Reklama

O szkole w Gorzycach opowiadają Irena i Aleksander Chmielowscy

- Sanepid przyjeżdżał i pytał czy jest pocięty papier w ubikacji, która w tamtych czasach była na zewnątrz - wspomina Aleksander Chmielowski, nauczyciel matematyki i dyrektor szkoły w Gorzycach. Jego małżonka Irena Chmielowska uczyła w klasach I-III. Aktualnie są na emeryturze, a sił dodają im ukochane wnuki. Z przyjemnością wrócili do wspomnień, by podzielić się obrazem szkoły z dawnych lat.

Angelika Uścińska: - Jak wyglądała Państwa kariera nauczycielska?

Irena Chmielowska: - Uczyłam się przez 5 lat w Liceum Pedagogiczne w Nakle nad Notecią. Zdobyłam na WSP w Bydgoszczy specjalizacje nauczania 1-3. Cały czas musiałam się dokształcać. Jeździć na zgrupowania. Pierwszą pracę podjęłam w Ryszewie, ale tylko rok tam przepracowałam. W szkole nie było dobrych warunków. Musiałam dojeżdżać, co nie było wygodne. Następnie zostałam zatrudniona w Żarczynie. Potem do emerytury pracowałam w Gorzycach. W mojej rodzinie rodzeństwo również zostało nauczycielami.

Reklama

Aleksander Chmielowski: - W mojej rodzinie tata był nauczycielem matematyki i był również dyrektorem w Żarczynie. Studiowałem na SN czyli studium nauczycielskie w Toruniu przez dwa lata. Pamiętam jak w sierpniu pojechałem do Bydgoszczy i chciałem studiować inżyniera mechaniki, bo miałem smykałkę do tego. Pani w sekretariacie mnie wygnała. Stwierdziła, że lepiej abym pracował w czystym. Na studiach miałem ciężko. Nie pod względem nauki, ale w internacie nie traktowali mnie dobrze, ponieważ miałem 17 lat, a oni po 26. Uciekali przed wojskiem, dlatego poszli na studia. Kto szedł na SN, ten był zwalniany z dwuletniej służby wojskowej. Pierwsza szkoła, w której zacząłem pracę, była w Gorzycach. Byłem dyrektorem. I tam pracowałem aż do emerytury.

fot. z archiwum Ireny Chmielowskiej

- Czy w tamtych czasach łatwo było zostać nauczycielem?

Reklama

I.C.: - Niełatwo było zostać nauczycielem. Trzeba było dużo się uczyć. Zanim człowiek dostał się na studia musiał zdać egzaminy. Przypominały matury. Każdy siedział osobno. Z języka polskiego, matematyki i muzyki. Trzeba było mieć słuch i nawet śpiewać. Kiedyś tak było. Nauczyciel musiał grać na instrumentach. W liceum uczyliśmy się grać na skrzypcach czy akordeonie.

A.C.: - Każdy nauczyciel musiał mieć zajęcia z psychologii, pedagogiki, nauczania początkowego oraz metody nauczania. Do tego jeszcze lekcje trzeba było prowadzić, które były oceniane. Chodziliśmy do szkoły ćwiczeń. Na SN trzeba było prowadzić obserwację uczniów, to jak zachowuje się na przerwach, jak na lekcjach. Musieliśmy mieć dokładne przyuczenie do zawodu.

Reklama
fot. z archiwum Ireny Chmielowskiej

- Jak wyglądała nauka w szkole?

I.C.:  - Ja przede wszystkim bardzo lubię dzieci. Zawsze dbałam o to, aby ten najsłabszy był zauważony, żeby czuł się ważny. Chciałam, aby ten uczeń wiedział, że jest częścią klasy. Przygotowywałam wraz z dziećmi apele, przedstawienia na gwiazdkę. Nie tylko z dziećmi od 1-3, ale ze wszystkimi. Pamiętam jak zrobiłam przedstawienie z starszą młodzieżą z 7 i 8 klasa. Mieliśmy nawet stroje wypożyczone z teatru z Bydgoszczy. Tytuł tego przedstawienia to był Śpiew Kolibra. Musieliśmy jeszcze raz przedstawić, bo wszyscy chcieli je zobaczyć. Rodzice bardzo chętnie angażowali się w organizację. Nawet w gazecie o tym pisali.

Reklama

A.C.:  - Wspaniała przygoda. Rozpocząłem nauczanie, gdy po raz pierwszy wprowadzono 8 klasę. Miałem wtedy 19 lat, a mój uczeń 17 i nie jeden był o głowę większy. Pomimo tej różnicy wzrostu, uczniowie mieli do mnie szacunek. Uczyłem matematyki, fizyki i chemii. Następnie kolega poszedł na urlop, to uczyłem w-fu.

- Jak dzieci spędzały czas na przerwach?

I.C.: - Na przerwach bawili się na boisku w ganianego czy chowanego. Wiosną grali w gumę, chłopka, grali też piłką czasami. Zimą także wychodzili. Jak śnieg był, to co tam się działo! Mogli rzucać się śnieżkami, ale nie takimi zbitymi, aby nie zrobili sobie krzywdy.

Reklama

A.C.: - W klasach zostawali tylko dyżurni. Gdy zimą był zbyt mroźna, to dzieci chodziły po korytarzach. W późniejszych czasach w okresie zimowym dostawały kawę zbożową.

fot. z archiwum Ireny Chmielowskiej

- Jak dzieci spędzały czas poza szkołą?

A.C.: - Zimą organizowaliśmy kuligi. Czy to z koniem, czy z traktorem. Jeździliśmy z Gorzyc do Brzyskorzystewka przez las albo Gorzyce - Górki Zagajne.

I.C.: - Jednej dziewczynce to aż sanki się zepsuły. A jeszcze pan kierowca specjalnie robił zakręty, wiraże, by dzieci miały uciechę. Bywały również ogniska co sobotę w czasie letnim, ale to organizowała tylko starsza młodzież. Bawili się na glinicy. Puścili sobie muzykę z magnetofonu i tańczyli. Przyjeżdżała nawet młodzież z Podobowic czy ze Żnina, bo zawsze były dobre zabawy i dyskoteki w Gorzycach. Młodzież nie piła alkoholu, bardziej skupiała się na zabawie, głupotach, śpiewaniu i tańczeniu. A ja lubiłam sobie siedzieć i patrzeć jak przyjemnie się bawią. Nie ja jedna, bo przychodziły inne starsze osoby. Bardzo miło wspominam te czasy i żałuję, że już ich nie ma. Z młodzieżą miałam bardzo dobre kontakty. Nigdzie tak nie było fajnie, jak w Gorzycach. Poza tym, dyrekcja wraz z komitetem rodzicielskim organizowali wycieczki do Torunia, Wieliczki, nad morze albo do Inowrocławia i Bydgoszczy na basen. Umiałam dobrze pływać, więc rodzice się nie bali.

Reklama

A.C.: - Nad tym morzem to dzieci były tak bardzo podekscytowane, że chłopacy szybko rozbierali swoje ubrania i wbiegali do wody. Na plaży leżały w jednym miejscu spodenki, w drugim skarpetki, gdzie indziej buty. Dziewczyny w sukienkach się moczyły. Wtedy tyle radości było! Krzyczałem, żeby dzieciaki wracali, ale one nadal się kąpały.

- Czy były organizowane zajęcia dodatkowe?

A.C.: - Do szkoły średniej trzeba było zdawać egzaminy. Trzeba było tak uczyć, aby zdawali. Nie było konkursów świadectw, tylko egzaminy. Na dodatkowe zajęcia nie miałem zbytnio czasu, bo dojeżdżałem z Żarczyna. Miałem 36 godzin lekcyjnych w etacie. Zaczynałem od 9, czyli drugiej lekcji i wracałem za 15:50 do domu autobusem. Czasami zostawali po godzinach. To były tak zwane zajęcia wyrównawcze.

Reklama

I.C.: - Ja też prowadziłam zajęcia wyrównawcze. Czasami, gdy czegoś uczeń nie umiał, nie rozumiał, to trzeba było mu wytłumaczyć. Jeśli nie mylę to dwa razy w tygodniu. Na spokojnie trzeba było usiąść z nimi i poćwiczyć. Dzieci jak przychodziły ze szkoły, to musiały pomóc swoim rodzicom w pracach domowych czy na gospodarstwie. Czasem nie miały czasu na przygotowanie się do kolejnych zajęć.

A.C.: - Przecież te dzieci musiały chodzić na pieszo albo rowerem do szkoły ze sąsiednich wiosek Słabomierza, Sulinowa, Dochanowa czy Nadborowa. Teraz to mają dobrze. Podjeżdża autobus.

Reklama
Chociaż ciężko pracowało się na polu, to zawsze znalazł się powód do uśmiechu fot. z archiwum Ireny Chmielowskiej

- Jak były organizowane zajęcia dla osób niepełnosprawnych?

A.C.: - Niepełnosprawni mieli naukę indywidualną w domach. W tamtych czasach uczeń musiał mieć ukończoną szkołę podstawową. Jeśli tego nie miał, to nie mógł zdać prawo jazdy.

I.C.: - Ja jeździłam do jednego ze Sulinowa. Byłam pełna podziwu, ponieważ był zdolny do muzyki, do taktu, do śpiewania. Miał ogromny talent. Uczyłam go literek, aby potrafił się podpisać. Próbowałam przekazać mu podstawową wiedzę o świecie.

fot. z archiwum Ireny Chmielowskiej

- Jak wspominają Państwo uczniów?

Reklama

I.C.: - Bywały spokojne dzieci, pilnie uczące się oraz urwisy. Niektórych pamiętam, aczkolwiek czasem trudno dokładnie przypomnieć sobie daną twarz, bo przecież minęło tyle lat. Bywa i tak, że pamiętam zarys sytuacji, ale nie wiem z jakim uczniem połączyć daną sytuację. Jednak trzeba powiedzieć, że te dzieci były kochane, zabawne i grzeczne. Może czasem coś spsociły, ale nigdy to nie było złośliwe. Prędzej człowiek się zaśmiał. Dzieci zawsze przepraszały. To trzeba przyznać.

A.C.: - Ja dzieciom powiedziałem od razu, że jeśli coś złego zrobią, to od razu mają mnie poinformować. Bo na przykład zostawienie zbitej szyby to większe niebezpieczeństwo niż samo wybicie. Dzieci od razu przychodziły i mówiły prawdę. Gdy organizowaliśmy gwiazdki noworoczne, to zawsze starałem się o paczki do wszystkich uczniów. Nie wszystkich rodziców było stać, więc komitet rodzicielski rozdzielał pieniądze. Zdarzało się, że dziecko wstydziło się przychodzić na gwiazdkę, bo myślał, że nie dostanie paczki. Wtedy wysyłałem jednego ucznia, by ten go zawołał. Paczka na niego czekała. Był czas, że nie mieliśmy porządnego boiska. Była tylko glinica. Wtedy ten jeden budynek nie należał do szkoły, ale do urzędu gminy. Bramka stała przed oknem na boisku. Okno było na pierwszym piętrze. I mówię do jednego ucznia, że jak trafi w lewy górny róg okna, to ma 5 z matematyki. W okno trafił i dostał 5 z matematyki. Z gminy to ludzie wybiegli tacy przerażeni, ale zabawnie było.

Reklama
fot. z archiwum Ireny Chmielowskiej

- Jak szkoła zdobywała prestiż w tamtych czasach?

A.C.: - Prestiż miała ta szkoła, która osiągała wyniki w nauczaniu czy sporcie. Liczyła się również zdawalność egzaminów do szkoły średniej oraz udział w konkurach przedmiotowych. Pamiętam, jak przygotowywałem uczennicę Małgorzatę z VIII klasy. Przerobiłem z nią nawet materiał z liceum. W 1979 roku w międzywojewódzkiej olimpiadzie matematycznej w Toruniu zajęła II lokatę. Do tej pory posiadam wycinek z gazety.

- Jak wyglądały zawody?

A.C.: - W Gorzycach mieliśmy najwięcej łyżew figurowych damskich. Do glinicy napuszczałem wody, tafla zamarzała i tam uczniowie całą zimą ćwiczyli jazdę na łyżwach. W lutym na zawodach w Żninie szkoła w Gorzycach na 10 miejsc pierwszych zajęła 9. Teraz dzieci nie znają takich dyscyplin jak złoty krążek czy błękitna sztafeta. Gdy moje dzieci jechały do Torunia na zawody, to pierwszy raz widziały sztuczne lodowisko. Trzeba było naostrzyć inaczej łyżwy. Uczniowie musieli uczyć się na nowo jeździć na łyżwach, ale dobrze sobie poradziły. Z w-fistą, Kazimierzem Łukomskim, jak wracaliśmy do domu z uczniami, dojechaliśmy do Bydgoszczy, a tam okazało się, że nie ma żadnego kursu na Żnin, bo wszędzie zasypane. Doleciałem do autobusu, który był pełny. Prosiłem, by zabrał dzieci do Kcyni. Kierowca powiedział, że gdyby wiedział od początku, to tylko sportowców zabrał. Jakoś tam potem dojechaliśmy do tej Kcyni, a z Kcyni do Gorzyc troszkę taksówkarz grupowo nas podwoził. Jedna grupa szła, a druga kawałek jechała taksówką, potem taksówka musiała wrócić po pierwszą grupę i podwoziła dalej. Ale już z Nadborowa szliśmy pieszo.

I.C.: - Mówili, że odwiecznym rywalem szkoły w Gorzycach była ta w Brzyskorzystwi.

A.C. - O tak! W piłce ręcznej to ostro rywalizowaliśmy z Brzyskorzystwią. Jeszcze z Królikowem. Pozostałe nie miały szans z naszymi uczniami. Pamiętam, że zawody powiatowe odbywały się w Dziewierzewie, Janowcu, Brzyskorzystwi, Królikowie, a szkoła Gorzycach zawsze była wśród najlepszych.

Drużyna dziewczyn wraz z trenerem fot. z archiwum Ireny Chmielowskiej

- Jak dbali Państwo o szkołę?

I.C.: - Sama kupowałam materiały do mojej klasy. To był mój konik. Chciałam, aby dzieciom było przyjemnie i miło. Kupowałam szpileczki, kredy, kolorowe papiery czy brystole. Wycinałam motyle, kwiatki, aby pięknie wyglądało.

A.C.: - Szkoła nie dostawała pieniędzy zbyt często. Dzieci piły wodę z kranu, który był na podwórku. Dość często oblewali się wodą dla zabawy. Zimą trzeba było o 5 wstać i napalić w piecu kaflowym. Robiła to obsługa szkoły. Nikt nie zwracał kosztów podróży, gdy jeździło się z dzieciakami na zawody czy konkursy.

- Jak wyglądały remonty w szkole?

A.C.: - Gdy był problem z remontem, to dużo pomagali rodzice. Bardzo się angażowali. Ode mnie wyszła inicjatywa budowy sali gimnastycznej w Gorzycach. To było mniej więcej 1990. W tych czasach brakowało materiału do budowy. Trzeba było zwieść żwir, która udzieliła nam Współdzielnia Produkcyjna w Nadborowie, a rodzice wozili przyczepami. Razem z Panem Ziętkiem, ówczesnym sołtysem Gorzyc, i młodzieżą po szkole podstawowej kopaliśmy fundamenty. Jechaliśmy po pustaki do Solca Kujawskiego. Razem też zalewaliśmy fundamenty. Mieszaliśmy beton. Sołtys bardzo się w to angażował. Społeczeństwo pomagało finansowo. Zmieniliśmy także plan budowy. Na początku miała to być tylko sala gimnastyczna, ale chciałem, aby odbywały się tam również imprezy wiejskie. Na dole była poczta, telekomunikacja a na górze sala gimnastyczna, kuchnia, toalety oraz szatnie.

fot. z archiwum Ireny Chmielowskiej

- Co różni dzieci na przestrzeni lat?

I.C.: - Gdy dzieciak na urodziny czy imieniny dostał 2 złote na oranżadę, to jak wypił to gaz szedł mu oczami i nosem, bo był taki szczęśliwy. Takie to czasy były! Tamta młodzież była taka sympatyczna. Dawniej dzieci dużo czasu spędzali na zewnątrz. Bawili się w podchody czy w lesie. Dużo spotykali się. Młodzież miała ducha do sportu i zabawy. Inny człowiek. Nie byli tacy wulgarni. Gdy coś zbroili, to z pokorą przyznawali się do winy. Widać było, że żałują. Dzieci były zdyscyplinowane. Sami sobie zabawy wymyślali.

A.C.: - Zdrowi byli, bo mieli dużo aktywności na powietrzu. Teraz to za dużo siedzą przed komputerami. Nie mieli takich złośliwych pomysłów, by dokuczyć nauczycielowi. Bardziej takie zabawne psikusy. A jakie uczynne te dzieci były.

- Jak wspominają Państwo nauczanie w Gorzycach?

I.C. - Szkoda, że człowiek już to wszystko przeżył, ale trudno. Pozostały wspaniałe chwile w pamięci. Mam nadzieję, że młodzież również miło wspomina te czasy. Było wesoło i uczciwie. W życiu człowieka najważniejsze jest to, aby pozostawił po sobie miłe wspomnienia. Widać było, że rodzice jak i dzieci żyją tą szkołą. Było tak cudownie.

A.C.: – Mam podobnie. Życie kulturalne i współpraca pomiędzy szkołą, rodzicami oraz młodzieżą prowadziła do jedności.

Angelika Uścińska, 19 IV 2021

DN2023

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości