprawdę oddział Mielęckiego - wedle relacji samego Calliera - składał się zaledwie z około pięciuset ochotników, to jest z 209 strzelców, 144 kosynierów, 42 zaszeregowych i z około 100 jeźdźców. Tymczasem - tu sięgam do pamiętników innego powstańca Teodora Żychlińskiego.
Moskale zdaje się, większe mieli wyobrażenie o naszej sile - podziałało może i nazwisko Mielęckiego [...] [który ponadto] aby w błąd wprowadzić wroga, rozkazał rozpalić ogniska obozowe na szerszej przestrzeni: powierzył nad niemi straż kilkunastu kosynierom, którzy coraz świeżych polan dokładali do ognisk, a potem po spaleniu zapasu, cofnęli się za oddziałem, który tymczasem, cichaczem na całą noc wyruszył w stronę przeciwną.
Książę Wittgenstein najwyraźniej dał się nabrać na ów fortel, skoro raportuje:
Nieprzyjaciel [czyli powstańcy], uprzedzony o naszym nadejściu, wycofywał się. Było to widoczne po śladach, jakie zostawiał na swojej drodze. [...] Zastaliśmy palące się jeszcze ogniska [...] W pośpiechu podążałem jego tropem, ale zgubiłem go pod Kleczewem.
...i nic dziwnego, skoro ów trop był fikcyjny. Dla wyjaśnienia dodać trzeba, że nie tylko Rosjanie, ale obie strony znacznie przeceniały siłę przeciwnika, sądząc, że ten drugi jest czterykroć silniejszy. Teodor Żychliński uważał, że za powstańcami szedł oddział księcia Wittgensteina, liczący 4 tysiace piechoty, konnicy i artyleryi. Tak naprawdę zaś książę miał około pięciuset żołnierzy, czyli tyle, co Mielęcki, a maszerował bez artylerii, która została w Koninie. Jedno było prawdą - obie strony wiedziały, że trzeba będzie stoczyć bitwę. Kto kogo dopadnie pierwszy? Kto kogo zaskoczy?
ZDRADA I PIERWSZE STARCIE
W przeddzień spotkania, pisze Żychliński, przybył do obozu [powstańców] szewc z wozem pełnym butów [...] i przepatrzywszy położenie, doniósł o nas Moskalom. A oto jak wyglądała ta zdrada z przeciwnej strony:
O drugiej godzinie nad ranem pewien młody człowiek, dezerter z obozu powstańców, przybył aby mnie upewnić, że nieprzyjaciel znajdował się, tak jak sądziłem, w lesie pomiędzy Kazimierzem a Pątnowem, i zaofiarował się, że mnie tam doprowadzi. Nakazałem w całkowitej ciszy obudzić oddział i wyruszyłem bezszelestnie, dając zakaz prowadzenia rozmów i palenia [...] o trzeciej godzinie nad ranem, pośród ciemnej nocy [...] często zatrzymując się, aby lepiej skupić oddział.
Druga strona maszerowała podobnie, o czym Callier pisze tak:
wśród ciemnej nocy, udał się oddział cały w pochód drogą, naczelnemu wodzowi [Mielęckiemu] tylko znaną. W pochodzie ściśnięto nieco więcej, jak zazwyczaj, szeregi i mniejsze zostawiono odstępy pomiędzy szpicą a pierwszym plutonem jazdy.
Oba oddziały szły po tej samej, położonej na północ od Jeziora Gosławskiego, drodze Kazimierz Biskupi - Pątnów. Od Kazimierza - na wschód - szli Rosjanie. Od Pątnowa - na zachód - Polacy. Nagle Rosjanie natknęli się na powstańców. Raportuje książę Emil Wittgenstein:
..w środku leśnej gęstwiny, krzyki nieprzyjacielskich wedet upewniły nas, iż zostaliśmy odkryci: ruszyliśmy naprzód i po chwili wpadliśmy na awangardę wroga, złożoną z jazdy i piechurów uzbrojonych w karabiny i kosy. Rozwinąłem w tyralierę jeden pluton, który rozpoczął [...] żywą wymianę ognia z awangardą [...] i ścigał ją pędzącą w nieładzie, na odległość bagnetu, zdobywając przy tem dziesięć wozów, których konie zostały zabite lub ranione.
Z polskiej strony w relacji Żychlińskiego wyglądało to jeszcze mniej optymistycznie:
Na odgłos strzałów powstał w całej naszej kolumnie popłoch niesłychany, porządek marszu złamano, kto mógł „koncentrował się w tył” i tak szczęściem zdołaliśmy się przedostać napowrót przez mostek. Moskale za nami, furgony nasze nie zdążyły tak szybko nawrócić i wpadły Moskalom w ręce.
TOPOGRAFIA I DOMNIEMANA PUŁAPKA
Ów mostek, o którym wspomina Żychliński, prowadził przez groblę. Jak wyglądała cała sytuacja pod względem topograficznym, opisał to Callier, który nawet załączył do swoich wspomnień szkic; pole walki opisał dobrze i sam Wittgenstein:
Ponieważ szczegółowa mapa, niedokładna w tym punkcie, zmyliła mnie, nie wiedziałem, że tam, gdzie wskazuje ona zwykły strumień kolo młyna Olszowy, znajdował się rodzaj stawu czy jeziora, przedzielonego groblą długości dwustu kroków na dziesięć, która łączyła ze sobą oba lasy.
Wittgenstein o wiele wyżej oceniał zdolności Polaków, niż należało to czynić w istocie - ale dodajmy, że przy okazji znacznie przeceniał też walory własne:
... Nie mogę oprzeć się [...] podejrzeniu, że zostałem zwabiony w pułapkę: Mielęcki chciał prawdopodobnie, wciągając mnie za groblę, poza którą zgromadził większą część swojej kolumny, przyprzeć nas do jeziora, pokonać i następnie pomaszerować na Konin. Że ów logicznie pomyślany plan nie powiódł się, zawdzięczamy to w równym stopniu naszej dobrej gwieździe jak i wyjątkowej brawurze oficerów i żołnierzy oraz mojej zręczności.
Tak naprawdę była to niezręczność, o czym zaraz się przekonamy.

Grobowiec płk. Kazimierza Mielęckiego na cmentarzu w Łabiszynie fot. Magdalena Kruszka
STRZELANINA ZA GROBLĄ
Wittgenstein relacjonuje dalej:
- Zaczynało się już prawie rozwidniać, gdy moja piechota weszła na groblę w pościgu za awangardą [powstańców]. Mój oddział, który nigdy nie był w ogniu, rzucił się ślepo naprzód w wielkim nieporządku, łamiąc szyki, głuchy na sygnały i rozkazy, i przebył groblę; trzy kompanie przemieszały się ze sobą tak, iż nie było już sposobu, aby je uporządkować. Większość sił nieprzyjaciela, ukryta na skraju lasu, przyjęła nas morderczym ogniem.
Jak widzimy, według księcia Emila, strzelał do Rosjan oddział znacznie od nich silniejszy. A prawda była, niestety, prozaiczna. To sam Callier skupił wokół siebie garstkę powstańców, podczas gdy reszta dała się opanować panice i uciekała przed Rosjanami, czego nie było widać, bo rzecz działa się w leśnej gęstwinie. Dzięki temu Polacy, a przede wszystkim Callier, mogli przejąć inicjatywę, a ich właściwa liczba nie została dobrze rozpoznana. Daję głos Callierowi:
Pojąłem od razu, że od zachowania tartaka zależy wypadek bitwy, a widząc około siebie kilkunastu strzelców, wytężyłem ostatnie prawie siły [...] czem prędzej skoczyłem ku staremu lasowi, aby wahających się tam powstańców zachęcić i pod tartak doprowadzić. Po drodze spotkałem kilku mniej trwożliwych [...] reszta mojej piechoty, przyszedłszy po pierwszem wrażeniu do siebie, zbierała się w starym lesie i - zajmując jego krawędź - utworzyła drugą linię tyralierów. Konnica uciekła, prócz dziesięciu jeźdźców [...]
A książę Wittgenstein zaczął się nagle czuć wielce nieswojo:
Prowadziliśmy ogień około godziny, w grupach, w bezładzie, mając za plecami jezioro i groblę, którą właśnie przebyliśmy, a sto kroków przed namilas, obsadzony nieprzyjacielem [powstańcami] zdecydowanym, dobrze uzbrojonym, który znacznie przewyższał nas liczbą. Widziałem, że ta pozycja jest nie do utrzymania...
Jak pamiętamy, w tej chwili strzelało do księcia tylko kilkunastu, a potem kilkudziesięciu powstańców. Czynili to jednak tak skutecznie (szczególnie Francuz Lejars miał nie zmarnować żadnego ładunku), że w końcu książę zarządził odwrót przez groblę do przeciwległego lasu. Tak więc Callier mógł pochwalić się: udało mi się wyprzeć Moskwę i zająć tę silną pozycyą. W tym czasie Mielęcki - poruszający się konno (Callier trwał zawsze na własnych na nogach przy swojej piechocie) próbował opanować zamieszanie w reszcie oddziału, a Rosjanie uciekli za groblę z nieopatrznie zajętej, zbyt wysuniętej, złej pozycji.
PO ROSYJSKIM ODWROCIE ZA GROBLĘ
Dopiero oddaliwszy się za groblę Wittgenstein poczuł się bezpiecznie. Oddzielony groblą nieprzyjaciel, czyli Mielęcki,
[...] nie ośmielił się nas zaatakować, ograniczywszy się do gęstego ognia przez jezioro; dowódcy [powstańców], konno, rozpoznawalni po mundurach i brawurze, z jaką wystawiali się [na strzały], padając martwi lub ranni, gdy usiłowali własnym przykładem, a nawet płazem szabli zachęcić swój oddział do ataku na groblę, która nas od nich oddzielała.
- Jeden tylko raz pięćdziesięciu ludzi rzuciło się naprzód, ale w okamgnieniu połowa padła na ziemię lub do wody, a reszta cofnęła się w nieładzie.
Ten epizod z polskiego punktu widzenia nie wyglądał aż tak bohatersko; oddaję głos Callierowi:
Doskoczył do mnie sam Mielęcki i [...] objawił życzenie swoje, aby Moskali wyprzeć z olszynki; „ale cóż, rzekł głosem żałosnym, choć ja sam szturm przypuszczę, nikt za mną nie pójdzie”. W odpowiedzi na ten zarzut, [...] wyskoczyłem spod tartaka na groblę i krzycząc z całego gardła „za mną kosyniery marsz” po niej ku mostom kroczyłem.
Dochodząc do pierwszego mostu [..] gdy trzy tylko za sobą kosy spostrzegłem, a pomiędzy tymi ochotnikami kapitana kosynierów nie widziałem [...] dałem więc znak ręką, aby z grobli trzej kosynierzy zeszli.
Inna rzecz, że owi wystawiający się na strzały dowódcy - to zapewne za każdym razem sam Mielęcki, który na pierwszej linii otrzymał fatalny postrzał. Wedle wspomnień Żychlińskiego:
Mielęcki, kiedy wyjechawszy konno na linię bojową, [...] koń [mu] ugrzązł przedniemi nogami w błocie zaraz przy brzegu i kiedy go, ściągnąwszy cugle, wyrwał z błota i zwrócił ku oddziałowi, w tej chwili Moskale dali gęstszego ognia w tę stronę i jedna z kul raniła naczelnika naszego w krzyże powyżej bioder.
STRACH MA WIELKIE OCZY, CZY... WYOLBRZYMIONA SKROMNOŚĆ CALLIERA?
W tym miejscu adresowany do rosyjskiego szefa sztabu (Jego Ekscelencji) raport rosyjskiego księcia wkracza w moment najbardziej dramatyczny:
Strzelanina trwała bez przerwy przez dwie godziny i dłużej, z obu stron prowadzona w dobrym porządku. Mieliśmy do czynienia nie z jakąś luźną grupą [powstańców], lecz z dobrze zdyscyplinowanym oddziałem, złożonym niemal wyłącznie z byłych żołnierzy pruskich, uzbrojonych w szwajcarskie i niemieckie karabiny. Rzadko zdarzyło mi się widzieć walkę tak zaciętą i tak długą oraz tak ostry ogień; można by rzec, że padał istny deszcz kul; gdyby nie drzewa i zagłębienia terenu, bylibyśmy zgubieni. [...] Aby dać Waszej Ekscelencji pojęcie o celności ich strzałów, powiem, że gdy znalazłem się konno na grobli, usiłując przywrócić porządek, a dobrze rozpoznawalny po mym białym kaszkiecie, w ciągu trzech minut major Malierski, mój ordynans kozak i mój trębacz padli koło mnie ranni, a instrument tego ostatniego został przedziurawiony kulą, nadto koń mego ordynansa huzara został zabity. Ujrzałem, jak jeden z [naszych] tyralierów dla żartu wyciągnął w ich stronę swój kaszkiet: w jednej chwili kaszkiet przeszyty został dwiema kulami.
Strach ma wielkie oczy. To nie byli dawni żołnierze pruscy, lecz młodzi ochotnicy, przeważnie z Wielkopolski, oderwani od rzemieślniczych warsztatów, albo wprost od gimnazjalnej ławy. Ale prowadzeni przez dowódców, którzy mieli pojęcie o tym, co robią. I tak, Mielęcki zdaje się, że trzeźwo patrzył na całe starcie, miał bowiem ciągle w czasie bitwy to na uwadze, że Moskale zabiorą nam tył i dziwił się, że tego nie uczynili, mając tyle godzin czasu. Ale jak już wiemy, Wittgenstein nie ocenił fachowo sytuacji. Jednocześnie drugi polski dowódca, Callier, postanowił zastosować fortel, poniekąd osiągając sukces:
Chciałem użyć sztuki tyralierskiej, aby do nieprzyjaciela z czoła się zbliżyć i prawe jego skrzydło, które o brzeg jeziora się opierało, niepokoić. Gdyby ten ruch zamięszanie jakie w szeregach Moskwy wywołał, byłbym [...] atak z czoła ponowił.
Otóż zdaje się, że ten ciekawy manewr wywołał u rosyjskiego dowódcy poważne obawy i przyczynił się do zakończenia starcia, jak czytamy w jego raporcie:
Spostrzegłszy, iż ogień od frontu zmniejsza się i przesuwa w moje lewo, sądziłem, iż nieprzyjaciel bierze mnie w okrążenie. Czując się zaś zbyt słabym na to, aby pozwolić na odcięcie mego oddziału, stopniowo rozrzedzałem pierwszą linię i krok za krokiem cofałem się [...] Tymczasem nieprzyjaciel nie uczynił żadnego wysiłku, aby mnie ścigać, i grobla pozostała pusta. [...] Klęska była o krok, co niech [...] unaoczni waszej Ekscelencji, jak wielką miałem rację pisząc, iż jesteśmy zbyt słabi; proszę Waszą Ekscelencję o przysłanie nam posiłków. [...]
EFEKTY
W tym właśnie momencie również i Mielęcki wydał rozkaz odwrotu; a że powstańcom zaczynało brakować amunicji, pora była najwyższa. Obie strony wycofały się więc w dobrym porządku, po czym... każda twierdziła, że odniosła sukces, i że straty wroga były wielokrotnie większe, a własne minimalne. Polacy piórem Żychlińskiego:
Bitwa trwała 5 godzin i zakończyła się klęską Moskali, mieli bowiem, jak później stwierdzono, 223 zabitych i wielu rannych. My liczyliśmy zabitych 5, a rannych 38.
Rosjanie piórem księcia Emila:
Wieeeelkie zwyciestwo odniesione 22 tego miesiąca nad sławnym Mielęckim przez księcia Emila de Wittgenstein! Pięciogodzinna, zacięta walka![...] ich [powstańców] straty wynieść mogły trzystu ludzi. Moja kolumna straciła sześciu żołnierzy zabitych, nadto dwu oficerów i trzydziestu sześciu żołnierzy rannych, przeważnie ciężko, wielokrotnie postrzelonych, [...] To duża strata dla tak małego oddziału, dowodząca, że mieliśmy do czynienia z poważnym przeciwnikiem.
Od tego momentu bitwa pod Olszakiem (lub Pątnowem, Tartakiem etc.) zamiennie uważana była za wielki sukces tej lub owej strony. Obiektywnie ocenił ją dopiero badacz Stanisław Kalembka, w mało dostępnej, a bardzo rzetelnej publikacji, niestety rzadko uwzględnianej przez badaczy powstania styczniowego.
POBOJOWISKO
Nie ulegają wątpliwości dwa fakty. Oba oddziały wycofały się w dobrym porządku; ale Polacy, choć ponieśli w sumie straty niewielkie, to niepowetowane. W ostatniej fazie bitwy Callier i Mielęcki zostali ciężko ranni; ten ostatni - jak się po kilku miesiącach okazało - śmiertelnie. Na razie, tak jak innych rannych, umieszczono ich w okolicznych, gościnnych domach i dworach. Niestety, resztę wycofujących się powstańców zaskoczył jeszcze tego samego dnia pod Ślesinem major Nielidow, uderzył na nich i rozbił, tak iż znaczna część uciekła za pruską granicę. Tymczasem Wittgenstein po kilkugodzinnym odpoczynku i otrzymaniu posiłków, także w postaci armat, powrócił na pole wczorajszej walki, wkroczył na fatalną dla siebie groblę i wszedł w głąb lasu. Opis tego, co zobaczył, godny jest zacytowania:
Las, przez który przechodziliśmy, nosił ślady krwawych strat nieprzyjaciela i jego pospiesznego odwrotu. Wszędzie leżały zabite bądź ranne konie, zapomniane trupy ludzkie, porzucone furaże i żywność, zgruchotane pnie i krwawe ślady wiodące we wszystkie strony, a prowadzące, jak mogłem się później przekonać, aż poza Ślesin. Tuż przy grobli wisiał powieszony na drzewie stary wieśniak, z napisem na plecach po polsku: „to dla zdrajców!” Aż po Ślesin wszystkie gospodarstwa i wioski przepełnione były trupami i rannymi; wszędzie znajdowaliśmy posiodłane konie i zakrwawione wozy, które [powstańcy] porzucili. [...]
Nieco dalej następują (i w liście do żony, i w urzędowym raporcie, które łączę tutaj) arcyciekawe fragmenty o rannych powstańcach:
Sam Mielęcki, ciężko ranny (wczoraj jeszcze sądziłem, że uciekł w kierunku Poznania), ma się ukrywać, jak mówią, w okolicy Konina. - Przeszukując domy znajdujące się na trasie mego marszu, napotkałem wśród masy rannych (w większości byli to ludzie z towarzystwa, pochodzący z Prus) dwóch Francuzów, Lejars`a i Calliera, noszących mundury żuawów, którzy, służąc wcześniej w Afryce i Włoszech, teraz wielce przyczynili się do sformowania i zorganizowania oddziału Mielęckiego. Callier był umierający, dosięgły go trzy kule. [...] Podałem mu rękę, ofiarowując moje usługi; tak go to wzruszyło, że chciał ją ucałować, i łzy miał w oczach. [...] Lejars miał zmiażdżoną stopę, co nie przeszkodziło mu być w najlepszym nastroju i wyrzec wielkie komplementy pod adresem brawury naszych oddziałów i celności naszego ognia. Sądził, że zostanie przez nas zamordowany i tak zachwyciła go nasza uprzejmość oraz względy, które czyniliśmy rannym, że postanowił, gdy tylko będzie mógł pisać, posłać do jednego ze swoich przyjaciół, korespondenta „Siècle”, list zaprzeczający niegodziwościom, o jakie oskarża się rosyjską armię.
Relacja Wittgensteina ma zwierciadlany odpowiednik we wspomnieniach Calliera - choć tu o rzekomym całowaniu ręki nic nie ma, a komplementy czyni kto inny:
Przebudzony otworzyłem oczy [...] - Ktoś ty? Zapytał groźnie żołdak
- Powstaniec, odpowiedziałem [...] - obojętną mi było rzeczą, czy mnie w ten lub w ów sposób zakłują [...] Wtem rozstąpiły się nagle szeregi żołdactwa; wśród nich ukazał się oficer rosyjski i przystąpił do mnie.
- Nazwisko pańskie Callier? rzekł do mnie płynną francuszczyzną i głosem raczej miłym niż szorstkim.
- Tak, Panie! Odpowiedziałem, nie zastanawiając się nawet nad tem, że ów oficer obcy zna nazwisko moje.
- Pan służyłeś w armii francuskiej; byłeś pod Sebastopolem, w Afryce i bez wątpienia inne jeszcze odbyłeś kampanie.
- Tak, Panie!
- Dzielnie strzelacie!... do kata! ... mnóstwo liczymy rannych i poległych.
- Pełniliśmy tylko swój obowiązek.
- Jesteś dzielnym żołnierzem - rzekł do mnie, podając mi dłoń swoją i zostawiając rozkaz, aby felczerzy rosyjscy rany moje jak najstaranniej opatrzyli.
Po tych słowach wyszedł nieznajomy [...] później mówiono mi, że tym oficerem był książę Wittgenstein.
EPILOG
Cóż dodać, cóż ująć? Obie strony były syte sławy. Obie wycofały się, ale obie też sądziły, że przeciwnik był silniejszy i że poniósł wielokrotnie większe straty niż strona przeciwna. Jak pisze wspomniany badacz, Stanisław Kalembka - rozejście się oddziałów po pięciu godzinach walki bez zwycięstwa żadnej ze stron było rezultatem zmęczenia fizycznego i psychicznego żołnierzy po obu stronach, było rezultatem wyczerpania amunicji, ale też było chyba skutkiem obustronnego lęku dowódców przed przeciwnikiem. Polacy nie zostali rozproszeni. Stało się to wprawdzie tego samego dnia, ale nie pod Olszakiem, tylko kilka kilometrów dalej, a sam Wittgenstein nie był w stanie ich ścigać. Z tych wszystkich względów bój pod Olszakiem (inaczej: pod Tartakiem, pod Pątnowem, pod Olszowym) stał się sławny. Powstała uwieczniająca go współczesna grafika, a po niespełna czterdziestu latach wielkopolski poeta Ludwik Mizerski, pisząc regionalny poemat naśladujący Pana Tadeusza, poświęcił tej bitwie całą dziesiątą księgę swego dzieła. Pozwolę sobie zacytować jeden z końcowych fragmentów, w których padają nazwiska bohaterów tego artykułu (nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni):
Los bitwy w tejże chwili
był już rozstrzygnięty.
Moskwa, dufna w swą liczbę,
odważnie na pięty
Nastawała powstańcom,
którzy w głąb dąbrowy
Cofali się, lecz z szykiem,
bo w linii bojowéj,
Strzeliwszy jednocześnie
na odgłos komendy,
Szli pierwsi tyralierzy
za następne rzędy. [...]
Naboje w ładownicach wciąż
jak śnieg topniały.
Ciężko ranny w odwrocie
padł Mielęcki śmiały,
A, nim zdążył buławę
zdać w ręce Calliera,
Los Polakom i tego dowódcę
wydziera.
Jak widzimy, poeta skłamał... na niekorzyść powstańców. Być może ugiął się przed romantycznym urokiem klęski? Ale oczywiście prawdą jest, że Mielęcki, ciężko ranny w kręgosłup i potajemnie przewieziony (w kobiecym stroju!) do Wielkiego Księstwa Poznańskiego, po wstępnym wygojeniu się rany za wcześnie siadł na konia, spadł z niego - i umarł na rękach młodej małżonki. Jego pogrzeb, z uroczystym wystawieniem ciała w lubostrońskim pałacu, stał się wielką, patriotyczną manifestacją, w czasie której spoczął - i spoczywa do dziś - w swoim rodzinnym grobowcu w Łabiszynie.
A mnie pozostaje już tylko dodać, że w bitwie pod Olszakiem w oddziale Calliera znajdowali się moi liczni ziomkowie, czyli kórniczanie, wielu znanych z imion i nazwisk. Towarzyszyli im zaś dwaj wujowie mojej prababki, Maciej i Stanisław Kryszkiewicze, z których ten ostatni zginął jeszcze tego samego dnia pod Ślesinem.
Jacek Kowalski
Pałuki nr 1092 (3/2013)
Cytowane teksty: Edmund Callier, „Trzy ustępy z powstania polskiego 1863-1864”, Poznań 1866; Émile de Sayn-Wittgenstein-Berlebourg, raport do szefa sztabu, listy do matki i do żony z marca 1863, opublikowane w tegoż: „Souvenirs et correspndance”, Paris 1888, s. 12, tłum. Jacek Kowalski; Teodor Żychliński, „Wspomnienia z roku 1863”, Poznań 1888; ks. Władysław Chotkowski, „Wyprawa trzemeszeńska roku 1863”, Poznań 1913 [odbitka z „Dziennika Poznańskiego”; reprint z lat 90. XX w. bez daty]; „Lucyan Doręba. Powieść poetyczna w 10 pieśniach osnuta na tle stosunków wielkopolskich (r. 1862-1865)”, Poznań 1901 [napisał Ludwik Kajetan Mizerski], Pieśń IX „Powstanie”; Sławomir Kalembka, „Ostatnie bitwy Kazimierza Mielęckiego w 1863 r.”, „Prace Komisji Historii Bydgoskiego Towarzystwa Naukowego”, t. VIII, 1971, s. 27-49.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze