Zbigniew Skorwider urodził się w Poznaniu w 1927 r. w rodzinie drukarzy. Jego rodzina w latach 30. przeprowadziła się do Żnina - ojciec i brat byli specjalistami od druku offsetowego w drukarni Krzyckiego. W czasie wojny wywieziony do Niemiec. Po ukończeniu gimnazjum handlowego w 1948 r. prowadził księgarnię Nauczycielskiej Spółdzielni Ogniwo (przy 700-lecia, tam gdzie znajduje się i dziś). Po upaństwowieniu spółdzielni księgarskich w grudniu 1949 r. nadal kierował księgarnią do 1962 r., kiedy został wybrany przewodniczącym Rady Narodowej w Żninie (odpowiednik dzisiejszego burmistrza). Od 1966 r. mieszka w Ciechocinku, w latach 70. był przewodniczącym Miejskiej Rady Narodowej w Ciechocinku, obecnie prezes Towarzystwa Przyjaciół Ciechocinka.
Dominik Księski: - Zanim został pan przewodniczącym Miejskiej Rady Narodowej był pan radnym. Jak się zostawało za pana czasów radnym?
Zbigniew Skorwider: - By po 56 latach odpowiedzieć na to pytanie musimy spojrzeć na realia i podzielić na etapy okres, w którym zostawało się radnym. Miasto jest organizmem żywym, wciąż zmieniającym się, symbolizującym wysiłki, dążenia i pragnienia jego mieszkańców. W chwilach przełomowych i tragicznych miasta cierpią, w chwilach radości - miasta przeżywają bohaterskie wzloty. I tu - może w kilku słowach - o wielkiej euforii, jaką przeżyli mieszkańcy Żnina w piękny słoneczny i bardzo mroźny (około trzydziestostopniowy) poniedziałkowy poranek 22 stycznia 1945 r. Na widok niezliczonej ilości czołgów, obłożonych beczkami z paliwem i zmarzniętymi, skulonymi żołnierzami, polały się łzy radości. Wróciła pamięć doznanych w czasie pięciu lat okupacji upokorzeń i krzywd. Obraz tamtych dni, w których w błyskawicznym tempie utworzono aparat administracyjny powiatu i miasta, uczestnikom ówczesnych wydarzeń towarzyszyć będzie do końca ich drogi życiowej.
We wtorek 23 stycznia, w godzinach rannych, rozwieszono pierwsze od wielu lat afisze w języku polskim, informujące o utworzeniu tymczasowych władz powiatowych i miejskich. Pierwszym starostą i tym, który podpisał obwieszczenie był Franciszek Ebel. Obowiązki przejęcia władzy i obsadzenie kluczowych stanowisk, z chwilą wkroczenia wojsk sowieckich, powierzyło Franciszkowi Eblowi ówczesne kierownictwo Polskiego Państwa Podziemnego. W szybkim tempie, bo prawie w pierwszym dniu, wytyczono odpowiedzialne zadania w aparacie administracyjnym. Funkcję burmistrza powierzono Janowi Teodorczykowi. Wydano zarządzenia, instrukcje i polecenia dla wszystkich służb i zakładów pracy nakazujące natychmiastowe przystąpienie do ich rozruchu. Wydano rozporządzenia i odezwy do mieszkańców i osób odpowiedzialnych za prowadzenie działalności handlowej. Powołano Straż Obywatelską. Jej członkowie przeszli krótkie przeszkolenie, otrzymali broń i złożyli ślubowanie na ręce Starosty i towarzyszących osób z samorządu powiatu i miasta.

Zbigniew Skorwider urodził się w Poznaniu w 1927 r. w rodzinie drukarzy. Jego rodzina w latach 30. przeprowadziła się do Żnina - ojciec i brat byli specjalistami od druku offsetowego w drukarni Krzyckiego. W czasie wojny wywieziony do Niemiec. Po ukończeniu gimnazjum handlowego w 1948 r. prowadził księgarnię Nauczycielskiej Spółdzielni Ogniwo (przy 700-lecia, tam gdzie znajduje się i dziś). Po upaństwowieniu spółdzielni księgarskich w grudniu 1949 r. nadal kierował księgarnią do 1962 r., kiedy został wybrany przewodniczącym Rady Narodowej w Żninie (odpowiednik dzisiejszego burmistrza). Od 1966 r. mieszka w Ciechocinku, w latach 70. był przewodniczącym Miejskiej Rady Narodowej w Ciechocinku, obecnie prezes Towarzystwa Przyjaciół Ciechocinka. Na fotografii w swoim gabinecie w latach 60.
Straż Obywatelska działała krótko, bo od 23 do 30 stycznia. 30 stycznia rozpoczęła urzędowanie Wojenna Komenda Miasta i Powiatu Żnińskiego. Po uzgodnieniach z Komendantem Starosta wyraził zgodę na przemianowanie Straży Obywatelskiej na Milicję Obywatelską. Tu muszę dodać, że dzięki działaniu tych służb udało się opanować sytuację i od pierwszych dni zabezpieczyć cały pozostawiony przez okupanta majątek. Pełne magazyny cukru (akurat skończyła się kampania), mąki i kaszy w młynie, sklepy oraz mieszkanie opuszczone przez Niemców, a należące przed wysiedleniem do Generalnej Gubernii do polskich rodzin. Dzięki mądrej strategii i szybkiemu działaniu udało się uratować ogromne zasoby, a także umożliwić w około 80% powrót wysiedlonym rodakom do swych mieszkań i domów. Sprężysta, pełna inicjatyw i troski o przejęty majątek działalność tych pierwszych organów wykonawczych wpłynęła w ogromnym stopniu na sytuację w mieście. Pod koniec lutego rozpoczął się powrót wysiedlonych, wywiezionych na roboty oraz przebywających w niewoli i w obozach koncentracyjnych mieszkańców. Nastąpiło reaktywowanie organizacji społecznych i partii politycznych. Jak mnie pamięć nie zawodzi, to najliczniejszą partią było PSL, potem PPS i SD. Z dużym opóźnieniem tworzono PPR, ponieważ w okresie międzywojennym nie istniała tu komórka KPP. W ostatnich dniach lutego z inicjatywy kilku działaczy robotniczych, byli to przeważnie działacze związków zawodowych i PPS, takich jak: Tadeusz Strąk, Józef Sznajder, Stefan Murawa, Jerzy Erdman, Albert Łabaz, Roch Kowalski i Władysław Kaszewski powstaje PPR. Byli to całkiem rozsądni ludzie, o dużej kulturze osobistej, tolerancji i bogatym doświadczeniu życiowym.
- Więc jak się zostawało radnym za pana czasów?
Pierwsze oficjalne wybory odbyły się pod koniec marca 1945 r. na polecenie pełnomocnika Rządu RP przy udziale wszystkich chętnych, uprawnionych do głosowania, którzy stawili się na boisku gimnazjum. W demokratyczny sposób wybrano dziesięć osób. W tym samym dniu w sali posiedzeń Zarządu Miasta dokonano wyboru spośród dziesięciu radnych przewodniczącego i członków Zarządu. W posiedzeniu tym uczestniczyli pełniący obowiązki burmistrza Jan Teodorczyk oraz pełniący obowiązki starosty powiatowego Franciszek Ebel i delegat starostwa P. Nowicki. Przewodniczącym w tajnym głosowaniu został Józef Sznajder, który złożył na ręce Starosty ślubowanie. Pierwszym wybranym w publicznych wyborach burmistrzem został członek rady Józef Kruzel. Następne wybory odbywały się już zgodnie z ordynacją wyborczą. Każda partia starała się wprowadzić jak najbardziej zaangażowane osoby, cieszące się dużym autorytetem w środowisku. Swoich ludzi typowały też związki z zawodowe i organizacje młodzieżowe.
- Kto pana zaproponował?
Trudno mi dzisiaj powiedzieć. Nie byłem związany z żadną partią. Przypominam sobie, iż był taki społeczny twór o nazwie Front Narodowy, ustanowiony przez władze i typujący kandydatów, protoplasta późniejszego Frontu Jedności Narodu. Mogła mnie też typować Powiatowa Rada Związków Zawodowych lub organizacja młodzieżowa. Zaproponowali, wysunęli, zgodziłem się i zostałem wybrany.
- Dlaczego pan się zgodził kandydować?
Wzorce działania, pracy dla kraju wpoili mi nasi nauczyciele. To bardzo ważne. W Żninie przed wojną i po wojnie mieliśmy wybitnych pedagogów. To oni potrafili przekazać nam miłość do Ojczyzny, uczyli nas patriotyzmu, tolerancji, szacunku do ludzi, przywiązania do ziemi, a nie do systemu.
- O kim pan myśli?
Mógłbym przedstawić długą listę tych, którym należy się wdzięczność i szacunek, a niektórym nazwa ulicy czy tablica pamiątkowa. Wszystko za właściwe i konsekwentne kształtowanie charakterów mojego pokolenia. Należą do nich: Henryk Golec - kierownik Szkoły Powszechnej nr 1, państwo Łaskawscy, pani Chlipalska, pani Średnicka, Walter Błaszkowski i żyjący jeszcze pan Stanisław Bosiacki, kierownik Szkoły Powszechnej nr 2, Zenon Suchański i jego żona, w liceum: małżeństwo Piotrowiczów, pani Poniatowska, Stanisław Synak i wielu innych, m. in. ks. Zientarski. To byli pedagodzy przez duże P. Oni potrafili wpoić mi i moim rówieśnikom etos pracy dla społeczeństwa i kraju.
Panie Redaktorze - radni tamtejszego stalinowskiego okresu to byli normalni ludzie, logicznie myślący, wybrani przez mieszkańców, którzy darzyli ich pełnym zaufaniem. Do 1950 r. nic specjalnie nie wskazywało na ukrócenie swobód i późniejszą sowietyzację naszej gospodarki. W tym okresie tak szkoły jak i harcerze - chodziliśmy w kolumnie czwórkami lub trójkami na rekolekcje do kościoła. Co tydzień transmitowano w radiu mszę św. z kościoła garnizonowego w Łodzi, gdzie organistą był porucznik rodem ze Żnina. Bito monety i drukowano banknoty z napisem Rzeczpospolita Polska. Działały organizacje społeczne i zgodnie wszystkie partie polityczne poza narodowcami - partią, która przed wojną była w Żninie bardzo silna. Cała władza i szefowie partii z PPR i PPS uczestniczyli we wszystkich uroczystościach kościelnych i patriotycznych. Obchodziliśmy bardzo uroczyście wszystkie święta narodowe i kościelne. Wielką rolę inspirującą, wszystkie poczynania o charakterze patriotycznym, wzięło na siebie PSL, kierowane przez Henryka Golca. Przy końcu lat czterdziestych dało się zauważyć w tym ugrupowaniu działania zakonspirowane, zwłaszcza w okresie wyborów czy referendum.
- Jak to zakonspirował?
Partia ta miała duże trudności z drukiem materiałów propagandowych, z przydziałem papieru i rozprowadzaniem całości. Pomagali w tym nie zrzeszeni sympatycy PSL i harcerze, tworząc tym samym struktury do działań, o których się głośno nie mówiło.
- Jak wyglądała praca samorządu w Żninie w czasach stalinowskich.
Mieliśmy bardzo mądrych ludzi. Dobrych przedwojennych urzędników.
- O kim pan myśli?
O tych, którzy w tych trudnych powojennych, zagmatwanych politycznie warunkach podjęli się służyć ojczyźnie i środowisku. To panowie: Małachowski, Rybczyński, Edmund Marosz, Franciszek Ebel, Nowicki, Juchacz, Franciszek Woźniak, Wawrzyniak, Jan Księski, Antkowiak, Broniewski. Ten ostatni powiedział mi kiedyś, że jestem dwudziestym piątym burmistrzem, z którym pracuje (Niemców też liczył). Tych urzędników nie było kim zastąpić. Oni nadawali ton. Nie było wtedy gwałtownego zastępowania fachowców niefachowcami z politycznego nadania, jak to się dziś często zdarza. Knut zaczął się od 1950 roku. I to trwało do 1955. Upaństwowiono wszystkie księgarnie, apteki, hurtownie, niszczono prywatny handel. Doprowadzono do zawieszenia działalności niektórych organizacji społecznych, w tym ZHP oraz Związku Inwalidów Wojennych RP. Ten okres zastraszania trwał dość długo. Czuło się go na każdym kroku. Ktoś w szkole domalował orłu koronę - śledztwo, wzywanie na UB, rozrabianie, straszenie. W tym najtrudniejszym okresie samorząd ujawnił swoją mądrość taktem, umiarem oraz zwartą jednomyślnością w podejmowaniu decyzji i uchwał najkorzystniejszych dla miasta i jego mieszkańców. Dwa lata po śmierci Stalina nastąpiła większa swoboda.

Zbigniew Skorwider obecnie
- Na czym polegała różnica?
W latach 50-55 najważniejszą osobą w Żninie był szef UB, potem jego żona, dopiero następni to sekretarze partii. W późniejszym okresie najważniejsi byli sekretarze. Odczuliśmy też mniejsze ingerowanie we wszelkiego rodzaju działalność ze strony aparatu partyjnego. W tych czasach Żnin miał szczęście do działaczy kultury z prawdziwego zdarzenia. Dwoili się i troili, impreza goniła imprezę. Janusz Lewicki, Marian Markiewicz, bracia Chrzanowscy, Elżbieta Hernet-Żurawska, Gabriela Kolasińska-Gulcz, Janusz Księski - to główne postacie promujące kulturę. Wiele imprez kulturalnych swymi ramami przekraczało możliwości Żnina.
- Na przykład?
Organizacja wojewódzkich festiwali, dużych imprez plenerowych (żywe szachy), festyny folklorystyczne, wystawianie wodewili, operetek i sztuk teatralnych. Organizowano wystawy, wielkie widowiska i zawody sportowe, powołano PTTK, Żnińskie Towarzystwo Kulturalne oraz Koło Polskiego związku Filatelistów.To były oddolne inicjatywy.
- Po co to robiliście?
Pokolenie tamtych lat potrzebowało powietrza i przestrzeni tak, jak w słowach hymnu Sokolstwa Polskiego.
- Myśleliście, że to tak będzie wiecznie, czy liczyliście na to, że się kiedyś skończy?
Marzeniem naszym i świętym obowiązkiem było osiągnięcie samodzielnego bytu i niezależności politycznej dla naszej ojczyzny.
- Jak wyglądała kontrola, jaką partia sprawowała nad działaniami społecznymi?
W najtrudniejszym okresie realnego socjalizmu wszystkie inicjatywy i poczynania wymagały uzgodnień z sekretarzami propagandy. Byliśmy zobowiązani dostarczyć programy i scenariusze organizowanych imprez czy uroczystości. Poza tym trzeba było uzyskać akces z Urzędu Kontroli Prasy i Widowisk.
- Czyli na co?
Występy, wystawy, odczyty, imprezy sportowe i turystyczne oraz wszelkiego rodzaju druki, od zaproszeń począwszy. Pod koniec lat 50. mieliśmy większą swobodę, gdyż uzgadniano tylko poważniejsze imprezy i wydarzenia. Często mogliśmy już liczyć na pomoc w realizacji trudniejszych zamierzeń.
- Jak ona wyglądała?
Na przykład organizujemy dużą imprezę turystyczną. Trasę łabiszyńską przemierza 900 uczestników. Punkt noclegowy w Lubostroniu nie jest w stanie pomieścić tej ilości. Pomocna byłaby stodoła PGR. Od czterech tygodni prowadzimy korespondencję z dyrekcją. Turyści już na trasie. Otrzymujemy odpowiedź telefoniczną, iż kierownictwo po rozmowach ze swoimi władzami nie wyraża zgody. Interweniujemy u sekretarza. Telefony do Komitetu Wojewódzkiego. Stamtąd do Zjednoczenia PGR w Warszawie - decyzja - udostępnić stodołę na noclegi.
- Przez Warszawę?
Właśnie. Żaden dyrektor PGR i nie tylko takiej decyzji sam podjąć nie mógł. We wcześniejszym okresie, w latach 1950-1955 byliśmy osamotnieni i na pomoc ze strony aparatu partyjnego i sekretarzy nie mogliśmy liczyć. Wyglądało tak, jak gdyby oni się bali.
- Jak to się stało, że w wieku 33 lat został pan burmistrzem Żnina?
Po prostu zwrócono na mnie uwagę jako na działacza - społecznika inicjatora i organizatora wielu imprez. Szczególnie w latach, w których cały kraj przygotowywał się do wielkich uroczystości, jakie miały nastąpić - do Millenium. W tym czasie wielkim wydarzeniem było podpisanie umowy pomiędzy Ministerstwem Kultury i Sztuki oraz Muzeum Archeologicznym w Warszawie a Zarządem Oddziału PTTK w Żninie. Chodziło o całkowite przejęcie obsługi ruchu turystycznego w Biskupinie przez Oddział PTTK, którym kierowałem. Nastąpił okres, który był owocem inicjatyw rodzących się w kierowanej przeze mnie księgarni, wśród grona działaczy PTTK i wiernych sympatyków i klientów. Posypały się zezwolenia, decyzje i przekazywanie obiektów oraz środki na realizację zamierzeń. Można by wymienić długą listę, ale byłoby to nudne. Powiem tylko, że prowadząc i nadzorując prace własnych inicjatyw, takich jak kapitalny remont wieży ratuszowej i adaptacja jej na cele muzealne, prowadzenie budowy ośrodka campingowego i budowy niektórych obiektów w Biskupinie oraz kompleksowe zagospodarowanie przebiegającego przez powiat żniński Szlaku Piastowskiego, zwróciłem uwagę władz. W dodatku występowano z nowymi inicjatywami. Z pana stryjem - Januszem Księskim - zauważyliśmy, że w odstępach rocznych przypadają okrągłe rocznice nadania praw miejskich trzem pałuckim miastom. Zainteresowano tym władze wojewódzkie. Propozycje nasze zostały w pełni przyjęte do realizacji, a KPTK i FJN wprowadziły te uroczystości do kalendarza imprez krajowych. Na przestrzeni kilku lat władza nasza widziała, że grupa zapaleńców nie tylko umie logicznie myśleć, ale i realizować swoje pomysły. Uważano mnie za animatora tych pomysłów i posunięć, a termin jubileuszu 700-lecia Żnina coraz bliżej. Dlatego postawiono na moją osobę i tak to się stało.
- Czyli kto?
Przewodniczący Powiatowej Rady Narodowej Stefan Szmyciński (ludowiec) i pierwszy sekretarz KP Stanisław Nowodworski. Przez kilka tygodni usilnie prosili mnie, bym wyraził zgodę na objęcie funkcji przewodniczącego Miejskiej Rady Narodowej. Stanowczo odmawiałem, nie widziałem się w tej roli i nie odpowiadała mi ta praca. Wiadomość o propozycji władz co do mojej osoby rozeszła się szybko i rozpoczęły się namowy i naciski odpowiednich środowisk i bliskich mi osób. Od znajomych z kraju otrzymywałem już gratulacje. Wśród dużej grupy wspaniałych klientów księgarni i organizacji, w których działałem - za - byli i księża: ksiądz proboszcz Błażejewski z Chomiąży Szlacheckiej, bibliofil, wspaniały pasjonat i znawca sztuki oraz ksiądz prof. Średziński - proboszcz z Wenecji. Tylko dom, żona i kilku bliskich przyjaciół było na nie. Wróciłem właśnie z wycieczki, którą prowadziłem po Czechosłowacji. Rano poinformowano mnie, że na godzinę 11:00 jestem proszony przez sekretarza Stanisława Nowodworskiego. Udałem się tam. W gabinecie tłoczno. Zastałem całą władzę powiatową i miejską. Sekretarz zagaja, mówi o ogromie prac, jakie nas czekają w stosunkowo krótkim okresie, bo do jubileuszu 700-lecia Żnina pozostał rok i parę miesięcy. W końcowej fazie wystąpienia powiedział: - Pozwólcie drodzy zebrani, że z całą satysfakcją i przyjemnością przedstawię wam kandydata na przewodniczącego MRN. Po zgotowanej owacji zaprosił wszystkich na kawę. W czasie oficjalnego spotkania i tutaj robiono wszystko, by nie dopuścić mnie do głosu. Następnego dnia udałem się do sekretarza Nowodworskiego i oświadczyłem, że wczoraj nie dopuszczono mnie do głosu, ale dzisiaj podtrzymuję moje wcześniejsze stanowisko i odmawiam przyjęcia tej funkcji, zaś wczorajsze spotkanie traktuję jako żart. Sekretarz argumentował, że nie spodziewał się z mojej strony odmowy, że spotkał go afront, że źle zostanie to przyjęte przez osoby uczestniczące we wczorajszym spotkaniu, a w dodatku moją kandydaturę podano już władzom wojewódzkim. Wobec jeszcze innych argumentów ustąpiłem, tym bardziej, że na czas pełnienia proponowanej funkcji będę urlopowany z pracy w księgarstwie. Przede mną przewodniczącym był Henryk Pejka, który teraz przechodził na wiceprzewodniczącego Powiatowej Rady. Jego na sesji odwoływano, mnie wybierano. Propozycję mojej osoby jako bezpartyjnego przedstawił PRN Stefan Szmyciński. W tajnym głosowaniu otrzymałem od 34 radnych wszystkie głosy. Odczułem wielką sympatię i życzliwość ze strony radnych, jak i wszystkich pracowników magistratu. Wyrażali to w szczerych gratulacjach i deklarowanej pomocy.
- Do dziś jest pan bezpartyjny?
Dzisiaj tak. Po roku pełnienia funkcji przewodniczącego, na jednej z konferencji partyjnych, w której nie uczestniczyłem, wybrano mnie na członka Komitetu Powiatowego. Następny rok upłynął na perswazji i udowadnianiu, jakim to darzono mnie zaufaniem, a ja odmawiam podpisania deklaracji, mimo że w stosunku do mnie wyjątkowo zrezygnowano ze stażu kandydackiego. Uległem i tak zostałem członkiem PZPR.
- Jakie pan miał kompetencje jako przewodniczący?
Uważam, iż kompetencje w owym czasie oparte były o przepisy i normatywy prawne, które odpowiadały potrzebom kierowania organizmem miejskim tej wielkości. Od 1957 r. następował proces rozszerzania uprawnień i zwiększania samodzielności rad narodowych, zwłaszcza niższego szczebla. Ograniczono też nadmierne ingerowanie przez wyższe organy administracji.
- Co pan uważa za największe swoje osiągnięcie?
Doprowadzenie do opracowania planu perspektywicznego zagospodarowania przestrzennego Żnina. W wyjątkowo krótkim czasie przygotowanie miasta i pełnej mobilizacji mieszkańców do jubileuszu 700-lecia. Doprowadzenie do powstania muzeum. Wzniesienie pierwszego pomnika Jana Śniadeckiego w kraju. Zmiana granic administracyjnych i przyłączenie Góry do Żnina. Jednak za największe osiągnięcie uważam plan zagospodarowania przestrzennego. Było to zrealizowanie pierwszego postulatu skierowanego z mej strony do władz wojewódzkich. W sfinalizowanie osobiście zaangażował się Przewodniczący Wojewódzkiej Rady Narodowej Aleksander Schmidt, któremu jestem do dziś ogromnie wdzięczny.
- Jak to wdzięczny? Przecież to coś normalnego, że miasto ma plan zagospodarowania przestrzennego.
Taki plan to spojrzenie na krajobraz jutra, bez niego to chaos przestrzenny, to uporządkowanie układu urbanizacji, z jego podziałem funkcjonalnym, jak: mieszkanie, praca, wypoczynek, sieć komunikacyjna, arterie obwodnicowe i wlotowe, to wizja jutra w powiązaniu z dawną zabudową ulic śródmieścia XIX i XX wieku, pozwalająca stworzyć wspaniałe i atrakcyjne ciągi spacerowo-wypoczynkowe. Już w 1778 roku Tadeusz Kościuszko powiedział: - Trzeba aby budowanie było zawsze jak najbardziej dostosowane do miejsca i warunków naturalnych, nie zaś do papieru, który jest płaski. Te mądre słowa w okresie, w którym spodziewaliśmy się nadejścia wielkiego budowania zobowiązywały nas, by takim opracowaniem dysponować. I stało się tak. Żnin jako pierwsze miasto w województwie takiego opracowania się doczekał. Drugą ważną sprawą, którą udało mi się zrealizować to przyłączenie Góry do Żnina i zmodernizowanie tam oświetlenia głównej arterii na jarzeniowe. Przystąpiono też do obustronnego poszerzenia skarpy na ul. Klemensa Janickiego - pomiędzy drogą do Januszkowa a szkołą podstawową. Był to wyjątkowo niebezpieczny odcinek szosy. Wykorzystano nadwyżkę ziemi ze wszystkich wykopów prowadzonych budowli. To samo zrobiono na ruchliwym odcinku szosy bydgoskiej, po lewej stronie od torów kolejowych w kierunku Proszkowni Mleka. Od pierwszych moich dni na nowym stanowisku rozpoczął się ogromny ruch. Zlecono dziesiątki projektów na modernizacje, adaptacje, remonty i nowe budowle - inwestycje. Rozpoczęto modernizację oświetlenia ulicznego. Kilka ulic otrzymało lampy nowej generacji. Niektóre ulice przebudowano zastępując bruk masą asfaltową na podbudowie tłucznia, między innymi: Lewandowskiego, Rychlewskiego, Pocztowa i Podmurna. Na kilku ulicach położono nowe chodniki, na wielu innych dokonano wymiany płyt i modernizacji. Zleciłem też opracowanie projektu kolorystyki fasad domów dla całego miasta. Domy, w których prowadzono kapitalne remonty, a dotyczyło to prawie wszystkich na ulicach: Kościelna, plac Wolności, Śniadeckich, Kościuszki i Mickiewicza otrzymały już kolory fasad zgodnie z dokumentacją. Mocny nacisk kładłem i wiele czasu poświęcałem poprawie wyglądu estetycznego obejść, naprawie zniszczeń w oparkanieniu, elewacji i zieleni, rozbudowie terenów zielonych poprzez nowe nasadzenia drzew i krzewów, zwłaszcza iglaków i bylin. Marzeniem moim było, by Żnin był ładny z każdej strony. Pomysły na to, by było ładnie i służyło ludziom same przychodziły do głowy (pomniki, amfiteatr, plaża, łabędzie, pawie, tablice pamiątkowe, medale) i od razu były realizowane, czasami na wariackich papierach. Pamiętam na przykład, że w Wielkanoc w mieszkaniu u inżyniera Sowy kręciłem plastelinę z margaryną, z której on w pośpiechu lepił makietę amfiteatru, w którym już 16 czerwca odbyły się uroczystości z okazji 700-lecia.
- Jak się organizuje taką imprezę jak 700 lat miasta Żnina?
Od powołania roboczego organu ds. obchodów jubileuszu pod nazwą Komitet obchodów 700-lecia miasta Żnina. On wyłonił prezydium, które przystąpiło do opracowania wstępnego dokumentu pod nazwą: Założenia programowo-organizacyjne obchodów. Założenia te będą pierwszą próbą sformułowania celów i zadań Komitetu. Będą punktem wyjścia umożliwiającym ukierunkowanie pracy, zorientowanie się w potrzebach i możliwościach środowiska i posłużą do opracowania programu. Opracowany i zatwierdzony program to drogowskaz dla prezydium, które prowadzić będzie bieżącą działalność merytoryczną, koncepcyjno-programową oraz koordynacyjną.
- Na czym polegały trudności?
Na dotkliwych brakach materiałowych oraz mocach przerobowych. Była to istna droga przez mękę.
- Też na wszystko trzeba było mieć zgodę?
Nie. Generalnie prowadziliśmy konsultacje i uzgodnienia z wszystkimi władzami w trakcie opracowywania programu. Przyjęty i zatwierdzony program zwalniał nas z dalszych uzgodnień. Największym problemem było wystawienie widowiska plenerowego "Jagiełło w Żninie", reżyserowanego i wystawionego przez pana babcię Czesławę Księską według scenariusza Wandy Dobaczewskiej. W opracowaniu przewidziano 40 do 60 koni. Najbliższe PGR miały kilka, reszta to traktory. Docieramy więc do rolników indywidualnych. Konie są, ale nie ujeżdżone, brak siodeł, no i dowóz na próby, dlatego próby odbywały się w miejscach, gdzie można było zgromadzić większą ilość koni. Rekwizyty i stroje otrzymaliśmy z teatrów poznańskich i bydgoskich. Trzy duże samochody ciężarowe. Na prośbę pani reżyser prosiliśmy o pomoc odnośnie scenografii. Przyjechała pani scenograf, zdaje się z Torunia i jako zadanie numer jeden poleciła wymienić na placu Wolności trylinkę na średniowieczny bruk. To już chyba przesada - mówię. Podziękowaliśmy grzecznie dyrekcji teatru za pomoc i już pana babcia sobie ze wszystkim poradziła. A widowisko było wielkie i wspaniałe. Mimo wielu trudności poprzedzających obchody, takich m. in. jak zima stulecia i huragan, imprezy jubileuszowe były ze wszech miar udane. W Pałukach napisano teraz, że było to w Żninie najważniejsze wydarzenie stulecia. Nie spodziewałem się takiej oceny - dziękuję.
- Odszedł pan ze Żnina nagle - i jak napisaliśmy - z pana odejściem skończyła się pewna epoka. Co się stało?
Jest to dla mnie temat przykry i dlatego nie chcę się nad nim rozwodzić. Powiem tylko, że głównym powodem było wydanie przez MRN informacji o terenie i zezwolenie Dyrekcji Cukrowni na budowę bloku mieszkalnego przy ul. Pocztowej. Było to budownictwo plombowe. Decyzją tą naraziłem się dwóm wysokim urzędnikom Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Takie to były czasy, że źle było widziane, gdy o MRN mówiło i pisało się więcej niż o instancji partyjnej. Szukano więc pretekstu do utemperowania mojej osoby i znaleziono. Pretekstem stała się zupełnie legalnie, zgodnie z normami prawnymi przeprowadzona zamiana mieszkań, konsultowana i uzgadniana wcześniej z przewodniczącym PRN Stefanem Szmycińskim oraz I Sekretarzem Komitetu Powiatowego PZPR Stefanem Nowakowskim, zatwierdzona też przez Komisję Mieszkaniową i Prezydium MRN. Mimo uzgodnień zrobiono z tego aferę, spowodowano kontrolę, w czasie której wyżej wymienione osoby oświadczyły, że sprawa nie była z nimi uzgadniana. Następstwem tego było cofnięcie wydanych na zamianę decyzji. W efekcie tak postawionej sprawy i podważenia mego autorytetu, uniosłem się honorem i złożyłem rezygnację z funkcji Przewodniczącego MRN. Przed odejściem wyjednałem jednak u Przewodniczącego Wojewódzkiej Rady Narodowej Aleksandra Schmidta doprowadzenie do konfrontacji między mną a Przewodniczącym PRN panem Szmycińskim. Chciałem odejść z podniesioną głową i to mi się udało. Pan Szmyciński w obecności członków Prezydium WRN z wstydem przyznał, że sprawa zamiany była z nim uzgadniana. Odchodziłem więc mimo wszystko z pewną satysfakcją. Proponowano mi funkcję przewodniczącego PRN w Chełmnie lub wiceprzewodniczącego PRN w Mogilnie. Nie zgodziłem się. Wróciłem do pracy w księgarstwie. Miałem do wyboru proponowaną przez Dyrekcję Domu Książki Księgarnię Współczesną w Bydgoszczy lub Księgarnię w Ciechocinku. Wybrałem Ciechocinek.
- Jak pan ocenia po latach tę decyzję, by zostać burmistrzem? Warto było, czy pan żałuje?
Wtenczas miałem 33 lata i kipiałem energią. Byłem zakochany w Żninie i chciałem dla niego pracować. Mimo przykrych doświadczeń nie żałuję. Tych pozytywnych doznań też było sporo. Poznałem wielu wartościowych, życzliwych ludzi, od których mogłem się sporo nauczyć i na których mogłem się wzorować. Było mi dane pracować ze wspaniałym zespołem osób, tak pracowników etatowych jak i członków Prezydium oraz radnych, których cechowała duża kultura osobista, takt, lojalność, tolerancja i pracowitość. Sam zostałem wychowany w duchu pracy dla innych, pewno dlatego przyświecała mi dewiza Alberta Schweitzera - myśliciela francuskiego, pochodzenia niemieckiego To co zrobisz dla siebie, przeminie bezpowrotnie - co zrobisz dla innych, pozostanie wieczne....
ze ZBIGNIEWEM SKORWIDEREM
rozmawiał DOMINIK KSIĘSKI
Pałuki 486 (24/2001)
52UFLADA
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze