Reklama

Tadeusz Małachowski dramaty - na płótnie i w życiu

Gdy w pochmurny, październikowy dzień 1987 roku na żnińskim cmentarzu, najbliżsi i grono przyjaciół żegnało na zawsze Tadeusza Małachowskiego - najwybitniejszego artystę, jakiego Polsce dał Żnin - miasto żyło własnym, codziennym życiem. Żnin nie rozumiał wówczas jeszcze w pełni, jak wielką lukę w jego życiu spowodowała ta śmierć. Chyba taka już jest prawda, że wielkość tych, z którymi mieliśmy szczęście obcować na co dzień, docenia się dopiero po śmierci. Ale dla wielu Żnin w tym dniu był posępny, bo zdawaliśmy sobie sprawę, że oto zaistniała pustka, której już nie da się wypełnić.

     Tadeusz Małachowskiurodził się w 1928 roku w Żninie. Malował od dziecka. Właściwie uzyskany w 1958 r. na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie - pracownie prof. prof. A. Łyżwiańskiego i K. Tomorowicza - dyplom z wyróżnieniem (nagrodą był wyjazd stypendialny do Włoch i Francji) był potwierdzeniem wielkiego talentu i umiejętności.  
     Po studiach i pierwszym wielkim sukcesie, jakim była indywidualna wystawa w Klubie Hybrydy w Warszawie (1957r.), Małachowski osiadł już na stałe w Żninie. Był to - mimo zmienności opinii samego artysty na ten temat - wybór w pełni świadomy. Bo miał Tadeusz oprócz talentu i coś z ducha Don Kichota, którego chętnie i często malował. On wierzył w swój ideał - SZTUKĘ i wierzył w CZŁOWIEKA. Te pojęcia dla niego stanowiły jedność i chciał to udowodnić. Nie zraziło go to, że przez długie lata jedyną pracownią był jego domowy pokoik o wymiarach 2,70 na 3,30 m2. Gdy chciał spojrzeć na całość malowanego przez siebie płótna, obracał lornetkę i patrzył przez szkło pomniejszające. Gdy brakowało - a było to notoryczne - środków, zamalowywał poprzednie obrazy, korzystał ze zwykłych worków, a koloryt dyktowały czasami te farby, którymi dysponował.
     Sprawy codziennego bytu przyjmował ze stoickim, może nawet zbyt wielkim, spokojem. Załamywał się natomiast wówczas, gdy przesłanie jego twórczości przyjmowane było obojętnie. Dopiero wtedy następowały momenty załamania, czasami bardzo burzliwego, które niestety inaczej były rozumiane przez środowisko. Ale gdy tylko otrząsnął się przez swoje żywiołowe, czasami sceptyczne, zaprawione goryczą lub żalem, ale zawsze zaangażowane w sprawy człowieka dzieła, kontynuował swój dialog z podziwu godną pasją i uporem. Nie wierzył bowiem, aby mądrość ludzka, której synonimem był dla niego, wielokrotnie portretowany i stale cytowany Albert Einstein oraz Ernest Hemingway, mogła przegrać w walce z głupotą i prymitywnym myśleniem.
     Humanista o wiedzy tak rozleglej, że przygniatał nią w dyskusji oponentów, twórczość swoją traktował jak posłanie. Nie teoretyzował, nie uprawiał "kierunków" - sztukę dzielił na dobrą i złą. A dobrą była sztuka jego wielkich mistrzów i poprzedników: Rembrandta, Vermeera i Goyi. Zawsze myślał o krzywdzonym, bezbronnym - jak sam to określił - człowieczku. Od początku w jego pokoiku wisiało hasło: "Każdy wiek ma swoje czarownice". I los tych prześladowanych czarownic interesował go najbardziej.
     Ten klimat, to klimat jego obrazów, które pokazywały człowieka słabego, bezbronnego i samotnego, który żyje w nieustannym zagrożeniu. I z tej wizji zrodziły się jego najcenniejsze i najciekawsze prace. Cykle: "Samotność", "Wielkie i małe samotności", "Dramaty", "Portrety" i "Głowy". Każda ich prezentacja budziła żywy oddźwięk i dyskusje nie tylko krytyków, ale i przeciętnych, szarych odbiorców, na których Małachowskiemu najbardziej zależało. Chciał bowiem, aby właśnie on spojrzał na świat jego oczyma, aby poczuł się bohaterem jego płótna. Gdy tak nie było, czuł się rozgoryczony i oszukany. Bo czasami i sam artysta nie zawsze rozumiał, że najważniejsze było to, że na jego dzieła reagowano. Samotny był wówczas bohater, ale i samotnym czuł się twórca.  
     Między ludźmi, ale jakże samotny. To temat wiodący obu pierwszych cyklów, przy czym z "Samotności" nie przetrwało prawie nic. A było to kilkadziesiąt monotematycznych płócien ukazujących mnogość sytuacji w różnych epokach. Od Chrystusa do współczesnego, anonimowego człowieka na ulicy, na plaży... Bez względu na czas i miejsce - człowiek jest zawsze ten sam. To była jego dominanta twórcza. Biła z tych płócien gorycz i zdumienie, że tak właśnie jest. Ale nie poczucie beznadziejności. Przeczy temu czasem koloryt, czasem pojawiające się na płótnie słońce...
     Podobnie, jak nie są pesymistyczne pozornie okrutne w swej treści, a nawet fakturze dzieła z cyklu "Dramaty". W różnorodnych wersjach ukazują nagie, okaleczone, przerażające postacie, które próbują wesprzeć zapadające się niebo. Małachowski ukazuje świat zagrożony, ale ta apokaliptyczna wizja jest krzykiem człowieka, ostrzega i grozi. Ale i błaga o ratunek dla naszego świata, dla człowieka. Nic więc dziwnego, że na ogólnopolskich wystawach "Przeciw wojnie" w Lublinie, kolejne płótna - w 1966 i 1967 roku - uzyskały nagrody. Niektóre wiszą w muzeum w Majdanku, jako ostrzeżenie tego, co przeżył, dla tych, którzy nie przeżyli sami, a więc i nie wiedzą...
     Tworzył te płótna (a lubił duże formaty) w przypadkowo użyczanych miejscach: w hallu LO im. Braci Śniadeckich, w salce Powiatowego Domu Kultury. Po latach dopiero, dzięki osobistemu zaangażowaniu przewodniczącego Prezydium WRN, Aleksandra Schmidta, władze żnińskie zaadaptowały dla niego specjalne pomieszczenie na pracownię. A do Żnina przyjeżdżali krytycy, dyrektorzy muzeum, działacze kultury, aby z jego olbrzymiego dorobku wybierać płótna na wystawy. Chciał je mieć, ale nie zabiegał o nie. Może czuł niesmak po pierwszych wystawach w Żninie, gdy zaszokowana widownia w większości nie potrafiła odnieść się do ich treści?
     Oprócz zbiorowych, liczne i znaczące były jego wystawy indywidualne: w Sztokholmie i na Węgrzech, w Warszawie w TPSP (1966), w "Zachęcie" (1970), w Bydgoszczy: w KMPiK (1961, 1962), w BWA (1963, 1964, 1966), w Małym Salonie Sztuki (1965), czy Wojewódzkim Domu Kultury (1971), w Toruniu (1968), we Włocławku w Muzeum Kujawskim (1964) i Powiatowym Domu Kultury (1971). Jego płótna prezentowane były w Stralsundzie, Luneville i Nancy.
     Malował wiele, wystawiał chętnie. Zgodne to było z jego misją apostolstwa sztuki. Bez entuzjazmu, ale na życzenie robił reprodukcje, które miały zdobić reprezentacyjne sale lub dla osób prywatnych. Niektóre reprodukcje robił jednak i z własnej potrzeby jako wprawki artystyczne. Zrobił nawet wystawy sztuki ludowej, której był fanatycznym wielbicielem, odróżniając bezbłędnie jej autentyzm od cepeliowskiej kiczowatości. Przygotował nawet - w oparciu o malarstwo Vermeera - wystawę szkoleniową ucząc odbiorcę abecadła plastycznego: kompozycji, barwy, faktury. Sobą czuł się tylko wówczas, gdy trzymał w ręku pędzel, węgiel lub ołówek. Skończone już dzieła zresztą już mniej go interesowały. Nie tak łatwo więc będzie - a jest to pilna potrzeba - sporządzić pełny katalog jego prac.
     Nie ma już w Żninie wielkiego talentem i duchem artysty. Ale pozostały jego dzieła. Te dalej mówią za niego.

Janusz Księski
Pałuki nr 39 (19/1992)

Reklama

Miejsce zdarzenia mapa Pałuki Żnin
Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 12/08/2024 13:36
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości