W jednej sekundzie w mieszkaniu runęła ściana. Złożyła się, jakby była zbudowana z klocków. Na szczęście nikomu się nic nie stało. Wypadek ten, jak mówią mieszkańcy, był kwestią czasu, bo fatalny stan budynków utrzymywał się od lat.
Siedmioosobowa rodzina państwa Rosiek ze Słupów po zawaleniu się ściany ich domu mieszka w świetlicy w dawnym pałacu. Pracownicy Miejsko-Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Szubinie pomogli rodzinie jakoś urządzić się w świetlicy i stworzyć warunki do mieszkania. Na razie nic nie wskazuje na ich szybki powrót do domu. fot. Remigiusz Konieczka
W 2012 roku państwu Bajczykom spaliło się mieszkanie. Ogień strawił niemal cały lokal. Przez dziurę w suficie i dachu można było oglądać niebo. Już wtedy można było mówić o szczęściu, bo pożar wybuchł w środku nocy, ale nikomu nic się nie stało. Mieszkańcy liczyli straty i liczyli na pomoc ludzi przy odbudowie. Z trudem odtwarzali to, co strawił ogień. Po trzech latach znów mówią o tragedii oraz o szczęściu, bo wszyscy są cali i zdrowi.
Odkryta ściana została zabezpieczona przed deszczem przez strażaków fot. Remigiusz Konieczka
30 lipca przed południem zawaliła się ściana budynku, w którym mieszkali państwo Bajczykowie oraz dwie kolejne rodziny. Nie zawaliła się w dół, nie było rumowiska, ściana odpadła od budynku i przewróciła się na bok.
- To stało się po 9:00 - mówi Iwona Bajczyk. - Byłam akurat w domu i usłyszałam coś jakby kuna latała. Jakby coś biegało za ścianą. Nagle zobaczyłam jak router, który był podłączony do gniazdka sieci na tej ścianie, wyleciał do góry. Potem ściana wyleciała na dwór, a router pociągnięty przez kabel, razem z nią. Nie do końca byłam świadoma, co się stało. Dopiero sąsiad powiedział, że cały szczyt leży. Ja byłam sama w domu, syn na podwórku, a po straż dzwonił sąsiad, bo ja w tym szoku nie wiedziałam co robić.
Ściana przewróciła się na ogród, ale na szczęście nikomu nic się nie stało. Na miejsce przyjechały cztery zastępy straży pożarnej: dwa z JRG Szubin, OSP Szubin i OSP Ciężkowo. Strażacy zabezpieczyli dziurę po zawalonej ścianie przed deszczem i wiatrem. Na miejsce został wezwany powiatowy inspektor nadzoru budowlanego z Nakła Bogusław Wołowicz. Uznał, że budynek nie nadaje się do zamieszkania i nakazał rodzinom opuszczenie go. W sumie w budynku mieszkały trzy rodziny, razem 14 osób. Początkowo nakaz opuszczenia miały dwie rodziny, ale ta trzecia bała się zostać w zrujnowanym budynku i też się wyprowadziła. Teraz dwie przebywają u swoich rodzin, a jedna, najliczniejsza (siedem osób) mieszka w świetlicy wiejskiej.
- Pojechałam z synem do Szubina do lekarza medycyny pracy - mówi inna lokatorka Joanna Rosiek. - Drugi syn został w domu i jak byłam w Szubinie, to zadzwonił do mnie i powiedział, że zawaliła się ściana. Przyjechałam, patrzę, sufit wisi i lada moment wszystko się zawali. Kazali nam opuścić dom i jakby nie pani sołtys, to nie mielibyśmy się gdzie podziać.
Przyczyną katastrofy budowlanej był pogarszający się stan nieruchomości, brak odpowiedniego odwodnienia, podmywanie ściany, osuwanie się gruntu. Bogusław Wołowicz, powiatowy inspektor nadzoru budowlanego zauważył, że teren był nachylony na ścianę, co sprzyjało podmywaniu. Budynek teraz nie nadaje się do zamieszkania, ale - jak powiedział Bogusław Wołowicz - może być wyremontowany, a potem zamieszkany, byleby remont został wykonany zgodnie ze sztuką budowlaną i przez fachowców. Inspektor powiedział, że wydał decyzję o wysiedleniu budynku, bo teraz zagraża on zdrowiu i życiu ludzi, ale decyzja co dalej, należy do współwłaścicieli nieruchomości. Współwłaściciele ledwo zdążyli wykonać remont po pożarze, a teraz przyjdzie im odbudować cały dom. Trudno im będzie postawić to wszystko od nowa.
Siedmioosobowa rodzina mieszka w świetlicy w dawnym pałacu. Kiedy tam poszliśmy z sołtys Agnieszką Krajnik-Damazyn, dopiero się urządzali. Posłanie wykonane zostało z materacy, rzeczy popakowane w worki leżały w rogu pomieszczenia. Jak powiedziała Magdalena Jęziorowska, zastępca dyrektora Miejsko-Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Szubinie, wraz z pracownikami pomogli tej rodzinie jakoś urządzić się w świetlicy i stworzyć warunki do mieszkania. Nie wiadomo, jak długo tam będą. Na razie nic nie wskazuje na ich szybki powrót do domu. Zastępca dyrektora M-GOPS zapewniła, że z ich strony pomoc finansowa dla rodzin dotkniętych katastrofą budowlaną zostanie skierowana.
- Czekamy na kosztorys. Nie wiemy na razie, jakie to będą koszty. Kiedy już je poznamy, to pomoc zostanie skierowana. Nie zostawimy ich samych - powiedziała Magdalena Jęziorowska.
Takie same deklaracje składa burmistrz Artur Michalak. Zapewnia, że pomoc będzie, ale na razie nie wiadomo, w jakiej wysokości. Wiadomo, że najprawdopodobniej będzie to wsparcie dla remontu, a nie na budowę od podstaw nowego budynku mieszkalnego. Do pomocy włączył się Caritas i Akcja Katolicka. Zresztą apel o pomoc został zamieszczony na gminnej stronie internetowej. Burmistrz zaapelował do wszystkich osób dobrej woli o pomoc finansową lub rzeczową. Wpłat można dokonywać na konto parafii pw. św. Wita w Słupach na numer: 90 8164 0001 2001 0006 4741 0002.
Mieszkańcy Słupów, z którymi rozmawialiśmy w czwartek, mówili, że budynek ma ponad sto lat, a wypadek był kwestią czasu. Dwa lata temu w budynku obok wybuchł kolejny pożar. Wtedy Joanna Rosiek pokazywała nie tylko starą instalację elektryczną, ale też popękane ściany. Zresztą pęknięcia widać też na drugiej ścianie szczytowej. Mieszkańcy pokazali nam, jak wygląda strych budynku po zawaleniu się ściany. Więźba dachowa podparta jest belkami, które są stare i w wielu miejscach spróchniałe. Tak samo jak deski. Wszystko było naprawiane doraźnie, własnym sumptem, a całość aż prosi się o kapitalny remont. Tylko, że na to lokatorzy nie mieli pieniędzy. Wcześniej budynki na tej ulicy należały do PGR. Jak PGR padł, to wszystko przejęła ówczesna Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa. Ta pozbyła się problemu i mieszkania sprzedała lokatorom za symboliczną złotówkę. Ci skorzystali z okazji, ale nie zdawali sobie sprawy z tego, że trzeba będzie w nieruchomość tylko inwestować. Co mogli, to robili, ale na niewiele się to zdało.
Zapytaliśmy Bogusława Wołowicza, czy otrzymywał sygnały o tym, że stan techniczny budynku jest coraz gorszy. Powiedział, że nikt mu tego nie zgłaszał. - Gdybym coś wiedział, to może byłbym w stanie zadziałać - powiedział.
Remigiusz Konieczka
Pałuki nr 1225 (31/2015)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze