Na krótko przed śmiercią Zbigniew Skorwider opowiedział mi o losach jeńców angielskich w Żninie i o pomocy, jaką zorganizowali żninianie, aby ulżyć żołnierzom w niewoli. O losach jeńców pamięta już coraz mniej ludzi. Jednak ci, z którymi rozmawiałem, potwierdzili to, że dzięki ich pracy mamy w Żninie popularne planty.
Moi trzej rozmówcy byli w latach 40. kilkunastoletnimi młodzieńcami. Każdy z nich zapamiętał coś innego. Różnią się daty i liczby jeńców. Jednak niezmienne pozostaje jedno. Oni na pewno tu byli.
Kazimierz Marciniak był synem ogrodnika. Mieszkał wraz z rodziną w tym samym miejscu, w którym mieszka dziś, przy ul. Dworcowej. Musimy pamiętać, że w czasie II wojny światowej nie było tej ulicy, cały teren porastały trawy i trzciny, a gospodarstwo ogrodnicze było jedyną oznaką cywilizacji w tym rejonie Żnina.
- Na pewno do końca 1939 roku ojciec był na swoim gospodarstwie. Później gospodarstwo zabrało państwo niemieckie. My tutaj mieszkaliśmy nadal, ale ogrodnictwem zarządzali Niemcy - wspomina Kazimierz Marciniak.
Okupanci postanowili zmienić wygląd miasta. Zaczęli od rynku. Zburzyli dwie kamienice. Jedną w południowo-wschodniej części rynku (naprzeciwko sądu), a drugą w północno-zachodniej (obok dzisiejszej PSS). Zaczęli przebudowywać płytę rynku.
- Według ich założeń Żnin miał być miastem wypoczynkowo-uzdrowiskowym. Stwierdzili, że w Żninie jest mało zieleni i mało parków. Wyburzenie domów miało służyć dużej perspektywie. Wzdłuż Gąsawki zaplanowali planty i to samo w dzisiejszych plantach za ul. Szpitalną. Tam wtedy były ogródki mieszkańców z ul. Szpitalnej, tak zwane kapustniki, bo uprawiali tam warzywa, w większości kapustę. A tu, gdzie dziś jest stacja benzynowa, było targowisko, na którym handlowano bydłem - opowiada Kazimierz Marciniak.
WYSOCY, RUDAWI
Do prac związanych z urządzaniem plant i terenów zieleni sprowadzono jeńców brytyjskich. Kiedy dokładnie i skąd, tego Kazimierz Marciniak nie był w stanie powiedzieć. Prawdopodobnie do Żnina przyjechali pod koniec 1940 roku, a wyjechali najpóźniej jesienią 1941 roku. Byli to żołnierze, którzy - jak przypuszcza nasz rozmówca - dostali się do niewoli w czasie wojny francusko-niemieckiej w 1940 roku. Jeńcami byli żołnierze piechoty. Nie było wśród nich lotników. Zostali zakwaterowani na terenie cukrowni. Nasz rozmówca szacuje, że przywieziono ich w sile kompanii, a więc około 80-120 osób. Przeważali szeregowi, a najwyższy stopień to sierżant.
- Byli wysocy, rudawi. Zresztą przeważały wśród nich osoby o rudych włosach. Ubrani byli w angielskie mundury wojskowe. Mieli krótkie płaszcze. W czasie zimy marzli strasznie. W Anglii takich mrozów przecież nie ma. A najbardziej męczyli się ci, którzy pochodzili z Australii. Chodzili w drewnianych chodakach, bo w trzewikach nie mogli wytrzymać - mówi Kazimierz Marciniak. - Polacy, którzy tu byli, a mieli pojazdy konne, byli zobowiązani do szarwarku. Musieli stawić się z wozem na wezwanie. Ten gruz, który oni rozbijali, to ja woziłem wozem na ganki w plantach. Tam jest pół metra gruzu. Anglicy ten gruz ładowali na mój wóz i go później rozładowywali. Nad przebiegiem prac czuwał niemiecki przedstawiciel firmy z Berlina, która zajmowała się zielenią i zakładaniem ogrodów.
HITLER KAPUT
Kazimierz Marciniak powiedział, że najtrudniejszym okresem dla jeńców była zima z 1940 na 1941 rok. Temperatura spadała wtedy nawet do minus trzydziestu stopni Celsjusza. W trakcie prac nad Gąsawką jeńców pilnowało kilku wachmanów. Jeńcy pracowali w grupach, tak więc liczba strażników wahała się od czterech do sześciu. Kiedy prace przebiegały w okolicach gospodarstwa państwa Marciniaków, jeden wachman wraz z dziesięcioma jeńcami przychodził się ogrzać.
- Byli różni ci wachmani. Jeden z nich był paskudny. Rudy był, wyzywał i od razu chciał strzelać. Inni przymykali oko. Jeden kiedyś przyszedł i powiedział, żeby ojciec wziął sanki, bo węgiel mu schował w śniegu. Zresztą oni też marzli. Jeden wachman brał dziesięciu i przychodzili do nas, żeby się ogrzać. Ojciec miał szklarnie i tam kazał im wejść i się ogrzać. Wachman siedział w domu z ojcem i rozmawiali. Matka w tym czasie dawała Anglikom bułki ze smalcem. Byli optymistami. Zawsze powtarzali: - „One, two, three month Hitler kaput”. Nie przejmowali się wszystkim. Weseli byli. Odgrywali zawsze scenkę, w której jeden udawał, że pompuje, a drugi był pochylony, powoli wstawał i unosił rękę. Gdy pierwszy przestawał pompować, to drugi udawał, że schodzi z niego powietrze [tu Kazimierz Marciniak demonstruje jak to wyglądało - przyp. rk]. Zaopatrywani byli przez Czerwony Krzyż, ale brakowało im papierosów. Mieli za to dużo herbaty. Jedną 250-gramową paczkę wymieniali na dwie paczki tytoniu. Ojciec poznał jednego z nich bliżej, bo też zajmował się ogrodnictwem, pracował w parkach i ogrodach. Nazywał się MacMillan i pochodził z Coventry. Ojciec pisał do niego po wojnie, ale nie wiem, czy była dalsza korespondencja - powiedział ogrodnik.
PODNOSILI NA DUCHU
W pamięci żninianina pozostał jeden epizod z udziałem angielskich jeńców. Szedł ulicą naprzeciw kina. Wtedy jeńcy wracali z pracy. Szli w kolumnie marszowej ustawionej w czwórki. Na czele maszerowali sierżanci.
- Wracając nie śpiewali, tylko gwizdali jakąś melodię. Naprzeciwko nich jechał starosta niemiecki landrat Banse, nieduży, gruby. Chodził ze szpicrutą. Usłyszał, że gwiżdżą. Kazał zatrzymać kierowcy samochód, a wachmanom kolumnę jeńców. Wyskoczył z samochodu z tym pejczem i zaczął wrzeszczeć na tych Anglików. Ryczał strasznie, wyzywał ich od najgorszych. Ja schowałem się w jakiejś wnęce i to wszystko obserwowałem. Miałem strach. A oni stanęli jak mur. Nikt się nie odzywał. Patrzyli w górę i zachowywali się tak, jakby ten starosta dla nich nie istniał. A on nie uderzył żadnego z nich. Naryczał, poszedł do samochodu i odjechał. A jeńcy poszli w drugą stronę. Po kilku minutach znowu zaczęli gwizdać. Nas takie zachowanie podnosiło na duchu. Oni sobie z tego Niemca nic nie robili, bo wiedzieli, że nic im nie może zrobić. My byliśmy strasznie zastraszeni. Jak się nie ukłoniło policjantowi, to człowiek takie lanie dostał, że tydzień wstać nie mógł - relacjonuje Kazimierz Marciniak.
UŚCISKI I POCAŁUNKI
Pobyt jeńców angielskich w Żninie zapamiętał również profesor Kazimierz Piwkowski. Na początku wojny ukrywał się przed Niemcami w okolicznych wsiach. Później udało mu się, za pośrednictwem i z pomocą ojca, uzyskać pracę w żnińskiej drukarni, którą okupanci przejęli po Alfredzie Krzyckim. Pracę w zecerni rozpoczął około 1941 roku. Kazimierz Piwkowski ocenia, że jeńcy angielscy przebywali w Żninie około 1943 roku i byli przez rok.
- Jeńcy byli pilnowani przez wachmanów. Nie mogli się z nami porozumiewać. Zmuszeni zostali do pracy przymusowej. Zakładali planty nad Gąsawką od Małego do Dużego Jeziora. Na lewym brzegu domy zostały zburzone, a z gruzu układali chodniki. Na ubitą ziemię układali czerwoną cegłę. Ładnie to kontrastowało z zielenią. Sadzili drzewka, stawiali ławki. Zdarzyło się, że jakaś żninianka miała kontakty z jednym z nich, czy nawet się zakochała. Niemcy zauważyli może uściski lub pocałunki i wysłali ją do obozu - mówił Kazimierz Piwkowski.
Kontakt z jeńcami miał także Zbigniew Skorwider. Jego matka sprzedawała w sklepie przy ówczesnej ulicy Kościelnej, a dziś 700-lecia. - Byliśmy z nimi bardzo zaprzyjaźnieni - powiedział Zbigniew Skorwider. - Moja mama pracowała w sklepie. Oni przychodzili po zaopatrzenie. Zawsze przychodził z nimi wachman jakiś. A ci wachmani to byli takie tam stare obiboki. Gorzej było jak przychodził jakiś młody inwalida wojenny, jakiś hitlerowiec, a jak ci starszej generacji, to ci mieli wszystko w d... Z nimi szło się dogadać. Matka ich zawsze na obiad poprosiła i siedzieli Anglik z Niemcem, bo myśmy za sklepem mieli mieszkanie. Później to już mieli dobrze, bo zaczął się interesować nimi Czerwony Krzyż i było odwrotnie. Potem to nam pomagali. Dostawali paczki Międzynarodowego Czerwonego Krzyża i nam podrzucali.
BUŁKI Z MASŁEM
Zbigniew Skorwider ujawnił historię związaną z organizowaniem pomocy dla jeńców brytyjskich. - W czasie wojny Anglicy pobudowali nam te piękne planty. Robili to Anglicy, ale na podstawie planów zieleniarzy niemieckich. To trzeba obiektywnie powiedzieć. Anglicy zajmowali jeden ze spichrzów cukrowni. Jak wychodzili rano do pracy, to sobie z Niemców igrali. Jak przyszli, to mieli zdarte buty. Później postarali się o drewno i zrobili sobie takie holendry i pan sobie wyobrazi, jak na tej kostce granitowej te 300 nóg w tych drewniakach szło, to jak wychodzili z cukrowni, to na drugim końcu Żnina się ich słyszało. Myśmy odegrali wielką rolę. Ja ze swoim zastępem harcerskim przez trzy, cztery miesiące - opowiadał Zbigniew Skorwider. - Jak wchodzili Niemcy, to byli ci, co nie zdążyli z Francji uciec i kilku lotników, co strąconych było. I wie pan, Niemcy ich traktowali paskudnie z początku. Dlatego, że Anglicy nie mieli niemieckich niewolników. Nie mieli co palić. Wpierw staraliśmy im się o tytoń i robiliśmy im papierosy. A potem żarcie. Pan sobie wyobraża przez parę miesięcy przygotowywać 300 bułek dziennie? Lewe masło, lewe sery. I te babki, które to przygotowywały. Pod mostem zostawialiśmy. Pan Woźniak piekarz, który prowadził swoją piekarnię do czasu przejęcia przez inwalidę niemieckiego, i tak się złożyło, że wypiekał 300 bułek dodatkowo dziennie. I to robili jeszcze takie większe bułki. A że mama prowadziła sklep, to jak przywozili zaopatrzenie dla sklepu, to od razu brała większą ilość tego. To samo było w mleczarni. Kierownik wiedział tyle i tyle masła, tyle i tyle kostek sera, to te bułki nie były smarowane. One było okładane masłem i serem. A robota mojego zastępu harcerskiego polegała na zaopatrzeniu ich tam, gdzie oni przechowują narzędzia i tam gdzie rozpoczynają robotę. No więc, jak przychodzili, to już mieli przygotowane w workach jedzenie. To się udawało przez parę miesięcy. Ale żeśmy też wpadli na tym. Złapali nawet moją mamę, ale się jakoś wychrapała z tego wszystkiego. Jedną panią Bronię, ona też była harcerką i krawcową. Najbardziej aktywna była Marysia Kasperkowiakowa. Dusza towarzystwa. Żeby przygotować 300 bułek, to trzeba było szybko to zrobić. A musieliśmy to jeszcze poroznosić. Najbardziej podziwiałem kierownika mleczarni, nie wiem jak się nazywał, bo nazwiska nam były wtedy niepotrzebne. Nam było potrzebne mleko i ser. I nie mogę zapomnieć pana Woźniaka z piekarni.
ZNISZCZONE FOTOGRAFIE
Zbigniew Skorwider zdradził nam, że w trakcie okupacji zrobił sporo zdjęć. Fotografował również jeńców angielskich, ale żadna z fotografii się nie zachowała.
- Uciekło pięciu, czy sześciu Anglików. Ja byłem bardzo odważny i robiłem zdjęcia im przy pracy i robiłem ich bardzo dużo. Jak ich było 300. Czasami, to dwie, trzy noce wywoływałem. Było wszystko w porządku dopóki nie złapali tych co uciekli. Lotnicy mieli obowiązek uciekać. Ich złapali i nadziali się na te zdjęcia. No i teraz kto robił te zdjęcia? A te zdjęcia przy kościele były robione. Akurat rozbierali płot. Przy kościele był stary dziadowski płot murowany. Pamiętam, jak stali na tych płotach. Gestapo się tymi zdjęciami zainteresowało. Ślad padł na mnie. Zrobili rewizję u nas w domu. Ale mój ojciec był tak przezorny, tak ostrożny, zniszczył mi wszystkie negatywy, tak że nie znaleźli. Ja o tym nie wiedziałem. Jednak przewracając rzeczy znaleźli zdjęcia, które robiłem jak wysiedlali Polaków. I Niemcy napatoczyli się na te zdjęcia. Mnie zamknęli. Trzy dni siedziałem w Inowrocławiu. Z tym, że nie przyznałem się, ale ktoś podpędzlował, że ja chodziłem do Błochowiaka. Ja mu dużo pomagałem i dużo się nauczyłem od tego fotografa. Ojca tego co teraz ma zakład. Zrobili rewizję u Błochowiaka. I oni też się do niczego nie przyznali. A on pożyczał mi kopiarki na noc i to robiłem. Mnie uratowało to, że miesiąc czy dwa miesiące wcześniej w Ostrówcach uratowałam topiącego się Niemca. Wyciągnąłem go i razem z Władkiem Marczyńskim robiliśmy mu sztuczne oddychanie. Był rynek hitlerowca, który miał zakład fryzjerski na rynku. Po Jasiu Jurkiewiczu, którego wywłaszczyli, a ten nowy to strzygł tylko Niemców. Miał ładną żonę i śliczną córkę. Jak się zjeżdżali gestapowcy, to u nich mieli bibę. I ta żona miała wpływ na gestapowców. I powiedziała mojej matce, że pomogła synowi wygrzebać się z tego wszystkiego. Ale powiedziała, że nie wrócę do domu, tylko, że wywiozą mnie na roboty. Mama jeszcze prosiła, żeby nie, ale nic to nie pomogło. I wywieźli mnie.
Tak się skończyło ze zdjęciami - relacjonował Zbigniew Skorwider.
NIEUDANA UCIECZKA
Kazimierz Marciniak wątpi, czy w tym czasie mogła być organizowana pomoc dla jeńców na dużą skalę. Po pierwsze dlatego, że w początkowym okresie wojny nie było problemów z aprowizacją, a w sklepach towaru było sporo. Kartki na żywność zaczęły się w 1942 roku. Pamięta, że bez problemu można było kupować w sklepie. Ponadto jeńcy otrzymywali paczki żywnościowe, jedzenia mieli sporo i to oni pomagali Polakom. A po trzecie, za kontakty z Anglikami Polacy byli surowo karani. Doświadczył tego nawet Tadeusz Małachowski, który z bratem Kazimierza Marciniaka Teodorem próbowali zostawić żywność.
- Mój brat z Tadeuszem latali gdzieś w okolicy ul. Spokojnej. Jedna z mieszkanek ich zauważyła i dała im paczkę z jedzeniem, żeby tym Anglikom zanieśli. Jak pracowali przy Gąsawce, to obok nich stały taczki. Oni mieli tę paczkę do jednej z tych taczek włożyć. Myślała, że oni cierpią głód. Zauważył to ten rudy, paskudny wachman. Wzięli ją na posterunek. Siedziała w więzieniu i to dość długo. Może nawet rok. Za takie coś tylko - relacjonuje Kazimierz Marciniak. - Nie wolno było z nimi rozmawiać. Żadnych kontaktów. Im też nie wolno było rozmawiać z nami. Wszelkie kontakty odbywały się przez wachmanów. Ale nie ze wszystkimi było tak źle. Najważniejsze dla nich było to, aby nie uciekli. Chociaż pamiętam jedną. Ale co to była za ucieczka. Szli sobie szosą i Niemcy ich zaraz złapali.
Po zakończeniu prac w plantach jeńcy zostali wywiezieni.
SPOTKANIE POD LEEDS
Ciekawą historię opowiedział prof. Kazimierz Piwkowski, który po wojnie spotkał jednego z jeńców, który w czasie wojny pracował w Żninie.
- Po wojnie znalazłem się w Warszawie. Po studiach pracowałem w Filharmonii Narodowej. W tym czasie z filharmonią odbywaliśmy wiele tournée. Na przełomie lat 50. i 60. byliśmy z bratem w Anglii. Jechaliśmy autobusem z Londynu do Leeds. Niedaleko Leeds w małym miasteczku mieliśmy postój i zatrzymaliśmy się na obiad. Kelner, który nas obsługiwał, zapytał nas skąd jesteśmy. Odpowiedzieliśmy, że z Polski, na to on przyznał, że był w Polsce jako jeniec wojenny. Zapytaliśmy, gdzie to było, a on mówi, że w Żninie. Na to ja z bratem odpowiedziałem, że jesteśmy ze Żnina. Kelner zdumiał się, a później opowiadał, jaką żninianie otaczali jeńców serdecznością, jak obdarowywali ich artykułami żywnościowymi i papierosami. Z tej wdzięczności kelner przyniósł najwspanialsze wino - mówił Kazimierz Piwkowski. - Musieliśmy jechać dalej i niestety nie dowiedzieliśmy się, jak ów kelner się nazywał.
MAŁY ZAKICHANY POLSKI GRANIT
Jednak tuż przed śmiercią Zbigniew Skorwider pozostawił jakby coś na kształt testamentu, jaki przyjdzie dzisiejszym żninianom zrealizować.
- Sprzedać ten temat ambasadzie. Jakby to było mile przyjęte. Taki kamień w jakiś sposób nawiązałby kontakt. Wcale nie musiałoby być to drogie, a ile wydźwięku byłoby z tego. Rosiak to kupił, ale on wtenczas był bez przebicia. Jak został burmistrzem, to myśmy to mieli w planach. Ten angielski temat, to jest wyjątkowy. I tragiczny - rozmarzył się były naczelnik Żnina. O Anglikach nikt nic nie wie. Mówiłem poprzednim burmistrzom. Ech, [tu Zbigniew Skorwider machnął ręką - przyp. rk], o nich można byłoby zrobić piękną polityczną robotę i nawiązać kontakt z ambasadą angielską. Mały zakichany polski granit. Taki jak ten mój, o tutaj. Tylko w większej skali z napisem, że w roku tym i tym budowali to niewolnicy angielscy.
Remigiusz Konieczka
Pałuki nr 869 (41/2008)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze