Reklama

Portret Tadeusza Małachowskiego: prawda o życiu i twórczości malarza. Jego bohemska dusza i twórcze poszukiwania, studia na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, powrót do Żnina i walka z uznanymi hierarchiami sztuki. Jego życie osobiste i fascynujący styl życia.

Kiedy wracam myślami do rodzinnego Żnina mojej młodości, widzę w jego pejzażu ludzi darzonych uczuciami i naznaczone zdarzeniami miejsca. Odczuwam jednocześnie wewnętrzny imperatyw ich utrwalenia. Podejmuję więc próbę przypomnienia tamtych czasów i powrotu raz jeszcze do postaci artysty malarza Tadeusza Małachowskiego, aby uzupełnić wcześniej napisane o nim wspomnienia. I oto 25 lat po jego śmierci [Tadeusz Małachowski zmarł 17 października 1987, tekst powstał w 2012 roku - przyp. red.] zastanawiam się nadal, czym i jak utrwalił się w mojej pamięci.

      Chciałbym jednak przed tym zaznaczyć, że dbałość o rzetelne przedstawienie wizerunku tego malarza nakazuje kierowanie się boyowską koncepcją „człowieka żywego”, a nie budowanie posągu z brązu. Wiedzę o nim powinniśmy zatem opierać na prawdzie, a nie licytować się na pokłony i frazesy. Przypominajmy go takiego, jakim w rzeczywistości był, zarówno z jego pozytywnymi dokonaniami, jak i słabościami, które jak każdy człowiek posiadał. Wszyscy bowiem jesteśmy ułomni, nawet najwięksi z nas. Kierując się obiektywizmem zbierajmy całą o nim wiedzę, ocalmy ją od zapomnienia i przeinaczenia. Tylko wówczas go poznamy. Biografia, która określa każdego człowieka, powinna również wyznaczać prymat w badaniach nad twórczością tego artysty.
      Bliżej poznałem Tadeusza Małachowskiego w roku 1953, kiedy przyjechał po pierwszym roku studiów w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie na letnie wakacje do Żnina. Zbliżyły nas do siebie wspólne poglądy na otaczającą rzeczywistość, które wymienialiśmy w malutkiej pracowni, a raczej pokoiku, w mieszkaniu jego matki w Żninie przy ulicy Kościuszki 26, na spacerach, w kawiarniach i restauracjach naszego rodzinnego miasta. A kiedy spotkanie się przeciągało do późnych godzin nocnych, szliśmy do jedynego otwartego jeszcze lokalu, do restauracji na dworcu kolejowym, najczęściej na piwo z sałatką śledziową.

 

Reklama


Portret Tadeusza Małachowskiego autorstwa Zbigniewa Dolskiego, Muzeum Ziemi Pałuckiej.     

    Wpadałem do niego często z książkami pod pachą, które udało mi się zdobyć. Potrafił bowiem w tydzień, a nawet dłużej malować nie wychodząc z pracowni, odcinając się zupełnie od zewnętrznego świata. Zastawałem go w stroju roboczym, w „kitlu” poplamionym farbą. Okazywał mi zawsze wiele serdeczności. Interesowało mnie bardzo jego malarstwo i rysunek. Poświęcał wiele czasu na pokazywanie ostatnich swoich prac. Obrazy stawiał na sztaludze i dawał do oglądania teczki z rysunkami. Niekiedy widząc, że podoba mi się jakiś rysunek bądź gwasz, chętnie mi go darował. Kilkanaście z nich zachowało się w moich zbiorach. Dla mnie najważniejsze były rozmowy o malarstwie. Pokazując albumowe reprodukcje obrazów poświęcał sporo czasu na wyjaśnianie ich subtelności. Powtarzał, że na obraz nie należy się tylko gapić, ale próbować z nim rozmawiać. Otwierał przede mną urzekający świat malarskich form i kolorów.
     Dużo wówczas czytaliśmy, głównie z literatury współczesnej, którą udawało się zdobywać dzięki wspólnemu koledze Zbyszkowi Skorwiderowi, kierownikowi jedynej w Żninie księgarni - Domu Książki. Łatwiej o nie było dopiero po 1956 roku, kiedy zaczęto wydawać współczesną klasykę zachodnią w większych nakładach. Wymieniając się między sobą książkami czytaliśmy: literaturę francuską (Camusa, Exupery`ego, Vercorsa), amerykańską (Coldwella, Faulknera, Steinbecka, Hemingwaya), niemiecką, włoską i książki wielu innych interesujących pisarzy. Tadeusz czytał więcej niż ja, również o sztuce i filozofii. Ze względu na wiek i wykształcenie był moim mentorem, ale powściągliwym, nie popisującym się, nie pouczającym, przekazującym swoją wiedzę raczej aluzyjnie. Był człowiekiem bardzo ciekawym, lubiącym zadawać pytania i próbującym na nie odpowiedzieć, bardzo rozmiłowanym w rozmowach o malarstwie, literaturze i filozofii.

Reklama

Pieta Matki Pawlakowej w Muzeum Ziemi Pałuckiej,         fot. Remigiusz Konieczka

      Poznałem, czym jest przyjemność owych spotkań i przechadzek trwających godzinami. I tam, zarówno w jego pracowni, jak i na ulicach, plantach, nad Małym Jeziorem, w kawiarniach i restauracjach Żnina przeszedłem w pewnym sensie swój pierwszy kurs historii sztuki, ściślej mówiąc malarstwa, który potem kontynuowałem będąc na studiach w Poznaniu, chodząc na wykłady z historii sztuki.
      Nie był wylewny, nie opowiadał o sobie, zwłaszcza o swoich kłopotach, ani też o przeszłości swojej i innych. Rzadko, a właściwie wcale nie rozmawialiśmy o sprawach osobistych, raczej unikaliśmy tych tematów. Stosowaliśmy oboje zasadę: nie pytaj - nie mów. Chroniliśmy nawzajem swoje życie osobiste. Odnosiłem wrażenie, że pomimo łączących Tadeusza silnych związków rodzinnych z matką i siostrą, z którymi mieszkał, również przed nimi chronił swoje życie osobiste. Wnioskuję to z zabiegów pani Wery Małachowskiej dowiadywania się ode mnie niektórych szczegółów z życia syna.
      Zachowywał się w sposób naturalny, zwyczajny, bezpretensjonalny. Potrafił być fascynujący, ale i niekiedy irytujący, zawsze poszukujący i równocześnie niecierpliwy. Obcowanie z nim budziło niekiedy pewien niepokój. Kiedy był pod wpływem alkoholu, wyśmiewał i obrażał. Często ranił słownie i chciał ranić, nawet tych, którzy go kochali, lubili i byli blisko niego. Był zjawiskiem mającym tupet bycia tym, kim jest i przez to czasem nieprzewidywalnym. Nie zabiegał o podobanie się.
      W życiu i malarskiej twórczości Tadeusza Małachowskiego momentem przełomowym były studia na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, które, pomimo materialnych trudności, ukończył z wyróżnieniem w 1958 roku. Zamykały one okres młodzieńczych poszukiwań i niepowodzeń. Rozwinęły jego artystyczny talent. Odtąd będzie malował dużo obrazów, na których pokazuje swoje widzenie rzeczywistości. Dyplomu wprawdzie nie odebrał, kontestując, że tym co określa artystę są jego dzieła, a nie formalny dokument. Odbierze go dopiero po wielu latach, kiedy będzie się starał o rentę. Wykorzysta natomiast dyplomowe wyróżnienie, w którym był trzymiesięczny pobyt we Włoszech i Francji. Wrócił urzeczony oglądanymi w muzeach zbiorami, szczególnie arcydziełami malarstwa starych mistrzów, które jak sam mówił wzbogaciły jego wizję sztuki.
      Wydawało się, że osiągnięte już w czasie studiów pierwsze sukcesy artystyczne sprawią, że właśnie w Warszawie kontynuował będzie z powodzeniem twórczość malarską. Tak się jednak nie stało. Porzuca nagle Warszawę i wraca do rodzinnego Żnina, aby tutaj całkowicie oddać się malarstwu. Co go skłoniło do tego kroku? Wewnętrzny przymus spowodowany tęsknotą? Chęć malowania daleko od rozpraszającego zgiełku dużego miasta? Sam wprawdzie mówił, że źle się czuję w dużych miastach, ale sądzę, że nie jest to cała prawda. Myślę, że tym co w zasadniczym stopniu zadecydowało o powrocie do Żnina, były przede wszystkim trudne warunki materialne, z jakimi się borykał. A ponadto, poza kilkoma serdecznymi kolegami nie miał koło siebie nikogo bliskiego, nikogo z rodziny, nie miał mieszkania i pracowni.
      Małachowski przyniósł do Żnina nowy powiew, urok malarskiej bohemy, nowe spojrzenie na codzienne życie. Przyniósł ze sobą potrzebę walczenia z uznanymi hierarchiami wartości. Nie był z pewnością pod tym względem skandalistą, ale swoim postępowaniem przekraczał niekiedy reguły panującej poprawności. Wywoływał wzburzenie opinii niektórych mieszkańców Żnina swoim postępowaniem i stylem życia. Burzyło ich mówienie prawdy, którą chcieli ukryć albo przemilczeć. Wbijał bowiem cierń w balon ich samozadowolenia.
      Otaczało go grono młodych ludzi, którym imponował. Zaczęło się wokół niego kształtować gromadne życie podlewane silnymi dawkami alkoholu. Pukającym do drzwi jego pracowni udawało się niekiedy wyrwać malarza z jego samotni, bo lubił życie. Żądny był kontaktu i rozmowy. Nie trzeba było go do tego specjalnie namawiać. Był malarzem, ale jak każdy twórca wykorzystywał pretekst, by uciec na krótko od sztalugi, od męki tworzenia. Wynikało to również z tego, że nie lubiąc snobizmów wolał przebywać w nieudawanym świecie zwykłych ludzi, wśród których się dobrze czuł i chętnie siadywał z nimi do alkoholowych biesiad. Nie uważał się za osobę publiczną, był, jak sam mówił, malarzem opisującym świat i że lubi i chce doskonalić jego poznanie, szczególnie ludzkiego losu i ludzkiej egzystencji.
      Dlatego jego malarstwo jest bliskie egzystencjalizmowi. Ten artysta wiedział wiele o zwykłych ludziach. Mieszkając w Żninie codziennie ocierał się o zwyczajne, siermiężne życie. Za dogłębne, wnikliwe poznawanie świata płacił jednak pewną cenę, bo to było obciążające psychicznie. Malowanie więc było dla niego terapią, bo mógł sięgnąć w głąb siebie i przelać na płótno swoje wnętrze.
      Własne, tragiczne przeżycia w czasie II wojny światowej rozwinęły Małachowskiego wewnętrznie i spowodowały, że stał się zdecydowanym pacyfistą. Mówił z głębokim przekonaniem, że celem, ku któremu powinniśmy zmierzać, jest trwały pokój. Uważał, że konieczne jest przebudowanie naszej świadomości, a szczególnie wyeliminowanie teorii głoszących i akceptujących tzw. wojny sprawiedliwe, bo takich nie ma. Wojny, jego zdaniem, nie można usprawiedliwiać żadnymi względami, zarówno prawnymi, jak i moralnymi czy religijnymi. Jego pojęcie pacyfizmu było szerokie. Obejmowało nie tylko zakaz prowadzenia wojen, ale również likwidację wojska, także zniesienie kary śmierci oraz obowiązkowej służby wojskowej. Bliskie mu były myśli Kanta o wiecznym pokoju. Wziął udział w dwóch wystawach - konkursach plastyki Przeciw wojnie w Lublinie - Majdanku. W pierwszej w 1966 roku zdobył nagrodę, a w drugiej w 1967 roku wyróżnienie.
      W swojej malarskiej twórczości obnażył barbarzyństwo i bezsens wojny. Jego obrazy krzyczą, że wojna to największe zło i są przeciwko niej protestem. Taką ekspresją wyróżniają się wśród nich Bitwa, Chrońmy nasze domy, Rozstrzelanie, Dzieci Getta i Dramat - Groźne niebo. Jest w tych obrazach przejmujący ból, jakby chciał bronić się swoim malarstwem przed okrutną rzeczywistością wojny. Są nabrzmiałe nutą tragicznego, bezwzględnie szczerego i prawdziwego smutku. Oglądając je, zdaje się nam, że jesteśmy uczestnikami tych dramatycznych chwil. Wciąga nas w to piekło, przed którym się bronimy. Przepełnieni empatią, wczuwamy się w położenie osób dotkniętych złem.
      Artysta należący do pokolenia, które przeżyło wojnę i znając jej wszystkie okrucieństwa, głód, poniżenie, więzienie, egzekucje, tworzył inaczej, pełniej, niż ci, którzy tego nie doświadczyli. Inspiracją mogło być również malarstwo Francisco Goi, które bardzo cenił, a szczególnie jego cykl sztychów Okropności wojny. Dlatego do antywojennej wypowiedzi nie wystarczają mu realistycznie przedstawione sceny. Pogłębia je deformacją i ponurym dramatycznym tłem.
      Swój sprzeciw wobec wojny i przeciw zbrojeniom jądrowym wyraził również datą zawarcia swego małżeństwa z Ewą Puwalską - 6 sierpnia 1967 roku, w 22. rocznicę zrzucenia przez Amerykanów bomby atomowej na Hiroszimę, przypominającą jedną z największych tragedii II wojny światowej.
      Decyzję o założeniu własnej rodziny przyśpieszyła niespodziewana śmierć matki, która odeszła dwa miesiące wcześniej. Była to jego wielka, osobista tragedia, najboleśniejsze przeżycie. Stracił najbliższą osobę, której bezinteresowna miłość była mu niezbędnym oparciem. Przytłoczony cierpieniem, zamyka się w pracowni i znika na jakiś czas z oczu przyjaciół. Wspominał potem, że zawsze wierzyła w jego malarski talent, pragnąc, aby został malarzem, i że te jej pragnienia na niego oddziaływały. Niekiedy jednak była to miłość szorstka, ze względu na słabość Tadeusza do alkoholu, której nie tolerowała. Namalował dwa obrazy poświęcone jej pamięci: Portret Matki i Pietę Matki.
      Twórczość Tadeusza Małachowskiego należy do oryginalnych, niedocenionych w pełni zjawisk w malarstwie polskim XX wieku. Jej odmienność i sugestywność są tak wyraziste, że ktokolwiek choćby raz jeden zetknął się z obrazami tego malarza, zawsze rozpozna je i odróżni od prac innych twórców. Są wyraziste poprzez swoją oryginalną, uproszczoną, syntetyzującą formę. Pozornie ta niezwykła twórczość jest jakby na uboczu głównych nurtów malarstwa minionego stulecia. Usytuowanie twórczości Małachowskiego w dziejach polskiego malarstwa nie jest sprawą łatwą. Nie należał on bowiem do żadnej grupy i nie reprezentował żadnego z głośnych kierunków nowoczesnego malarstwa. Wprawdzie na początku swej drogi twórczej korzystał z różnych kierunków występujących w malarstwie, ale nie uległ całkowicie żadnemu. Potrafił dzięki swej wrażliwości, wyobraźni i osobowości wykreować własną oryginalną formę malarskiej wypowiedzi. Miał odwagę być sobą, potęgować to, co odrębne, własne. Jego główną inspiracją było tworzenie przeciw czemuś. Dlatego świat przekazów i refleksji o życiu zawarty w jego obrazach ma przede wszystkim charakter oskarżycielski. Za ideał wypowiedzi uważał przekazywanie osobistej spontaniczności. Dlatego nie można go sztucznie łączyć z żadnym nurtem w malarstwie.
      Będąc człowiekiem o bogatej uczuciowości, wrażliwości i wyobraźni, ekspresyjnie wyrażał swoje napięcia psychiczne na płótnie poprzez dobór odpowiedniej formy i śmiałych zestawień barwnych. Dążył do pokazania swoich uczuć w największym natężeniu i skali. Ta skłonność do ekspresji może przywodzić na myśl praktykę malarską przedstawicieli ekspresjonizmu. Ze swej definicji ekspresjonizm oznaczał subiektywną postawę twórcy prowadząc do uwolnienia od związków z materialną rzeczywistością i od realnego jej odtwarzania. Kierował jego cały wysiłek na spontaniczne, intuicyjne wyrażanie własnych istotnych treści wewnętrznych. Kierunek ten był bliski Małachowskiemu. Wiele bowiem jego obrazów ma w sobie niepokojącego ducha ekspresjonizmu, osiąganego jednością uproszczonej formy i koloru, bez dbałości o zbędne szczegóły. Wyrażają egzystencjalny niepokój, a nade wszystko cierpienie. Malarstwo jego nie mieści się jednak ściśle w konwencjach ekspresjonizmu. Pełne zdecydowanych wypowiedzi umyka prostej klasyfikacji. Podążał zawsze własną drogą. Myślę, że wręcz bronił swojej odrębności w malarstwie. Szukał jednak ciągle nowych form wypowiedzi, będąc równocześnie osadzony w tradycji, która zmierzała do rozwoju. Wracał często do dzieł swoich mistrzów Rembrandta, Vermeera, Velazqueza, Breughela, aby doskonalić swoje malarskie umiejętności. Przedstawiał analizę ich obrazów w różnych ich wariantach malowanych kopii.
      Pełne ekspresji obrazy wychodzące spod jego pędzla są świadectwem własnego postrzegania świata. Nie idealizował go, wręcz przeciwnie, zimnym okiem starał się       uchwycić prawdę często brutalną, odartą z piękna. W jego obrazach nie ma bełkotu ani blichtru. Szukał w nich odpowiedzi na nurtujące go pytania egzystencjalne. Cykle Dramaty czy Wielkie i małe samotności przedstawiają bezsilność człowieka wobec świata. Bije z nich okrutna prawda o tragicznym życiu człowieka. Pokazują okrucieństwo wojny, głód, starość oraz dramaty osobiste.
      Gdy dokładnie wpatrzymy się w prace tego samotnika, kroczącego własnymi drogami, dostrzeżemy zawarte w nich nasze własne przemyślenia i niepokoje.

Reklama

Damian Zieliński, Środa Wlkp. 2012 r.
Pałuki nr 1080 (43/2012)

52UFLADA

Miejsce zdarzenia mapa Pałuki Żnin
Aplikacja na Androida

Źródło: S2UFLADA Aktualizacja: 12/08/2024 13:52
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości