Reklama

Pamiętam te piaski nad wodą... Przedwojenny wypoczynek w Żninie

Ten artykuł drukowaliśmy w tygodniku "Pałuki" 30 lat temu, więc gdy Stanisław Czabański pisze "dziś", trzeba cofnąć się do czasów, gdy ukazywał się jeszcze "Świat Młodych". Platformę startową dla motorowodniaków zastąpił pomost, nie ma kiosku "po schódkach". A tym bardziej - przedwojennych letnich wakacji i kolejki do Ostrówiec, o której opowiada urodzony w 1927 i zmarły w 1995 roku dziennikarz. Czytajmy więc o tym, o czym się o powiadało wtedy na plażach: jak zginął syn zduna, jak poderżnął sobie gardło sędziwy mieszkaniec Żnina - Tytoniewski?

   Na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych, nad Małym Jeziorem, którego wody podchodziły pod tor małej kolejki przy młynie, w gęstej trzcinie stały drewniane miejskie łazienki - w tym miejscu, gdzie dziś usytuowany jest startowy pomost dla motorowodniaków.

   Były to prymitywne szopki wsparte na palach wbitych w dno jeziora. Wówczas zabroniona była koedukacja (właśnie o wprowadzenie jej w żnińskim gimnazjum walczyli niektórzy rajcowie miejscy). I było nie do pomyślenia, aby mężczyźni i kobiety wspólnie zażywali kąpieli. Informowała o tym złowroga w treści duża tablica z napisem, że od 11.00 do 14.00 "kąpiołek" zażywają panowie, a od 15.00 do 17.00 panie. Opłata za korzystanie z miejskich łazienek wynosiła za jedno wejście - 20 groszy. Fajne były także obowiązujące wówczas kostiumy kąpielowe. Panowie pluskali się w wodzie w czarnych trykotach, zasłaniających także klatkę piersiową, a panie niczym w zbroje, zakute były od kostek po szyję w obcisłe kombinezony, a na głowy wkładały gumowe czepki.
    Z początkiem lat trzydziestych wybudowano nową plażę z pomostem i kąpieliskiem. Wzniesiono drewniany budynek z mieszkaniem dla gospodarza obiektu (którym był p. Żurawski) oraz rzędem kabin rozbieralni (dziś ośrodek Ligi Obrony Kraju).
    Przetrwała zdewastowana plaża do dzisiaj. Tylko pomost usytuowany jest dalej, przy tzw. "drugim nordzie".
    Jednakże największym powodzeniem w letnie wakacje cieszyło się dzikie kąpielisko - tzw. "trzeci nord". Tam właśnie w upalne, lipcowe i sierpniowe dni letnich wakacji chodziłem na plażę z ojcem i braćmi.
    Zabierało się z sobą koce, suchy prowiant i napoje chłodzące. Na "trzecim nordzie" spędzało się czas od wczesnego ranka do późnego popołudnia, wypoczywało się na zielonej murawie, a woda była nader czysta i przejrzysta aż do dna.
    Łowiliśmy w niej cierniki, czyli małe rybki zwane "pikaczami". Tam po raz pierwszy zetknąłem się z wodą. Pływać nauczył mnie Marian Kroczyk, który na pobliskich łąkach pasł dwie czy trzy krowy, należące do ogrodnika pana Kłonieckiego. W ten sposób Maryś Kroczyk zarabiał parę groszy w okresie wakacji.
    Przychodził do naszej plażowej kwatery i tak się z nami zaprzyjaźnił. Najpierw nauczył mnie pływać "pieskiem", a że byłem uczniem pojętnym, szybko pojąłem także arkana pływania "żabką" i "na grzbiecie". Stałem się niezłym pływakiem, gdyż w czasie kolejnych "trzecionordowych wakacji" przepływałem dość szerokie jezioro. Na drugim brzegu wypoczywało się w cieniu "Czerwonej Stodoły" pana Mączyńskiego, a potem znowu do wody i z powrotem na "trzeci nord". Oczywiście w czasie owych pływackich maratonów byliśmy asekurowani przez starszych chłopców, którzy jak potężne krążowniki płynęli przy nas na tzw. "korabiach", czyli solidnych wałkach, splecionych z sitowia, które były niezatapialne i pozwoliły umęczonemu pływakowi wypocząć. Zarzuciwszy na "korab" ręce pływak trwał w bezruchu, utrzymywany na powierzchni wody.
    Była wielka frajda, kiedy do brzegu "trzeciego nordu" dobijały kajaki i łodzie żaglowe. A sporo było w przedwojennym Żninie amatorów wioślarstwa i żeglarstwa. Bracia Jarosław, Edmund i Janusz Smorowscy, bracia Antoni i Jan Jurkiewiczowie nieraz mnie i kolegów zapraszali do swych łodzi i kajaków na przejażdżki po Małym Jeziorze. Najbardziej ceniłem wówczas dopłynięcie do dużej Wyspy, która zarośnięta szuwarami z masą różnego ptactwa wodnego była dla mnie pełna tajemnic. Przedzieraliśmy się przez pasma trzcin i osiągaliśmy stały ląd z małymi wierzbami. Byliśmy niewidoczni. Nad nami błękit nieba z jaśniejącym słońcem, a panowie z nami penetrują tajemniczą wyspę, opowiadając niesamowite historie o upiornych nimfach wodnych. Mówili nam także o tragicznych wypadkach i o tym, że niedawno w wodzie Małego Jeziora tuż przy "trzecim nordzie" utonął w upalną niedzielę młody chłopiec, syn zduna (czyli jak się wówczas określało ten fach - "garncarza") - pana Jagodzkiego, mieszkającego w kamienicy przy Rynku w Żninie.
    Opowieści te pobudzały wyobraźnię i napędzały nam sporo strachu. A w słoneczne dni, kiedy widoczność była dobra i powietrze drgało od upału, w ciszę południa wkradał się odległy, dobrze słyszalny grzmot. Panowie, którzy przywieźli nas łodziami i kajakami na Dużą Wyspę, wytłumaczyli nam, że to nie symptomy zbliżającej się burzy, lecz salwy artyleryjskie, które przeprowadzają ostre strzelania na znanym w okresie przedwojennym poligonie w Biedrusku pod Poznaniem, odległym w linii prostej od Żnina o około 70 km.
    Opiekunowie zdradzili nam, że wojsko polskie intensywnie ćwiczy, gdyż wojna z Niemcami jest nieunikniona. Bardzo to nas zasmuciło.
    Wiadomo, że wakacje muszą być urozmaicone. Kiedy znudził się "trzeci nord" i nastały dni pochmurne, dołączyłem do grona rówieśników i wyruszaliśmy "na kanały". Były to podmiejskie łąki, na których ich właściciele kopali torf. Pozostały głębokie sadzawki, wypełnione czyściutką wodą, na której powierzchni rozłożyły swe liście grążyce, wodne lilie i nenufary. Ach, co za frajda było zażyć kąpieli w takim kanale i szczęśliwie przepłynąć kilkadziesiąt metrów na drugi brzeg! "Na kanałach" prym wiedli Ignacy i Kazimierz Płazalscy oraz Aja Pietras, którzy wypasali tam kozy (sporo tych zwierząt hodowano w przedwojennym Żninie). Chłopcy ci znali wąskie przejścia między torfowiskami, wiedzieli, gdzie można nałapać raków.
    Większość chłopców brzydziła się tymi skorupiakami, lecz ja - pouczony w domu - przynosiłem z "kanałów" raki, z których przyrządzano ulubioną przez całą rodzinę - zupę rakową. Pycha - niebo w gębie.
    Kiedy zachmurzyło się i zaczął padać deszcz, "koziarki" - między ustawione w wysokie pryzmy kostki torfu, rozciągali pałatki i gromadzili się w owych namiotach. Aja Pietras, starszy od nas, zwykle snuł makabryczne opowieści i napędzał nam - kilkuletnim chłopcom nie lada strachu. Mnie utkwiła w pamięci prawdziwa historia popełnienia w sitowiu, porastającym brzegi jednego z kanałów, samobójstwa przez sędziwego mieszkańca Żnina - pana Tytoniewskiego, który poderżnął sobie gardło... Brrr, brrr. Ta tragiczna samobójcza śmierć nie tylko mnie przeraziła, wstrząsnęła mieszkańcami Żnina. Pamiętam jak wędrowni śpiewacy i muzykanci, szybko chwytający lokalne nowinki, przybyli na nasze podwórko przy ulicy Kościelnej i żałośnie wyśpiewywali: - "O godzinie trzeci, Tytoniewski leci, na kanałach siada, brzytwę swą rozkłada. Po gardzieli, rach, rach, ciach - Tytoniewski w wodę wpadł".
    Do dziś mam przed oczami owych śpiewaków wędrownych i słyszę żałosną melodię oraz tragiczne słowa. Widzę także w oknie zapłakaną twarz naszej gosposi - Broni Malak, która aktorom spektaklu rzucała z okna zawinięte w papierki pięcio- i dziesięciogroszówki.
    Natomiast w lipcowe i sierpniowe niedziele odbywał się obowiązkowy, rodzinny wyjazd małą kolejką do Ostrówiec. Ojciec z reguły z nami tam nie jeździł, gdyż jako kibic sportowy przebywał na miejskim stadionie, dopingując w czasie meczów piłkarskich "Pałuczankę". O ile nie było lokalnych imprez, to zasiadał przed radioodbiornikiem, słuchając różnych sportowych transmisji.
    W Ostrówcach było fajnie. Był tam port rzeczny z barkami, które holował parostateczek. W ten sposób żnińska cukrownia tanio wysyłała drogą wodną wyprodukowany cukier. Jezioro Ostrowieckie było zdradliwe i głębokie. Nie mogliśmy tam zażywać kąpieli. Zakazu tego wobec dzieci ściśle przestrzegano, a szczególnie po tragicznym wypadku, kiedy w głębokiej wodzie utonął mały chłopiec, syn cukiernika Edwina Mitlewskiego, który prowadził swą kawiarnię i cukiernię w domu pana Władysława Derecha przy ulicy Śniadeckich 19 (dziś mieści się tam po przebudowie kiosk Ruchu po schodkach i sklep kosmetyków i art. drogeryjnych.
    W Ostrówcach chodziło się więc po pachnącym lesie. Szukało się zaskrońców. Potem udawaliśmy się na wypoczynek w sezonowej restauracji, którą prowadził p. Walenty Budziński z Oćwieki. Smakowity posiłek, popijany doskonałą "strzelającą" lemoniadą z browaru p. Zygmunta Zgorzalewicza w Żninie. Kiedy słońce chyliło się ku zachodowi, mała lokomotywka przerywanym gwizdem oznajmiała kończący się weekend i zapraszała do powrotu. Ludzie zwijali swe "majdany", zajmowali miejsca w wagonikach, pan konduktor Musiał sprawdzał, czy każdy ma bilet i czy przypadkiem ktoś nie zginął w leśnej głuszy. Okazało się, że wszystko w porządku. Jeszcze raz przeraźliwie zagwizdał parowozik, który z mozołem, sapiący, ciągnął sznur wagoników. Ja wpółsenny, ukojony stukotem kół, szczęśliwy i wypoczęty wracałem z "ostrowieckich wczasów" - do domu. A jutro poniedziałek, będzie z pewnością kolejny, słoneczny, upalny dzień, więc od rana znowu w tym uroczym, przyjeziornym zakątku powitam z radością "trzeci nord".
    Takie to były przedwojenne letnie wakacje, które z reguły spędzało się w miejscu swego zamieszkania. Ale nie było nudy i wrażeń nie brakowało. Życzę obecnej młodzieży również miłych wspomnień z letnich ferii.

Reklama

Stanisław Czabański
Pałuki nr 79 (31/1993)

 













Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 14/07/2025 14:21
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości