Mieszkaliśmy w obszernych salach, liczących od dwudziestu do trzydziestu osób. Korzystaliśmy w wielkiej wspólnej umywalni myjąc się w zimnej wodzie donoszonej z piwnic. Z uwagi na usytuowanie naszej szkoły na wzgórzu i małej wydajności miejskich wodociągów, ciepłej wody do mycia nie mieliśmy nigdy.
Ze względu na to, że latach 50-tych XX wieku w bydgoskim liceum pedagogicznym uczyła się młodzież z bardzo odległych miejscowości, spora część uczniów korzystała z internatu mieszczącego się w budynku szkolnym. Większość z nas otrzymywała stypendium, dzięki czemu częściowo odciążeni byli rodzice.
W bydgoskim internacie mieszkało zazwyczaj około 300 uczniów. Mieszkaliśmy w obszernych salach salach, liczących od dwudziestu do trzydziestu osób. Na trzecim piętrze pomieszczenia były chłodne ze względu na ogrzewanie piecowe. Korzystaliśmy w wielkiej wspólnej umywalni myjąc się w zimnej wodzie donoszonej z piwnic. Z uwagi na usytuowanie naszej szkoły na wzgórzu i małej wydajności miejskich wodociągów, ciepłej wody do mycia nie mieliśmy nigdy.
Były to bardzo trudne warunki - szczególnie dla dziewcząt, których mieszkała tu zdecydowana przewaga. Raz w tygodniu mogliśmy korzystać ze zbiorowej ciepłej kąpieli w piwnicach, gdzie ograniczano nam zużycie ciepłej wody.

W obszernych sypialniach posiadaliśmy własną pościel, różnorodną, więc każde łóżko wyglądało inaczej, stąd odczuwało się wrażenie braku estetyki.
Osobistą odzież przechowywaliśmy w szafach ściennych zamykanych na kłódki. Drzwi sypialni zamykane nie były na klucz, stąd na początku roku szkolnego notowano szereg kradzieży, za które srogo karano, nawet wydaleniem ze szkoły. Z czasem sytuacja się stabilizowała.
Nauka własna, nazywana “uczenia” miała miejsce na I piętrze w izbach lekcyjnych. Obowiązywał nas surowy regulamin, który określał nasze obowiązki. Praw prawie nie posiadaliśmy. Całe nasze życie odbywało się w rytm dzwonków.
Najgorszym do przyjęcia dla nas był fakt, że mogliśmy do domów rodzinnych wyjeżdżać tylko raz w miesiącu. Prowadzono w tym zakresie ścisły rejestr w “czarnej księdze”.
Dzień w internacie rozpoczynał się pobudką o godzinie 6.30. Do 7.15 trzeba było się umyć, posprzątać pościel oraz sypialnię i przygotować się do apelu porannego, który miał miejsce na parterze przed jadalnią. Tu spotykaliśmy się z dyżurującym wychowawcą lub kierownikiem i uzyskaliśmy wskazówki na cały dzień.
Po apelu, w jadalni spożywaliśmy serwowane śniadanie, przynoszone przez dyżurujących uczniów. Śniadania nie były obfite i raczej monotonne. W jadalni siedzieliśmy przy 10-osobowych stołach na ławkach bez oparć. Po śniadaniu wychowawcy sprawdzali stan naszych sypialń, wywracając źle zaścielone (według nich) łóżka. Wychowawcy kontrolowali nasze stoliki nocne i szafy. Nie mieliśmy prawa do jakiejkolwiek intymności.
Przed godziną 8:00 przechodziliśmy do szkoły na lekcje trwające zazwyczaj do godziny 13.30 lub 14.25.
W czasie dużej przerwy korzystaliśmy z drugiego śniadania, na które serwowano dużą suchą bułkę i kubek mleka. Mleka raczej nie piliśmy gdyż nie było smaczne, a z bułką wędrowaliśmy do sypialni aby posmarować czymś przywiezionym z domów. Był to zazwyczaj dżem, smalec, masło a w najgorszym wypadku musztarda lub cukier. Przyznać należy, że większość z nas pomagając sobie wzajemnie dzieliła się tym, co posiadała.
Po lekcjach korzystaliśmy z obiadu. W jadalni panował straszny hałas. Trudno się dziwić, gdyż równocześnie gromadziło się tu około 300 wygłodniałych osób. Obiady zazwyczaj były trzydaniowe, nieporcjowane, podawane w wazach i na półmiskach.
Podczas obiadu dyżurny wychowawca rozdawał korespondencję i paczki. Gdy nie mógł opanować hałasujących, przetrzymywał korespondencję do wieczora. Była to dotkliwa kara, szczególnie dla tych, którzy tęsknili za rodziną, a korespondencja była namiastką spotkania. Tęsknota za rodziną dokuczała bardzo.
Naczynia po obiedzie zmywali uczniowie klas młodszych. Była to ciężka praca, tym bardziej, że nie było bieżącej wody, a umyte naczynia należało ułożyć w szafkach położonych pół piętra niżej.
Wyżywienie w internacie nie było rewelacyjne. Szczególnie trudnym do przetrwania czasem była przerwa między obiadem i kolacją. Wtedy to korzystaliśmy z wystawionego do naszej dyspozycji kosza z resztkami chleba, który pozostał po śniadaniu. Kosz ten cieszył się szczególnym powodzeniem po wakacjach i feriach świątecznych, kiedy nie mogliśmy się przestawić na regularne żywienie internackie.
Po obiedzie mieliśmy czas wolny do. godziny 16.30. Gdy chcieliśmy swój czas wolny przedłużyć, musieliśmy podawać ważne argumenty, prosić o zwolnienie, a nie było to łatwe.
O godzinie 16.30 do uczelni wzywał nas kolejny dzwonek, a tuż po nim poszczególne klasy odwiedzał wychowawca, aby sprawdzić, pouczyć, zanotować w “czarnej księdze” i żądać wyjaśnień.
W czasie nauki własnej nikt nie opuszczał pomieszczenia. Nawet do toalet chodziło się tylko w czasie wyznaczonych przerw, sygnalizowanych przez wspomniane dzwonki.
O godzinie 21.15 kolejny dzwonek wzywał nas na apel wieczorny, na którym podsumowano dzień, nie szczędząc uwag i nagan. Po odśpiewaniu pieśni udawaliśmy się, by przygotować się na nocny odpoczynek. Gaszone o godzinie 22.00 światło sygnalizowało ciszę nocną.
Mieszkańcy internatu zobowiązani byli do ścisłego przestrzegania regulaminu ograniczającego nasze swobody, nawet w niedziele. Wprawdzie mogliśmy tego dnia nieco dłużej pospać, nie było apelu porannego, ale niestety nawet w godzinach przedpołudniowych obowiązywała nas nauka własna. W ten sposób ograniczono nam możliwości uczestniczenia w obrzędach kościelnych. Wiadomo, że zakazany owoc lepiej smakuje, więc my na swój sposób szukaliśmy rozwiązań rezygnując ze śniadania i wychodząc z budynku w sposób nielegalny. Nasi przełożeni nazywali nas “świętymi Agnieszkami” i proponowali zaprzestać tych pielgrzymek.

W niedzielę mieliśmy o godzinę dłuższy popołudniowy czas wolny. Aby jednak pójść do kina lub teatru, trzeba było uzyskać dodatkowe zwolnienie. Nie każdy wychowawca chętnie go udzielał. Najczęściej więc chodziliśmy na spacery. Latem spędzaliśmy czas w przyszkolnym parku, organizując różne zabawy ruchowe.
Można sobie wyobrazić, w jakich warunkach odbywała się nauka własna, gdy w jednym pomieszczeniu uczyło się kilkanaście a nawet 30 osób. Nie każdy potrafił się w tej rzeczywistości odnaleźć.
Generalnie stwierdzić można, że nie było w internacie odpowiednich warunków do nauki. Rozpraszaliśmy sobie uwagę wzajemnie. i choć wychowawcy kontrolowali nasze zachowanie, wpisywali uwagi do “czarnej księgi”, karali różnego rodzaju pracą, nie byli w stanie wyegzekwować idealnej ciszy. Wystarczyło, że co jakiś czas ktoś powiedział coś ciekawego i atmosfera nauki pryskała.
Zycie internackie stwarzało dobre warunki do odpisywania zadań, szczególnie z matematyki, która dla większości była czarną magią.
Życie w grupie uczyło kombinowania, działania zbiorowego nie tylko w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Jednostki musiały podporządkowywać się grupie, gdy postanowiła nie wstać rano na apel poranny, otworzyć okna w celu wyziębienia klasy i uniemożliwienia odbycia lekcji, gdy zamknięto salę i nie wpuszczono wychowawcy, odmówiono kąpieli zbiorowej przy konflikcie z woźnym itp.
Z czasem, po październiku 1956 roku, byliśmy traktowani w internacie bardziej ulgowo.
Z trzeciego piętra w klasie czwartej przeniesiono nas na drugie, do sypialni ogrzewanej kaloryferami, położonej obok umywalni. Jako starsi nie mieliśmy już dyżurów przy myciu naczyń. W czasie obiadu mogliśmy się posługiwać nożami, a wieczorami dłużej się uczyć ze względu na zbliżającą się maturę.
Z przywileju tego korzystaliśmy dwa lata, bowiem w styczniu 1957 roku okazało się, że naukę w szkole nieoczekiwanie przedłużono nam o rok i matura czekała nas dopiero w maju 1958 r.
We wrześniu 1957 r. ponownie powędrowaliśmy na trzecie piętro, gdyż zgodnie z reformą kształcenia nauczycieli w budynku naszej szkoły utworzono Studium Nauczycielskie dla młodzieży po szkole średniej i lepsze miejsca zamieszkania trzeba było oddać studentom. Byli oni naszymi rówieśnikami, mieszkali obok nas i cieszyli się pełnymi swobodami. prowadzili szczególnie ożywione życie nocne, demonstrowali swoją niezależność. Nas nadal obowiązywał regulamin internacki. Po tamtych latach pozostał tylko wspomnień czar…
Teresa Śliwa-Lisiecka, ciąg dalszy nastąpi
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze