Reklama

Oskarżeni o masakrę kormoranów na Jeziorze Tonowskim stanęli przed sądem

Leszek D. i Grzegorz M. tylko częściowo przyznali się do winy. Zeznali przed sądem, że w kwietniu ubiegłego roku to oni strącili z drzew na wyspie na Jeziorze Tonowskim gniazda kormoranów, w których znajdowały się pisklęta. Twierdzą jednak, że zarówno gniazd, jaj, jak i młodych ptaków było znacznie mniej, niż zostało im zarzucone. - Działałem pod wpływem impulsu. Nie wiem, co we mnie wstąpiło - mówił oskarżony Leszek D. - Chciałbym dodać, że jest mi przykro, że tak postąpiłem. Żałuję tego, co zrobiłem - wyraził skruchę Grzegorz M.

29 lutego w Sądzie Rejonowym w Żninie ruszył proces w sprawie, która na przełomie kwietnia i maja 2023 r. obiegła nie tylko lokalne, ale również ogólnopolskie media.

Prokuratura, którą reprezentował prokurator Marcin Malinowski, oskarżyła mieszkańców powiatu żnińskiego - Leszka D. i Grzegorza M. o to, że w okresie od 10 do 16 kwietnia 2023 r. na terenie kolonii rozrodczej znajdującej się na wyspie na Jeziorze Tonowskim (gm. Janowiec Wlkp.), działając wspólnie i w porozumieniu, ze szczególnym okrucieństwem spowodowali zniszczenia znacznych rozmiarów w świecie zwierzęcym oraz uśmiercili ptaki, używając w tym celu metalowych rur. Strącili nimi blisko 110 gniazd kormorana, w których znajdowało się łącznie kilkadziesiąt jaj oraz ok. 250-300 piskląt. Pozbawili ich tym samym możliwości dokarmiania przez rodziców, a część zwierząt zadeptali. Działali na szkodę Skarbu Państwa reprezentowanego przez Regionalną Dyrekcję Ochrony Środowiska. Jest to przestępstwo z art. 35 ust. 2 Ustawy z 21 sierpnia 1997 r. o ochronie zwierząt i art. 181§1 i 3 kk w zw. z art. 11§2 kk. 

Reklama

CHCIELI PŁOSZYĆ, NIE ZABIJAĆ 

Jako pierwszy wyjaśnienia przed sądem złożył oskarżony Leszek D., który do zarzucanych mu czynów przyznał się wyłącznie częściowo. - Nie mogę przyznać się do rozmiaru tego przestępstwa, ponieważ jak zajechaliśmy na wyspę to zastaliśmy już strącone pisklęta. Nie wiem czy one same wypadły. Mogę też przyrzec na wszystko, że nigdy nie deptałem i nie robiłem tego z okrucieństwem - rozpoczął Leszek D. Tłumaczył, że działał pod wpływem impulsu, który wywołał w nim widok młodych karpi (ofiar kormoranów), prawdopodobnie pochodzących z jego stawu w Juncewie. - Przez 10 lat kormorany wyjadały u mnie ryby i jestem na 100% pewien, że gdyby nie widok tych małych ryb to nie byłoby impulsu. Czasu nie cofnę, jestem zdruzgotany, życie mi się zawaliło i żałuję tego, jak niczego na świecie - mówił. 

Reklama

Następnie prowadzący rozprawę sędzia Robert Tuchciński odczytał wyjaśnienia, które Leszek D. złożył na policji. Wynika z nich, że działający wspólnie z nim Grzegorz M. odławiał ryby na Jeziorze Tonowskim na zlecenie Dariusza P. Na początku kwietnia Grzegorz M. poprosił Leszka D. o wspólne rozłożenie sieci do odławiania okoni. W celu ich późniejszego wyczyszczenia podpłynęli na wyspę łódką należącą do Gospodarstwa Rybackiego w Łysininie. Mieli zobaczyć tam kilka gniazd z pisklętami i jajami, które spadły z drzew. Zauważyli też leżące na ziemi niewielkich rozmiarów karpie, a z uwagi na fakt, że w Jeziorze Tonowskim ten gatunek nie występuje, Leszek D. podejrzewał, że dorosłe kormorany wyłowiły ryby z jego prywatnego stawu w Juncewie.

To sprowokowało go do powzięcia decyzji o odwecie na ptakach, na co przystał Grzegorz M. Ich gniazda były jednak usytułowane zbyt wysoko, dlatego Leszek D. postanowił zakupić metalowe rury i powrócić na wyspę w najbliższych dniach i tak też się stało. Z zeznań wynika, że początkowo mężczyźni wspólnie zrzucili  z drzew kilkanaście gniazd z pisklętami i jajami. Na wyspę wrócili jeszcze raz i dokonali przestępstwa ponownie. Twierdzą jednak, że nie deptali ptaków, ani nie uderzali ich bezpośrednio i celowo rurami. Narzędzia zbrodni schowali przy brzegu wyspy. W późniejszych dniach Leszek D. popłynął na nią jeszcze dwukrotnie sam, tym razem płoszyć kormorany wystrzałami. 

Reklama

- Czy ktoś namawiał was do popełnienia tego czynu? - dopytywał prokurator Marcin Malinowski. - Nie - odpowiedział z pełną stanowczością Leszek D. - W zasadzie na co pan liczył strącając te gniazda? - pytanie oskarżonemu zadała pełnomocniczka oskarżyciela posiłkowego - Stowarzyszenia Pracownia na Rzecz Wszystkich Istot adw. Karolina Kuszlewicz. - Na to, że je przepłoszę i wyniosą się z tej wyspy. O nic więcej mi nie chodziło - odpowiedział.

Po dokonaniu przestępstwa, kiedy sprawa została nagłośniona w mediach (m.in. w Tygodniku Pałuki) Leszek D. sam stawił się na policję. Dopiero za trzecim razem został przesłuchany przez mundurowych. - Nie wiem dlaczego tyle to trwało. Nie mogłem już z tym psychicznie wytrzymać. Chciałem zrzucić ten ciężar z siebie, ale mnie odsyłano. Za trzecim razem dopiero mnie przesłuchano i zakuto w kajdanki - mówił Leszek D. odpowiadając tym razem na pytanie swojego obrońcy - adwokat Sylwii Porowskiej. 

Reklama

Grzegorz M. również tylko częściowo przyznał się do zarzuconych mu czynów. Jego wyjaśnienia były tożsame z tymi, które przedstawił wcześniej Leszek D. Wielokrotnie podkreślał, że ptaki nie były przez żadnego z nich umyślnie deptane, zaś liczba strąconych gniazd była znacznie mniejsza od tej, która wybrzmiewa z aktu oskarżenia. 

- Czy udało się panom skutecznie odstraszyć kormorany? - pytała adw. Karolina Kuszlewicz. - Nie. Było wręcz odwrotnie. Potem przyleciało ich jeszcze więcej - przyznał Grzegorz M. - To skąd wziął się ten pomysł? - kontynuowała pełnomocniczka. - Nie wiem, to była głupota, że w ogóle tam popłynęliśmy. Czasu nie cofnę. Później człowiek tak żałował, taki stres był, co tam jeszcze pisali w tych "Pałukach" - powiedział oskarżony. W nawiązaniu do pytań prokuratora Marcina Malinowskiego przyznał, że w lokalnym środowisku wędkarskim wielokrotnie narzekano na żerujące na jeziorach kormorany.

Reklama

Pełnomocniczka oskarżyciela posiłkowego - Stowarzyszenia Pracownia na Rzecz Wszystkich Istot adw. Karolina Kuszlewicz oraz prokurator Marcin Malinowski fot. Justyna Kulpińska  

PROKURATURA DOMAGA SIĘ WYŻSZEGO WYMIARU KARY

Obrończyni Leszka D. adw. Sylwia Porowska wniosła o dobrowolne poddanie się karze swojego klienta w wymiarze 8 miesięcy pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem na dwa lata próby oraz zwolnienie od kosztów sądowych. Obrońca Grzegorza M. adw. Piotr Halagier złożył podobny wniosek z dodatkowym uwzględnieniem grzywny - 50 stawek po 30 zł każda. - Społeczna szkodliwość tego czynu jest dużo wyższa niż taka, która zezwalałaby na to, aby premiować oskarżonych karą warunkowego zawieszenia. Możemy zgodzić się na karę roku i sześciu miesięcy pozbawienia wolności plus nawiązki - oświadczył prokurator. Obrońcy skarżonych zgodnie przyznali, że ich klienci mogą przystać na karę maksymalnie roku więzienia, uznając tę zaproponowaną przez prokuratora za zbyt surową. Do porozumienia nie doszło, zatem sąd postanowił nie uwzględnić wniosków i rozpocząć przesłuchiwanie świadków. 

Reklama

ŚWIADKOWIE 

Sędzia Robert Tuchciński przesłuchał siedmiu świadków. Pierwszym z nich był Marcin M. - lekarz weterynarii pracujący w Powiatowym Inspektoracie Weterynarii w Żninie. Zeznał, że 2 maja ubiegłego roku został poinformowany o dużej ilości padłych ptaków na wyspie na Jeziorze Tonowskim, gdzie następnie dokonał oględzin na prośbę policji. Na miejscu zobaczył ok. 30-40 padłych piskląt w różnym stanie rozkładu oraz leżące na ziemi gniazda. Wykluczył czynniki zakaźne (brak dorosłych osobników) oraz działanie sił przyrody.

Reklama

29 lutego w sądzie stawił się również Sebastian D. - pracownik RDOŚ w Bydgoszczy, pełniący obowiązki regionalnego konserwatora przyrody. Zeznał, że 24 kwietnia do wiadomości RDOŚ wpłynęło pismo od Polskiego Towarzystwa Ochrony Przyrody Salamandra informujące o zniszczeniu gniazd na wyspie. Na prośbę komendanta Policji w Żninie udał się tam 2 maja w celu przeprowadzenia wizji terenowej, równolegle prowadząc własne obserwacje. Doliczył się 80 sztuk młodych martwych osobników oraz ok. 90 zrzuconych na ziemię gniazd. Stwierdził, że dane przekazane mu przez towarzystwo różnią się od tego, co zastał na miejscu, ponieważ pisklęta uległy szybkiemu procesowi rozkładu. Nie potrafił ustalić liczby zniszczonych ptasich jaj, zaś w przypadku gniazd - liczył tylko te, które po upadku zachowały swoją pierwotną formę. Ocenił, że ingerencja w kolonię kormoranów była działaniem celowym. 

W charakterze świadków występowali także Maciej M. oraz Adam L. - pasjonaci i hobbyści. W centrum ich zainteresowania znajduje się mewa białogłowa. 22 kwietnia zamierzali potwierdzić czy bytuje ona na wyspie na Jeziorze Tonowskim. Podążając jej śladem przypadkiem odkryli masowe uśmiercenie kormoranów, o czym niezwłocznie powiadomili Towarzystwo Salamandra. Z ich obliczeń wynika, że na ziemi znajdowało się ok. 110 zrzuconych gniazd. Oszacowali, że zginąć mogło ok. 300 piskląt (po 3 w każdym gnieździe), a na tułowiu dwóch osobników widoczne były ślady bieżnika buta. Ptaki nie znajdowały się w stanie rozkładu.

Reklama

Świadkami byli także: Jerzy D., Danuta W. oraz Maria K. 

Kolejna rozprawa, podczas której sąd przesłucha biegłych oraz jednego z nieobecnych 29 lutego świadków - Dariusza P., odbędzie się 10 kwietnia. 

Justyna Kulpińska






Miejsce zdarzenia mapa Pałuki Żnin
Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 25/03/2025 11:06
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości