O Zbigniewie Dolskim można czasem przeczytać na naszych łamach, czasem można go zobaczyć na odsłonięciu tablicy czy głazu, którego jest autorem, jak stoi sobie z tyłu i słucha, co inni mówią. Dziś prezentujemy Państwu obszerny wywiad z artystą i giserem - często też określa się go słowem "brązownik". Skąd się wziął? Jak to się stało, że zajął się sztuką, rzeźbieniem, odlewnictwem? Z kim spotkał się na swej drodze życia? Będzie o myszach, gitarze, Australii, Biskupinie, a także o pewnym księciu, podejrzewanym o chorobę.
Dominik Księski: - Witam cię, Zbyszku, bardzo się cieszę, że przyszedłeś tutaj dzisiaj do nas, jak widzisz, mamy mikrofon, mamy nowe lokum, ale... siedzimy przy starym biurku. Porozmawiamy dzisiaj o tobie, o twoich dziełach, o twoim życiu. Jesteś osobą jednocześnie bardzo znaną, a jednocześnie taką trochę cichą, w cieniu, nie wchodzisz na pierwszą linię i tak naprawdę wiele osób nie wie, skąd ty się w ogóle wziąłeś.
Zbigniew Dolski: - Żeby od początku zacząć, to nie jestem z Pałuk, tylko z Torunia, urodziłem się w Toruniu, tam kształciłem się i doszło do tego, że przez przypadek dowiedziałem się o Żninie jako o pięknym miasteczku. Na początku byłem związany z przemysłem, z cukrownią, z wykształcenia jestem automatyk-elektronik. Praca moja polegała na obsłudze sprzętu, który rejestrował proces technologiczny. Z racji zawirowań różnych, zakładania rodziny trafiłem do Łap. Zaczynałem w Łapach, w tej dużej cukrowni. Tam pogłębiałem swą wiedzę praktyczną, a dodatkowo zostałem poproszony do edukowania się jeżeli chodzi o pomiary izotopowe, które później wprowadziłem w cukrowni Żnin. Do Żnina przyjechałem w czasie wakacji.
- A który to był rok?
- To był 1977 rok, zdaje się
- To miałeś wtedy ile lat?
- Przed trzydziestką jeszcze. Znalazłem się w Żninie. Najpierw poprosiłem jednego z taksówkarzy żnińskich, bardzo znany, jeździł polonezem, żeby mnie obwiózł po okolicy, pokazał, co tu jest ciekawego. I mnie obwiózł. Do Biskupina, Gąsawy… Później poszedłem do Cukrowni, do dyrekcji na rozmowę. Byłem przygotowany, czy mi się podoba tutaj, czy nie bardzo. Dyrektor ówczesny, pan Lewandowski był zachwycony, że się pojawiłem, bo kogoś takiego mu brakowało. I dogadaliśmy się. Dyrektor zgodził się na uposażenie wyższe, mieszkanie. To mnie bardzo zachęciło. Zacząłem mieszkać w hotelu cukrowniczym, bo jeszcze blok nie był wykończony na Wandy Pieniężnej. W 1978 roku ściągnąłem tu z rodziną.
- Zima 1978-1979
- To był charakterystyczny rok, bo była zima stulecia, na parkingu tak samochód zasypało, że nie mogłem go znaleźć. A jak to wszystko stopniało, to nie można było wyjechać tu z okolic. Pamiętam, gdy jechałem do Torunia, to kluczyłem przez Lubostroń, bo nie można było przejechać przez Pturek. Tam była droga kompletnie zalana, jeździłem wtedy Volkswagenem garbusem, wjechałem w dużą kałużę i czuję, że tak jakbym był nad wodą. Patrzę - wszystko pływa, nabrałem wody na podłogę. To był wiekowy samochód, miał dużo dziur, pływało wszystko, jakieś dokumenty, które leżały na podłodze, wszystko pływało. Przygód było co niemiara.
- Czyli to było takie twoje pierwsze życie – w cukrowni. To jeszcze jest daleko do odlewania brązu, do rzeźbienia, więc – co dalej?
- Zacznijmy od początku, od pierwszego kontaktu ze sztukę. To był kościół. W kościele niesamowite wrażenie robiła na mnie rzeźba, malarstwo, muzyka. Najgorzej, jak organista fałszował, to było nie za bardzo, ale tu w Żninie był dobry organista w Dużym Kościele. Pięknie grał. W Toruniu było kilka tych kościołów – św. Jana, św. Franciszka… Kto zna Touń, to wie. Ale wróćmy do mojej drogi. Nie miałem w Żninie przyjaciół, znajomych, coś tu trzeba było robić. Tu muszę wspomnieć, że chodziłem kiedyś do ogniska muzycznego, grałem na gitarze klasycznej. Przechodziłem kiedyś koło Domu Kultury, słyszę muzykę. Ludzie grali na scenie, skończyli, podszedłem, zacząłem rozmawiać z Andrzejem Rosiakiem, który wtedy tworzył zespół.
- Paradox.
- Tak, Paradox. No i po kilku słowach poprosił, żebym coś zagrał, zagrałem utwór Nalepy, na co on – to graj z nami. Następne było spotkanie z Tadeuszem Małachowskim. Był bardzo otwarty. Powiedziałem mu jakie mam słabości. Rysowałem, bazgroliłem już w szkole średniej, pod ławką. Tadziu Małachowski się mną trochę zajął. Otworzył mi trochę pokoje dostępu do sztuki, wiedzy. Niezwykły człowiek
- To były spotkania towarzyskie czy lekcje?
- Towarzyskie. Zaproponował mi, że jak zrobię trochę rysunków, to żemy mu przynieść do korekty. Przygotowałem, ale trochę za mało, i on powiedział tak: jak następnym razem nie przyniesiesz pięćdziesięciu, to polecisz po schodach na dół. Miał swoje sposoby motywacyjne.
- Trzeba rysować, godziny, godziny.
Dalej słuchajcie na filmie!!!
ze Zbigniewem Dolskim rozmawiał Dominik Księski
26 IV 2026
NFRW
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze