Wielka tragedia spotkała spokojną, pracowitą rodzinę rolników z Mamlicza. Ten czerwiec miał być jednym z najszczęśliwszych miesięcy dla ich rodziny. Młodsza córka gospodarzy miała zaplanowany ślub. Słoneczne, sobotnie popołudnie było spokojne. Oprzątanie bydła zostało już niemal skończone. Myślami domownicy byli już przy planowanym na późne popołudnie i wieczór polterabendzie. Nagle wybuchł pożar na poddaszu obory. Ogień szybko się rozprzestrzeniał, niesiony wiatrem na garaże i stodołę w zwartej zabudowie gospodarstwa. W środku było bydło, ale też traktory i maszyny rolnicze. Pani Alicja próbowała ratować od ognia, co się da. Swoją odwagę i oddanie, niestety przypłaciła życiem.
10 czerwca na naszej stronie internetowej w tekście Tragedia w Mamliczu. W pożarze stodoły i obory zginęła kobieta pisaliśmy o tragedii, która 10 czerwca zdarzyła się w jednym z gospodarstw w Mamliczu.
Następnego dnia umówiliśmy się na spotkanie z poszkodowanymi w pożarze, w którym zginęła siostra właściciela gospodarstwa. Zastaliśmy na miejscu nadal strażaków. Wyjaśnili, że dzień po zdarzeniu przyjechali na miejscu dalej w celach zapobiegawczych. Trwa też pomoc przy usuwaniu padłego bydła. Będzie ono zabrane do utylizacji. Część krów, które przeżyły pożar, prawdopodobnie zostanie sprzedane do rzeźni. Gospodarze nie mogą się otrząsnąć po tym, co się stało.
Strażacy zabezpieczali pogorzelisko także następnego dnia po pożarze fot. Karol Gapiński
Pani Alicja była pracowitą, lubianą wśród znajomych koleżanek i kolegów osobą. A przede wszystkim oddaną rodzinie. 57-latka mieszkała w Barcinie i zawodowo pracowała w obsłudze tamtejszego ratusza. Pan Tomasz wraz ze swoją żoną, Agnieszką zawsze mogli liczyć na pomoc jego siostry. Mieszkają w Mamliczu, przy drodze z Kani. Prowadzą gospodarstwo rolne, które przejęli po rodzicach pana Tomasza i pani Alicji.
W weekendy pani Alicja przyjeżdżała do nich, by pomóc w gospodarstwie. Przede wszystkim w oprzątaniu bydła, które hodowali. W ostatnim czasie rodzinę czekała wspaniała chwila. Agata, młodsza córka pani Agnieszki i Tomasza miała zaplanowany ślub. Pani Alicja także z radością i przyjemną ekscytacją czekała na ważne wydarzenie w życiu swojej bratanicy.
Bydło, które padło w wyniku pożaru będzie zutylizowane przez profesjonalną firmę fot. Karol Gapiński
Ale czas na celebrowanie zamążpójścia miał dopiero nadejść w kolejną sobotę. Natomiast w tę ostatnią, choć co prawda nie była to jeszcze wigilia ślubu, gospodarze planowali polterabend. Zanim miał nadejść czas radosnego tłuczenia szkła u drzwi panny młodej, trzeba było wykonać wszystkie, rutynowe prace w gospodarstwie. Priorytetem jest oprzątnięcie bydła. Około 16.30 większość z tych prac było już wykonane. Zwykle domownicy robią sobie przerwę na odpoczynek, wypicie kawy, by później kontynuować jeszcze pracę przy zwierzętach. Konkretnie przy krowach, bo zajmują się hodowlą wyłącznie bydła. Tak też było wtedy. Niektórzy byli wtedy w domu, inni na podwórku. Szybko dostrzegli, że z obory unosi się czarny dym. Był gęsty, a z wnętrza budynku zaczynały wydostawać się na powietrze języki ognia.
Wezwali straż pożarną i nie czekając na jej przybycie ruszyli po wiadra z wodą, zaczęli podłączać węże ogrodowe, aby próbować gasić co się da. Wiatr wiał z północnego-wschodu, więc przeniósł ogień na garaż, w którym stały ciągniki i maszyny rolnicze, a następnie na stodołę. Garaż miał połączenie wewnętrznymi drzwiami z oborą, w której były krowy.Trzymali tam 17 dorosłych - dojnych krów i jednego cielaka.
Jeden z ciągników, który spłonął w garażu fot. Karol Gapiński
Bartek, starszy z dwóch synów gospodarzy, to już młodzieniec. Pomaga w gospodarstwie i tak również było tego sobotniego popołudnia. Gdy zobaczyli ogień, włączył się w próby gaszenia. Opowiada, że nawet myślał o tym, aby wejść do środka, próbować ratować krowy. Było strasznie gorąco i pełno dymu. Nie dało się wejść do środka. W całym zamęcie początkowo nawet nie zdawał sobie sprawy, że w garażu jest też jego ciocia.
Pani Alicja w trakcie prób gaszenia pożaru zdołała wejść do części garażowej. Ślady na ścianie tylnej wskazują możliwy przebieg tej tragedii. Kobieta próbowała wyjechać ciągnikiem, ale być może w wypełnionym dymem i ogniem pomieszczeniu, w warunkach ekstremalnie trudnych pod względem tak fizycznym, jak i psychologicznym, nie zdołała skierować ciągnika do tyłu, do wrót garażu. Mimo to miałaby szansę sforsować tylną ścianę garażu. Zwłaszcza, że ciągnik miał łyżkę ładowacza na przedzie. Od uderzenia wyleciały na wysokości łyżki cegły z fragmentu ściany. Niestety na podłożu przy ścianie wewnątrz stał jeszcze siewnik. Traktor się zablokował i pani Alicja nie zdołała wydostać się z tej śmiertelnej pułapki. Przez drzwi wewnętrzne do obory nie miała szans się przebić, bo tam temperatura była zapewne jeszcze wyższa i dym większy. Ale jak było naprawdę, tego nie wiemy. Być może dalsze ustalenia śledczych, wyniki sekcji zwłok pozwolą wyjaśnić okoliczności tego dramatu.
Tutaj widać, że pani Alicja zdołała ładowaczem ciągnika wybić kilka cegieł w ścianie, ale traktor został zablokowany przez siewnik fot. Karol Gapiński
Strażacy przyjechali szybko i zaraz uruchomili prądy wody. To już pozwoliło wyprowadzić im z obory 8 wtedy jeszcze żywych krów. Pozostałe zwierzęta zginęły. Zaopatrzeni w aparaty oddechowe weszli też do garażu. Tam odnaleźli ciało pani Alicji. Była już martwa.
Uratowały się dwa psy. Mniejszy z nich Lucek biegał luzem, było mu łatwiej. Ale większy, Borys był przy swoim kojcu na krawędzi płonącej już stodoły. Uratował się. Pomogły mu prądy wody, które szybko rzucili tam strażacy, tłumiąc zagrażający mu ogień. Ocalała też druga obora, znajdująca się od zachodniej strony podwórza, a w niej pozostała część stada. Przede wszystkim młode byczki i jałówki. One wszystkie ocalały. Także jedna młoda krówka, która żyła sobie na tyłach posesji, pod gołym niebem.
W trakcie pożaru jednak było ryzyko, że ogień zajmie i tę drugą oborę, od zachodniej strony. Otóż przy jej ścianie, na zewnątrz stoi cysterna z paliwem do traktorów i maszyn. Temperatura wokół był a bardzo wysoka i ten pojemnik na paliwo też mocno się nagrzał. Strażacy polewali go wodą, aby schłodzić i nie dopuścić do zapłonu. To uratowało nie tylko tę oborę i zwierzęta w jej wnętrzu. Być może również dom mieszkalny i kolejne budynki w dość gęstej tam, jak na warunki wiejskie, zabudowie.
Pani Agnieszka wie, że mimo rodzinnej tragedii, musi zadbać o pozostałe przy życiu bydło. Potrzebne jest siano i słoma, bo ich własne zapasy spłonęły. fot. Karol Gapiński
W niedzielę około 15.00 z ośmiu uratowanych początkowo krów z obory, która spłonęła, zostało tylko pięć. Jedna została uśpiona już w sobotę przez weterynarza ze względów humanitarnych. Dwie kolejne zdechły. Wszystkie padłe zwierzęta są przeznaczone do utylizacji. Ale przy życiu pozostało jeszcze bydło z drugiej obory. Sytuacja w gospodarstwie jest dramatyczna. Rodzina jest przede wszystkim w zlej kondycji psychicznej. Ciężko im pojęć to, co się stało, a tutaj trzeba przecież zająć się pozostałym przy życiu inwentarzem. Co ze ślubem córki, co z przyszłością? Teraz o tym nawet nie myślą. Pani Agnieszka zaapelowała jedynie za naszym pośrednictwem do ludzi dobrej woli, którzy posiadają siano i słomę. Jeśli chcieliby wspomóc gospodarzy z Mamlicza, to oni będą wdzięczni. W stodole mieli zapasy, ale wszystko spłonęło. Mieszkają około 1,5 km patrząc od drogi wojewódzkiej w Kani, w kierunku Mamlicza.
Z dobytku stracili też dwa ciągniki, rozsiewacz i siewnik, resztki spalonych budynków trzeba będzie rozebrać. Jak wysokie są straty, tego jeszcze nikt nie oszacował. Zostanie założona zbiórka na rzecz poszkodowanych rolników. Organizacją zajmie się sołtys Mamlicza, Jakub Jurek.
Rodzina jest w głębokim szoku, ale wzajemnie udzielają sobie wsparcia. Na zdjęciu od lewej Monika - starsza córka, pani Agnieszka i pan Tomasz - właściciele gospodarstwa oraz druga ich córka, Agata, której ślub i wesele miało się odbyć w przyszłą sobotę. Na zdjęciu nie ma synów. Młodszy został zabrany do rodziny, by nie patrzył na to, jak wygląda obejście po dramacie. Natomiast starszy, Bartek był zajęty w gospodarstwie. fot. Karol Gapiński
Karol Gapiński