Reklama

Biblioteki przetrwają internet

Jadwiga Jelinek o swych poprzednikach i 36 latach pracy w bibliotece.

Dominik Księski: - Kiedy po raz pierwszy zawitała pani do biblioteki jako czytelnik? 
Jadwiga Jelinek: - Będąc dzieckiem, za rączkę z moją mamą. Biblioteka znajdowała się wtedy na 700-lecia, naprzeciwko hotelu Basztowy.
- Naprzeciw hotelu „Basztowy”?
- Tak. Po wojnie były w Żninie dwie biblioteki. W maju 1945 roku powstała biblioteka powiatowa, która mieściła się w hotelu Basztowym, a po drugiej stronie, naprzeciwko - Biblioteka Miejska, która powstała w 1946 roku.
- Czym się różniły? I po co dwie? Jakieś względy polityczne za tym stały?
- Biblioteka Powiatowa tworzona była poprzez zbiórkę książek od obywateli mieszkających na naszym terenie. A Biblioteka Miejska powstała z połączenia księgozbiorów zakładów pracy - Społem, Spółdzielni Mleczarskiej i innych. To, co mieli w swoich zasobach - przekazali do biblioteki miejskiej.
- Kto wtedy nimi kierował?
- Pierwszym dyrektorem powiatowej biblioteki była Janina Żnińska, żona Walentego Szwajcera. Warto wspomnieć, że w Żninie ciągle mieszka pani Maria Bartkowiak-Hernet, która wraz z Janiną Żnińską-Szwajcerową w 1945 r., zakładała naszą bibliotekę. A miejską biblioteką kierowała na początku Barbara Lubik - z domu Derech.
- A kiedy je połączono?
- W 1954 roku. I wtedy przeniesiono bibliotekę powiatową do miejskiej, która mieściła się na placu Wolności 11. Przed 1968 rokiem ta połączona biblioteka kilka razy zmieniała siedzibę, cały czas jednak przesuwając się między 700-lecia, Rynkiem i Śniadeckich, czyli w ścisłym centrum Żnina.
- Ale wróćmy do tej pierwszej pani wizyty w bibliotece. Ile wtedy pani miała lat?
- Nie powiem dokładnie, ale mogła to być druga klasa szkoły podstawowej.
- I co pani wypożyczyła?
- Nie wiem, jaką pierwszą książkę wypożyczyłam, ale pierwszą wypożyczoną z biblioteki książką, którą zapamiętałam był Dzikowy Skarb Karola Bunscha. Te pierwsze książki zresztą czytała mi głównie mama albo starszy brat, bo ja wtedy jeszcze dość kiepsko czytałam.
- A pani czytała swoim dzieciom?
- Oczywiście, że tak!
- Dlaczego czytanie na głos książek w rodzinie jest ważne? 
- Nie tylko po to, aby zachęcić do czytania w ogóle. Ważne jest też to, że przy wspólnym czytaniu książek buduje się relacje. To łączy rodzinę. Trzeba siąść razem, skupić się na tej samej słuchanej opowieści, przytulić się, wspólnie przeżywać.
- Czyli to podobna rola jak wspólne wyjście na sanki?
- A potem porozmawiać o bohaterach, co my byśmy zrobili na ich miejscu…
- A kiedy okazało się, że swoje życie zwiąże pani z biblioteką?
- Późno. I stało się to z przypadku. Kończyłam w liceum profil matematyczno-fizyczny. Potem pracowałam w Urzędzie Miejskim w Żninie jako inspektor do spraw kultury. Pani Dziunia Żurawska - legendarna już postać żnińskiego życia kulturalnego - przeszła na emeryturę w 1982 roku. Po niej pełniła obowiązki dyrektora Irena Potulna, później Czesława Żygulska, ale ona zrezygnowała i wtedy naczelnik ówczesny Czesław Łukomski złożył mi propozycję: albo obejmuję stanowisko dyrektora biblioteki na stałe, albo kieruje mnie tam na 3 miesiące jako pełniącą obowiązki i w tym czasie szuka kogoś, kto pokieruje placówką. Zgodziłam się.
- Widział w pani potencjał?
- Myślę, że inaczej by mi nie zaproponował. Zrobiłam studium bibliotekarskie i zostałam. Na 36 lat. Do 2019 roku.
- Czy ktoś dłużej był w Żninie na kierowniczym stanowisku w jakiejś instytucji?
- Nie wiem, trzeba byłoby pomyśleć. Pani Żurawska objęła bibliotekę po Janinie Żnińskiej-Szwajcerowej w 1957 roku i kierowała nią 25 lat.
- Też długo. Młodsze pokolenie już pani Żurawskiej nie pamięta, pani zaś miała przyjemność ją znać. Jaką osobą była?
- Poznałam ją w czasach, gdy pokolenie działaczy tworzących żnińską kulturę od lat 50. odchodziło na emerytury. Pani Gabriela Gólcz w sylwestra 1981, pani Dziunia Żurawska - w sylwestra 1982. Razem z panią Janiną Balską tworzyły triumwirat, który wspierał się w organizacji - w zasadzie wszystkich żnińskich imprez. Poznałam panią Żurawską, gdy pracowałam w urzędzie. Ona była - co tu dużo mówić - stara wyga, a ja przy niej - smarkula, nie ma co ukrywać. Nigdy nie dawała mi tego poznać, nie udowadniała, że ona wie lepiej i co ja tu się wymądrzam. Pomagała. Była delikatna i niezwykle kompetentna.
- A na czym polegała pani praca w urzędzie?
- Byłam pośrednikiem, łącznikiem między biblioteką a administracją. Przyjmowałam sprawozdania, omawiałam szczegóły budżetu, na co potrzebne pieniądze, jak zostały wydatkowane, uzgadnialiśmy kwestie merytoryczne - w co się biblioteka angażuje i tak dalej. Ja od niej się uczyłam, nie popisywałam się, że ja tu jestem na stanowisku i wiem lepiej.
- To ciekawe, bo podobną „ścieżką kariery” podążał Andrzej Rosiak. On też był inspektorem w urzędzie i zastąpił panią Gólczową w Domu Kultury.
- Praca w urzędzie dawała znajomość przepisów. To niezwykle ważne. Pracując w urzędzie musiałam znać wszystkie przepisy i działania wedle tych przepisów pilnować. I to rzeczywiście było dobre przygotowanie do pełnienia później samodzielnej funkcji. Bo już tego nie musiałam się uczyć.
- A gdyby porównać pracę w urzędzie i w bibliotece - jaka była podstawowa różnica?
- W urzędzie nie było takiej odpowiedzialności. Pracowało się głównie na papierach. A na stanowisku dyrektora zaczynała się odpowiedzialność bezpośrednia. Za ludzi, za finanse, za budynek, za realizację programu - za wszystko. I za wszystko był człowiek rozliczany. To jednak co innego.
- A więc - jaka była pani poprzedniczka?
- Była osobą niezwykle życzliwą i taktowną. Gdy objęłam bibliotekę, często wpadała na kawkę. Miała blisko. Biblioteka była wtedy na Śniadeckich, ona mieszkała w bloku przy Spółdzielczej. Polubiłyśmy się. Nadawałyśmy na tych samych falach. Mogłam pytać o wszystko, zawsze kiedy potrzebowałam. A - szczególnie na początku - potrzebowałam… wielu, wielu rad. W 1985 roku organizowałam jubileusz 40-lecia biblioteki. Janina Żnińska budowała bibliotekę od podstaw. Ale cały jubileusz dotyczył właściwie pracy pani Dziuni. Organizacja sieci bibliotek w różnych miejscowościach powiatu. Upowszechnianie czytelnictwa przez organizowanie spotkań autorskich, ciągły jej osobisty kontakt z filiami. Moje były tylko dwa lata, dopiero się rozkręcałam. To była pierwsza ważna impreza, jaką organizowałam, nie mogłam nie skorzystać z pomocy pani Dziuni.
- Może pamięta pani jakieś wspomnienie z nią związane?
- Tak, przychodzi mi do głowy jedno, najważniejsze wspomnienie. Otóż w 1997 roku szykowaliśmy się do pożegnania lokalu na Śniadeckich i do przeprowadzki do komitetu. W styczniu przyszła smutna wiadomość o śmierci pani Balskiej, pani Żurawska walczyła wtedy z poważną chorobą. W końcu marca przyznano Elżbiecie Żurawskiej tytuł Zasłużony dla gminy Żnin. Ale ona już z domu nie wychodziła. Burmistrz Leszek Jakubowski zaprosił mnie do udziału w delegacji, aby wręczyć jej dyplom. Poszliśmy do niej, bardzo była wzruszona. Wspominałyśmy całą jej działalność, przecież to nie tylko biblioteka, od chwili powstania w 1963 roku kierowała żnińskim muzeum, była do 1979 r. jego kustoszem, śpiewała w chórze. I… następnego dnia zmarła. Ze łzami wspominam ten dzień.
- Zdążyła pani w ostatniej chwili! A proszę powiedzieć, co dla pani było najtrudniejsze w pracy na stanowisku dyrektora biblioteki?
- Poznać środowisko.
- Chodzi o ludzi czy książki?
- Najtrudniejszą rzeczą - do końca zresztą - była praca z ludźmi. Aby dostosować pracę do kompetencji, czasem odwrotnie, aby właściwe osoby zatrudniać, właściwie wynagradzać, doceniać, oceniać. Na szczęście biblioteka zawsze miała i ma bardzo dobrych pracowników. Druga sprawa - przepisy. Dysponowanie finansami.
- Zawsze było za mało, czy może był jakiś złoty okres?
- Był, srebrny. Czasy Funduszu Rozwoju Kultury. Ostatnie lata przed transformacją roku 1989. Pieniądze dzielono centralnie, ale z klucza więc zawsze były. Mieliśmy 19 etatów - było wtedy jeszcze wiele filii.
- Dziś są…
- Trzy: Filia nr 1 w Żninie, Gorzyce i Brzyskorzystewko. A potem, gdy biblioteka przeszła pod władze gminne, sytuacja zmieniła się i tych pieniędzy zawsze było za mało w stosunku do potrzeb. Zawsze - co dla radnych było oczywiste - ważniejsze były dziurawe drogi, niż zakup książek do bibliotek.
- Dziwne, wydaje mi się, że powinno być odwrotnie! 
- W każdym razie większość radnych myślała inaczej. Zaczęliśmy zamykać filie.
- Przyczyną było okrajanie budżetu, czy odwrotnie? Zamykaliście filie i potem zmniejszali budżet?
- Dostawaliśmy mniej pieniędzy i: radźcie sobie. 
- Największe dokonania?
- Od 1968 roku biblioteka działała przy ulicy Śniadeckich, w prywatnej kamienicy. Od podwórza magazyny były zawilgocone, zagrzybione, wciąż rósł czynsz. Czasem cały dzień negocjowałam z właścicielem. Szłam do urzędu, przedstawiałam stanowisko - bo przecież musiało to się mieścić w budżecie - wracałam. Szukałam więc innej lokalizacji. To proste nie było. Na szczęście budynek dawnego komitetu PZPR, przeznaczony pierwotnie dla szkoły nr 1, nie bardzo tej szkole pasował. Za małe pomieszczenia, brak boiska. Walczyłam o niego. Nie było łatwo. Padały pytania: czy wy się tam chcecie ganiać po tym budynku, na co wam taki duży? Za duży dla biblioteki. Tłumaczyłam. Gdy już w 1997 roku zapadła decyzja o przyznaniu go nam, zaczęły się targi o remont. Jaki remont? Wszyscy się pukali w czoło: piękny budynek dostaje, a jeszcze chce pieniądze na adaptację?
- No tak, prawie nowy budynek, solidny. Sam pamiętam czasy, kiedy go jeszcze nie było…
- Dobrze, ale po trzydziestu latach już nie był taki nowy. W końcu Janusz Biegański, który był wtedy wiceburmistrzem, odwiedził nas, Przyznał mi rację. A najbardziej solidny był podest, na którym stał stół prezydialny, za którym zasiadał pierwszy sekretarz. Tydzień go rozkuwali. I potem wciąż coś trzeba było zmieniać. Na wiele remontów zdobywaliśmy środki pozabudżetowe. Likwidacja kotłowni węglowej na gazową, potem na ciepłociąg. Zamiana piwnic na magazyn książek, podłączenie do kanalizacji ściekowej, wymiana okien, klimatyzacja magazynów, przejęcie garażu, na koniec - sala na imprezy, spotkania, wykłady i winda.
- Niestety połączona z końcem Biblioteki Pedagogicznej…
- To była bardzo przykra dla mnie sytuacja. Dostałam polecenie wypowiedzenia lokalu. Wiadomo też było, że Wojewódzka Biblioteka Pedagogiczna likwiduje wszystkie filie. Byłam pośrednikiem, stałam się kozłem ofiarnym. Niesmak pozostał.
- A ja myślałem, że jako największe dokonanie wymieni pani monografię Żnina.
- Chwileczkę - na razie o fundamentach. Kiedy pojawił się pierwszy komputer w bibliotece? Dopiero w 2004 roku! I to z grantu. Wcześniej nie widziano potrzeby, brak było środków. Później były kolejne komputery, też z projektów. Dziś cały katalog jest przeniesiony do komputerów. Nie zapominajmy o zakupach książek, ich wyborze, zdobywaniu na nie pieniędzy.
- Klub Podróżnika, konferencje popularnonaukowe, noce w bibliotece… Wszystkiego nie damy rady wymienić.
- Więc jeśli chodzi o sprawy podstawowe - to budynek. Bo biblioteka wcale nie musiałaby być w tym miejscu. Jednak jeśli chodzi o sprawy merytoryczne, to myślę, że na pierwszym miejscu byłaby działalność wydawnicza, przede wszystkim pięć książeczek o słynnych żninianach, monografia Małachowskiego i - oczywiście - monografia Żnina. Każda publikacja to poznanie nowych osób, rozmowy z nimi, nawiązanie fantastycznych kontaktów. Gdy profesor Piwkowski jeszcze był w Lubece, prowadziłam z nim godzinami rozmowy, ale gdy dzwoniłam zawsze mówił: proszę odłożyć słuchawkę, oddzwonię, bo mnie to taniej kosztuje. Monografia Żnina zajęła trzy lata pracy. Trzeba było namówić ludzi. Potem sprawić, by napisali na czas. Korekty redakcyjne. Negocjowanie korekt z autorami, aby je przyjęli. Fantastyczny kontakt z profesorem Tadeuszem Janickim z Poznania, który odpowiedzialny był pod względem naukowym za pierwszy tom. Z panem Grzmielem, który pięknie opracował graficznie książkę. Duża praca i duża przyjemność. 
- Ile zorganizowała pani spotkań autorskich z twórcami?
- Kilkaset. Od Małgorzty Musierowicz i Wandy Chotomskiej do księdza Bonieckiego i Artura Andrusa. Ale chciałabym też wspomnieć coś niezwykle niezwykłego - mianowicie występ Teatru Starego z Krakowa w Żninie - pamięta go pan, bo też pan był na tym spektaklu. Oczywiście nie byłoby to możliwe, gdyby nie Tadeusz Malak - aktor tego teatru, który bardzo chętnie zawsze wracał do Żnina, swego rodzinnego miasta. Ale termin, termin. Nie ma terminów, nikt nie ma terminów. W końcu telefon, pada data, możemy przyjechać. Załatwiam nocleg. Okazuje się, że nigdzie nie ma. Jakaś impreza była w Żninie, już nie pamiętam jaka, ale wszystko wykupione. Mirek Walczak mówi: Martina pełna. Błagam go - nic się nie da zrobić. Tylko w Grodzie Piasta. No to niech będzie w Grodzie Piasta. Jadą. Błądzą po tych lasach. W końcu dojechali. Wszędzie ciemno, leje deszcz. Jerzy Nowak mówi: - Ja nie wysiadam tu w tej dziczy. Telefonują, że Nowak się uparł, muszę załatwić inny nocleg. Dzwonię do Mirka, do Huberta Kurczewskiego, a pani Kurczewska włącza się i mówi: - Zapraszamy do nas. Ja na to, ale pięć osób, to jest pięć osób. - Dom mamy duży, niech przyjeżdżają. Już chciałam dzwonić do nich, ale odezwał się Mirek, że w Grochowiskach ich przyjmą. Odetchnęłam. Po spektaklu zmęczonych artystów zawieźliśmy do pałacu, tam już właściciele na nich czekali, na stół wjechała naleweczka, zaczęły się opowieści…
 - Spektakl rzeczywiście pamiętam: „Ja jestem Żyd z Wesela”. Teatr Stary dał spektakl w Żninie. 
- To był rok 2009.
- Na koniec pytanie: czy w dobie, kiedy mamy na jedno kliknięcie wikipedię, a wiele książek dostępnych jest online, biblioteka jest jeszcze potrzebna?
- Ile lat istnieją biblioteki?
- Biblioteka Aleksandryjska… Trzeci wiek przed naszą erą?
- Najstarsza ze znanych to Biblioteka Aszurbanipala w Niniwie. Założona w VII wieku p.n.e. Więc śmiem twierdzić, że biblioteki przetrwają także internet. Książka jest książką. Opowiem panu taką historię. W ramach promocji czytelnictwa byłam w szkole. Miałam ze sobą płytę gramofonową, kasetę magnetofonową i płytę CD. I proszę, aby puścić tę płytę. Gramofonu nie mają. No to odtwórzmy taśmę. Ale trzeba mieć magnetofon. Z płyty CD też się nie dało skorzystać. Na koniec proszę: A tu jest książka, damy radę przeczytać?
- I na pewno dali radę! Dziękuję za te wszystkie wspomnienia i życzę wciąż ciekawych lektur!
- Nawzajem!

z Jadwigą Jelinekdyrektorką żnińskiej biblioteki w latach 1983-2019 
rozmawiał czytelnik, 
Dominik Księski

Reklama

Pałuki nr 1738 (23/2025)

 





Zobacz także:






Miejsce zdarzenia mapa Pałuki Żnin
Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 11/07/2025 09:37
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości