Reklama

Szkołę wiejską w Turzynie zaraz po wojnie wspomina Teresa Śliwa-Lisiecka z Kcyni

10/10/2023 12:20

14 października to Święto Komisji Edukacji Narodowej, popularnie zwane Dniem Nauczyciela. Z tej okazji prezentujemy pierwszą część wspomnień długoletniej nauczycielki Teresy Śliwy-Lisieckiej z Kcyni. Swoją przygodę ze szkołą rozpoczynała w 1945 r. w małej wiejskiej, prowizorycznie utworzonej szkółce, w której uczyła się do 1948 r. Później była nauka w odbudowanej po wojnie szkole wiejskiej w Mycielewie w powiecie szubińskim, w liceum pedagogicznym w Bydgoszczy, praca zawodowa w szkole podstawowej w Złotowie niedaleko Barcina, a na koniec w szkole podstawowej w Kcyni i Liceum Ogólnokształcącym m. Karola Libelta w Kcyni. Ciąg dalszy nastąpi.

W okresie międzywojennym w Polsce była bardzo rozbudowana sieć szkolnictwa powszechnego. Prawie w każdej większej wsi spotkać można było budynki, budowane zazwyczaj z czerwonej cegły, w których mieściły się szkoły powszechne o różnym stopniu organizacyjnym. Najczęściej uczył w takich szkołach jeden lub dwu nauczycieli, a nauka odbywała się w klasach łączonych. Każda szkoła posiadała wyznaczony obwód, z którego dzieci do niej uczęszczały. Obowiązkiem szkolnym objęte były dzieci do lat czternastu.

Po wybuchu wojny w 1939 r. polskie szkoły zostały zamknięte dla Polaków a wykorzystywane były na różne cele okupanta i bogato ozdabiane faszystowską symboliką, co powodowało agresywne ich potraktowanie przez naszych "wyzwolicieli” w 1945 r. W ten sposób spłonęła szkoła w Mycielewie w gminie Kcynia w powiecie szubińskim, do obwodu którego przypisana była wieś, w której zamieszkiwała moja rodzina, czyli Turzyn.

Reklama

Żądni oświaty, polscy mieszkańcy Turzyna niezwłocznie przystąpili do organizacji szkoły. Jeszcze szosą przemieszczały się na zachód wojska radzieckie, jeszcze z wojennej tułaczki wracali Polacy, a w budynku dworskim wygospodarowano dwa pokoje z przeznaczeniem na szkołę. Budynek ten znajdował się na wielkim podwórzu otoczonym budynkami inwentarskimi. W niewielkim budynku przeznaczonym na szkołę mieszkały trzy polskie rodziny, kwaterował sztab wojskowy, posiadali też biuro Polacy, zarządzający polskim majątkiem.

Powoli z wojennej tułaczki powracali przedwojenni nauczyciele. Do Mycielewa nikt nie wrócił, a ze szkoły pozostały zgliszcza. Brakowało nauczycieli. Do pracy przystępowali ludzie, którzy przed wojną uczyli się w szkołach średnich - eksternistycznie, czyli w trybie pracy domowej. Pierwszym nauczycielem w turzyńskiej szkole został mieszkaniec tej wsi - Edward Nowak. Był nim krótko gdyż został powołany do wojska.

Reklama

 

Dzieci z II klasy szkoły w Turzynie w 1947 roku, fot. z archiwum Teresy Śliwy-Lisieckiej

My, uczniowie, stanowiliśmy gromadę w różnym wieku, zabiedzoną, nędznie ubraną i najczęściej głodną, zaniedbaną pod względem higienicznym.

Urodzona tuż przed wojną nie byłam jeszcze w wieku szkolnym, ale chciałam już się uczyć. Udało mi się uzyskać zgodę i uczęszczałam do szkoły jako wolny słuchacz. Byłam malutka, wystraszona, mało zaradna. Bałam się wszystkiego co obce, a szczególnie żołnierzy radzieckich. Ubrana w zieloną sukienkę spodobałam się jednemu z nich. Wypatrywał mnie na wielkim podwórzu, brał na ręce, tulił do siebie. Obdarowywał ciastkami. Wychowana w ciągłym posłuszeństwie i zastraszana bałam się tego człowieka, a ciastka oddawałam innym dzieciom. Po latach zrozumiałam, że człowiek ten, biorąc mnie na ręce zaspokajał rodzinne instynkty. Może gdzieś w rodzinnym kraju pozostawił podobną do mnie siostrę lub córkę?

Reklama

Pamiętam, że idąc pierwszy raz do szkoły, miałam ze sobą jakiś ogryzek ołówka oraz stary notes. Inne dzieci wyposażone były podobnie, a ktoś miał nawet przedwojenną tabliczkę z rysikiem. Dla mnie była to rzecz nieznana i byłam nią zachwycona. Nie pamiętam, czy były w pomieszczeniu jakieś ławki.

Z późniejszego okresu pamiętam długie ławki z pulpitami, na których były wydrążone rowki na przybory szkolne i otwory na kałamarze. Atrakcję dla nas było liczydło z kolorowymi kulkami. Ponieważ Edward Nowak został powołany do wojska, więc dojeżdżała do nas kwalifikowana przedwojenna nauczycielka z Kcyni pani Cecylia Szczepaniak. Była bardzo miła. Uczyła nas prawidłowej polskiej mowy, uczyła śpiewać, co nam się bardzo podobało. Do dziś pamiętam tekst piosenki „Jadą, jadą dzieci drogą” oraz pieśni „Witaj majowa jutrzenko!”, którą śpiewaliśmy na uroczystości poświęcenia drewnianego krzyża postawionego przy polnej drodze. Społeczeństwo wiejskie chętnie brało udział w imprezach organizowanych we wsi (jasełka, seanse kina niemego itp.).

Reklama

Czas mijał i powoli z wojennej tułaczki powracali nauczyciele, którym udało się przeżyć wojenny koszmar, zgotowany przez okupanta. Z werwą przystępowali do pracy.

Do turzyńskiej szkoły przybył kwalifikowany nauczyciel, Alojzy Goliński z Kcyni. Nauczyciel przywoził nam dziecięce czasopisma: „Płomyczek”, „Płomyk”, „Iskierki” i na nich uczyliśmy się, ponieważ nie mieliśmy polskich podręczników. Pan Goliński chodził z nami na wycieczki. Poznawaliśmy w ten sposób tajemnice świata zwierzęcego i roślinnego. Jesienią zbieraliśmy kolorowe liście, owoce jarzębiny, kasztany, szyszki, żołędzie, z których na pracach ręcznych tworzyliśmy różne zwierzaki i ludziki. Pan Alojzy bardzo zaangażowany w pracę przygotowywał imprezy, które odbywały się w dworskim spichlerzu. Dla nas występy na prowizorycznej scenie były wielkim przeżyciem i wielkim dowartościowaniem.

Reklama

Nauczyciela interesowały warunki, w jakich przyszło nam żyć w tym ciężkim powojennym czasie. Wędrował więc pieszo po wsi by sprawdzić, czy mamy co jeść, czym oświetlić mieszkanie, w co się ubrać. W stosunku do nas był bardzo wymagający i rygorystyczny. Nierzadko stosował na wzór przedwojenny kary cielesne, do czego służyły piórniki i linijki. Często też zostawiał kogoś za karę po lekcjach w kozie, aby zmusić do uczenia się.

Nauka w naszej szkole odbywała się w systemie klas łączonych. W jednym pomieszczeniu przebywały dzieci dwóch klas. Nauczyciel tak organizował zajęcia, by jedni wykonywali prace ciche a drudzy uczyli się głośno. Taki system pracy wymagał dużego zaangażowania nauczyciela i zdyscyplinowania uczniów. Aby ułatwić swoją pracę, nauczyciele przygotowywali sobie różne pomoce naukowe. Z czasem opracowywano podręczniki szkolne i zapewne jakieś ujednolicone programy nauczania.

Reklama

Pierwsze po wojnie jasełka, przygotowane w roku 1945 przez Alojzego Golińskiego w Turzynie, scena w spichrzu w Turzynie, fot. ze zbiorów Teresy Lisieckiej

Jednym z obowiązkowych przedmiotów nauczania była religia. Uczył jej nauczyciel. Prócz religii w szkole na katechizację przygotowującą do przyjęcia Pierwszej Komunii Świętej chodziliśmy dwa razy w tygodniu do parafialnego kościoła, gdzie gromadziły się dzieci z całej parafii. Stanowiliśmy liczną, zróżnicowaną wiekowo i intelektualnie grupę. Nic więc dziwnego, że księdzu trudno było nas zdyscyplinować i stosował w tym celu niemiłe metody. Nauka w szkole rozpoczynała i kończyła się modlitwą. Nasze wyniki nauczania i zachowania oceniano skalą od 1 do 4, przy czym najlepszą oceną była jedynka. Niebawem przenieśliśmy się do szkoły w Mycielewie. Ale to materiał na inną okazję.

Reklama

 Teresa Śliwa - Lisiecka

DN2023

Miejsce zdarzenia mapa Pałuki Żnin
Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości