Przypadek sprawił, że Tadeusz Dobaczewski osiadł na stałe w Żninie. Trafił tu w roku 1951 obejmując kancelarię notarialną i pozostał do końca życia. Wrósł w to miasto tak bardzo, że stał się jego historią i legendą.

Tadeusz Dobaczewski przed redakcją "Gazety Biskupińskiej" we wrześniu 1996 roku fot. Maria Warda
Urodził się 24 marca 1918 roku w Wilnie. Ojciec Eugeniusz Dobaczewski był lekarzem wojskowym w stopniu pułkownika i senatorem Rzeczpospolitej Polskiej. Zginął w 1940 roku w nie wyjaśnionych okolicznościach. Jego jedyna siostra Hanna, która podczas wojny była łączniczką, została zamordowana przez Rosjan. Pan Tadeusz został wywieziony na roboty do Niemiec, a jego matka, pisarka Wanda Dobaczewska, której imieniem nazwana jest jedna z ulic Żnina, trafiła do obozu koncentracyjnego. Ocalili na szczęście życie.
Pan Tadeusz postanowił skończyć rozpoczęte na Uniwersytecie im. Stefana Batorego w Wilnie studia prawnicze. Wstąpił na Uniwersytet Warszawski, po czym trafił jako asystent na wydział prawa Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Jego żona Włodzimira z Korsaków studiowała biologię. Była to dobrze ułożona delikatna panna. Do Żnina sprowadzili się w dwójką dzieci – Eugeniuszem i Joanną. Później urodziły się następne. Pani Włodzimira początkowo pracowała, ale później zajęła się dziećmi. Zmarła młodo. Najmłodszy Adam miał zaledwie 10 lat.
Kiedy pan Tadeusz objął w 1951 roku kancelarię notarialną była ona prywatna. Jednak niedługo cieszył się młody rejent wolnym zawodem. Niebawem kancelarie upaństwowiono. Państwowa posada nie dawała zbyt wielkich korzyści majątkowych, ale w przeciwieństwie do innych zawodów prawniczych zapewniała spokój sumienia, chroniła przed systemem pozwalającym skazywać na długoletnie więzienia niewinnych ludzi. To był komfort dla człowieka miłującego prawo.
Tadeusz Dobaczewski szybko dał się poznać jako fachowiec wysokiej klasy. Podziw budziła jego fenomenalna pamięć. Akta sprawy, numery ksiąg wieczystych znał na pamięć. Prawdziwy żywy komputer tamtych lat. W środowisku notariuszy mówiło się o jego fachowości. Prezes Sądu Rejonowego w Żninie Wojciech Jarzembski wspomina, że kiedy pełnił obowiązki prezesa Sądu Wojewódzkiego, to w kręgach sędziów panowała opinia, że Dobaczewski to solidna szkoła. Wojciech Jarzembski mówi: - Przesłuchiwałem go w sprawie, w której trzeba było sięgnąć pamięcią do lat 50-tych. Zdumiewało mnie, że pamięta szczegóły z tamtych lat. Jego pamięć zaimponowała mi.
Prowadził kancelarię aż do emerytury i wtedy – jak na ironię – notariaty sprywatyzowano. Niespokojny duch nie pozwolił mu jednak przejść na spokojny chleb emeryta. Zatrudnił się w bydgoskiej firmie Polmas na stanowisku radcy prawnego. Pracował nieomal do końca życia, a nie była to praca z chęci zysku. Po prostu lubił pracować. Pieniądze się go nie trzymały, a mógł przecież być majętnym człowiekiem. Znał łacinę, niemiecki, francuski, angielski i rosyjski. Potrafił odczytać niemiecki gotyk. Wiedzę tę wykorzystywał do czytania książek w oryginałach.
Miał wiele pasji. Niejedna droga i dróżka na Pałukach została dotknięta jego stopami. Kiedyś pociąg do Inowrocławia, którym wracał spóźnił się i nasz bohater nie zdążył na ostatni autobus do Żnina. Nie poszedł do hotelu, nie szukał znajomych, którzy by go przenocowali. Poszedł pieszo. W Żninie był nad ranem. Chodził bardzo szybko. Dziś tylko jeden człowiek w naszym rejonie mówi, że chodzi nieomal tak szybko jak pan rejent, ale z Inowrocławia pewnie szedłby o wiele dłużej.
Namiętnie grywał w szachy. Jeszcze dwa tygodnie przed śmiercią [zmarł 7 kwietnia 1997 roku - przyp. mr] zagrał w Indywidualnych Mistrzostwach Okręgu Bydgoskiego w Szachach Aktywnych. Nieraz miał bardzo młodego przeciwnika, lecz nie przeszkadzało mu to. W towarzystwie ludzi młodych czuł się lepiej.
Nie był wolny od wad, których wcale nie ukrywał, a przez to niektórym małym ludziom wydawało się, że mają równego sobie. Nie zważał na to, miał swoje zasady. Był głęboko wierzącym i wielkim patriotą. Spotkaliśmy się nieraz podczas kampanii prezydenckiej. Ubolewał, bardzo ubolewał nad ostatecznym wynikiem.
Miał wiele odznaczeń. Błyszczy wśród nich Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski – Polonia Restituta. Nie przywiązywał do nich wielkiej wagi, bo najważniejsze było życie. Czas dany na krótko. Nie zmarnowany.
Maria Warda, Pałuki nr 273 (20/1997)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze