Fotografia Samochodu, o którym jest mowa w tekście - stan po wypadku i akcji ratowniczej.
Cześć II
Proces po wypadku w Wójcinie
Jak informowaliśmy już (Pałuki 21 I 93, s.7), 27 maja rozpoczął się proces przeciwko Markowi J. (lat 20), oskarżonemu o spowodowanie wypadku drogowego w dniu 16 października 1992 r. w Wójcinie, w wyniku czego dwie dziewczyny (18- i 20-letnia) poniosły śmierć, a czwarty pasażer Marek O. (lat 22) do dziś odczuwa skutki wypadku. Najmniej ucierpiał sam oskarżony, który był nieprzytomny, ale poważniejszych obrażeń nie odniósł.
7 czerwca sąd przesłuchiwał ważnych świadków, zeznaje m. in. lekarz medycyny Teresa S., która w dniu wypadku miała dyżur na pogotowiu.
Według jej zeznań, karetka pogotowia na miejscu wypadku była około północy. "Maluch" był oświetlony przez stojący w pobliżu samochód, dzięki temu łatwiej było prowadzić akcję ratunkową. W samochodzie znajdowały się trzy osoby, najpierw próbowano wydobyć mężczyznę siedzącego za kierownicą, jednak nie było to możliwe, ponieważ od strony kierowcy były krzaki, wobec tego kierowcę wyciągnięto przez miejsce pasażera przez wybitą szybę.
Kiedy położyli go na trawie, Teresa S. stwierdziła, że oskarżony jest nieprzytomny, lecz akcja serca nie jest zatrzymana. Przy pierwszych oględzinach większych obrażeń nie stwierdziła. W tym czasie, gdy oglądała oskarżonego, już wyciągnięto dziewczyny, jedna z nich była nieprzytomna, druga przytomna, ale reagowała tylko na silne głośne polecenia. W akcję reanimacyjną dziewczyn było zaangażowanych kilka osób. Już w szpitalu okazało się, że był czwarty poszkodowany - Marek O.
Na pytanie przewodniczącego Jacka Kaszyńskiego, jakie obrażenia odniósł Marek O., świadek Teresa S. odpowiedziała, że miał wyczuwalne ręką pęknięcia, było to poważne złamanie, a kiedy udzielała mu pomocy, był w stanie szoku z rozpoczynającym się wstrząsem, który mógł doprowadzić do utraty przytomności.
Przewodniczący zapytał, czy jedna osoba z jedną sprawną ręką była w stanie przemieścić oskarżonego w samochodzie?
Lekarka nie mogła jednoznacznie stwierdzić czy świadek Marek O. mógł przenieść poszkodowanego z siedzenia pasażera na siedzenie kierowcy jedną ręką, ale wydawało jej się to mało prawdopodobne. Jeśli jednak chodzi o możliwość wyjścia pasażera z samochodu przez przednią szybę - według świadka było to możliwe.
Przewodniczący zapytał, jaką pozycję przyjmowała świadek przy wyciąganiu rannego z samochodu? Świadek stwierdziła, że pochylała się przez maskę, która była zamknięta.
Drugim świadkiem zeznającym tego dnia był Bronisław J. - ojciec oskarżonego, który zeznał, że informację o wypadku otrzymał od policjantów z Barcina. Kiedy wraz z żoną pojechali do szpitala, ich syna wieziono na prześwietlenie, matka chciała z nim rozmawiać, ale kontaktu nie mogła nawiązać. Świadka dziwiła mniejsza zawartość alkoholu we krwi Marka O, który pił razem z jego synem. Ojciec oskarżonego samochód oglądał trzykrotnie (wrak samochodu uwiecznił kamerą wideo ktoś z rodziny) i twierdzi, że jest duża różnica w jego stanie technicznym zaraz po wypadku i po czasie.
Po dociekliwych pytaniach pełnomocnika oskarżyciela posiłkowego, adwokata Andrzeja Lehmana, okazało się, że samochód nie był ubezpieczony (ubezpieczenie auto-casco).
Świadek Marek S., na którego posesji zabezpieczono samochód, powiedział, że o zabranie samochodu na jego podwórko prosiło go dwóch policjantów, samochód miał popękaną podłogę, ośka była wyrwana, koła trzymały się na wahaczu. Pojazd na drugi dzień po wypadku oglądało sporo osób, jednak nie zmienił on położenia od chwili przetransportowania go na podwórze, które jest zamknięte zabudowaniami i bramą. Do tej pory nikt nie wyraził chęci odebrania "malucha".
Wojciech K. razem ze swoim szwagrem Krzysztofem Rz. był pierwszy przy wypadku. Zeznał, że do domu zapukał mężczyzna skarżący się na ból ręki. Mówił o wypadku, jednak nie potrafił określić miejsca, w którym on się wydarzył. Chłopak nie wiedział, gdzie się znajduje i co naprawdę się stało. Kiedy dotarli na miejsce, okazało się, że drzwi "malucha" od strony pasażera były oberwane, ale trudno je było otworzyć i dopiero ze szwagrem udało je się otworzyć. Pasażerów wyciągano dopiero po przybyciu na miejsce karetki pogotowia. Według wersji tego świadka, mężczyzna nogi miał zakleszczone pod deską rozdzielczą. Twierdzi, że to on wyciągał oskarżonego przez drzwi od strony pasażera. Ofiary wypadku żyły - dziewczyny jęczały, jedna cicho, a druga głośniej.
Następnie przesłuchiwano dalszych świadków. Zeznawał kolega Marka J. - Piotr Ś. Z zeznań wynikało, że na ten dzień nie mieli żadnych planów, spotkali się w domu Marka J., w którym był już Marek O. Razem pojechali na camping w Koźlonach, który jest własnością rodziców Piotra.
Na campingu pili alkohol. Gdy postanowił jechać do domu, towarzysząca mu w drodze powrotnej Ewa N. w pewnym momencie powiedziała, aby zatrzymał samochód, gdyż w tym stanie nie może kierować. Do Barcina ona prowadziła samochód, a do Koźlon już nie wrócili.
Z zeznań świadków, którzy bawili się na dyskotece z Aleksandrą Z. wynika, że nikt nie zapamiętał osób, z którymi odjechała. Tylko Slawomir Ch. zapamiętał, że kiedy wyjeżdżali z dyskoteki, nie zachowali środków ostrożności włączając się do ruchu drogowego.
Już po wypadku jedną z osób, która była oglądać samochód, była Krystyna J. Jeździła ona dwa razy zobaczyć pojazd - pierwszy raz dlatego, gdyż w wypadku uczestniczył syn koleżanki, a drugi raz z małoletnim synem, aby pokazać mu, jakie mogą być skutki wypadku.
Przewodniczący zarządził przerwę w rozprawie do 17 czerwca 1993 r. W dniu tym przewidziana jest wizja lokalna.
Maria Warda
Pałuki (23/1993)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze