Mieszkający w Żninie długie lata Jerzy Ludwiczak był jednym z partyzantów Armii Krajowej, którzy uratowali się spod luf oddziału Armii Ludowej, która 4 maja 1944 roku napadła w Owczarni na przygotowującą się do odebrania alianckiego zrzutu kompanię por. Mieczysława Zielińskiego, ps. Moczar. W oparciu o spisane dla syna Jacka wspomnienia Jerzego Ludwiczaka przedstawiamy dziś historię tej zbrodni.

Jerzy Ludwiczak w okresie przynależności do oddziału lotnego Armii Krajowej por. „Hektora”, styczeń 1944 rok fot. archiwum rodzinne Jacka Ludwiczaka
Zimą i wczesną wiosną 1944 roku na Lubelszczyźnie rozpoczęli działalność partyzanci z Armii Ludowej. Ich aktywność wyrażała się w atakowaniu transportów i infrastruktury kolejowej, niewielkich niemieckich posterunków oraz placówek gospodarczych i administracyjnych. Komunistyczne grupy niszczyły także urzędy gminne, gorzelnie, mleczarnie, co nie pozostawało bez negatywnego wpływu na życie polskiej ludności, która musiała ponosić koszty niemieckich strat w postaci nakładanej przez okupanta kontrybucji.
Były to grupy bojowe pozbawione dyscypliny, zdemoralizowane i dowodzone przez młodych ludzi o nie najlepszej reputacji. Ze względu na przyjęcie sowieckiego punktu widzenia, dla AL wrogiem była również Armia Krajowa. Napady i zbrodnie dotykały nieprzychylnych komunistycznej partyzantce wsi, których mieszkańców rabowano, bito bądź uprowadzano i mordowano. AL-owcy nie oszczędzali nawet niezaangażowanych po żadnej ze stron ludzi, dokonując bandyckich napadów na gospodarstwa i domy.

Jerzy Ludwiczak fot. Remigiusz Konieczka
Wiele tego rodzaju akcji wykonywał oddział Bolesława Kaźmieraka Cienia, który na przykład w Zakrzówku (pow. kraśnicki) dopuścił się porwania miejscowego doktora i farmaceuty, których mieszkańcy musieli później wykupić za 100.000 zł. W tym czasie w pobliżu Zakrzówka z rąk grupy Cienia zginęło 5 członków AK, a w będących punktami oparcia AK wsiach - Boża Wola i Dębina - ludzie ci spalili 13 gospodarstw - tylko dlatego, że sprzyjały Armii Krajowej. Na początku marca cieniowcy w dwóch akcjach rabunkowych w Zakrzówku ukradli: 2 krowy, 4 świnie, 3 wozy, 4 kożuchy, 19 koni i 290 zł. Według meldunku AK, na pytanie o przyczyny rabowania zwykłych ludzi, odpowiadali: my za was giniemy.
Z czasem coraz brutalniejsze ataki ze strony komunistycznych grup kierowane były nie tylko przeciwko ludności cywilnej, ale i oddziałom Armii Krajowej, Narodowych Sił Zbrojnych i Batalionów Chłopskich, podczas których dochodziło do licznych morderstw. 27 lutego 1944 r. oddział Cienia zaatakował majątek Józwów, gdzie zamordowano krzesłami dwóch członków AK. Żołnierze AK zginęli w wyniku ataków grupy Cienia 15 kwietnia 1944 r. pod Studziankami i 22 kwietnia 1944 r. pod Marynopolem.
Armia Ludowa, mając swoich politycznych zwierzchników w komunistycznej PPR, nie była traktowana przez polski Rząd na Emigracji oraz będące jego przedłużeniem na kraj struktury Polskiego Państwa Podziemnego, jako polska, niepodległościowa partyzantka. W Biuletynie Informacyjnym, organie prasowym Komendy Głównej AK, 9 grudnia 1943 roku ukazał się artykuł PPR - sowiecka agentura, w którym m.in. czytamy: Dlaczego zwalczamy PPR (Polską Partię Robotniczą)? Nie ze względu na jej program społeczny, ale dlatego, że jest to w Polsce agentura obcego i nieprzyjaznego mocarstwa. Nie polskich, lecz sowieckich broni ona interesów.(...) PPR wzywa do nieposłuszeństwa wobec zarządzeń władz polskich, a przez wystąpienia prowokacyjne stara się przekreślić polską taktykę walki z okupantem. (...) PPR spełnia rolę „piątej kolumny” sowieckiej. PPR nigdy nie uznała emigracyjnego rządu polskiego za jedyną legalną i prawowitą władzę. Poza tym wielu spośród członków AL i PPR było zarazem agentami radzieckich służb wywiadowczych, niejednokrotnie jako działacze partii komunistycznej jeszcze przed wybuchem wojny.

28 kwietnia 1944 roku doszło do odprawy oddziałów Armii Ludowej, podczas której dostały one rozkaz rozbijania i likwidowania oddziałów polskiego podziemia niepodległościowego. W celu ukrycia zbrodni zalecano, aby likwidacji przeciwników dokonywać bez pozostawiania śladów, najlepiej w lesie, z dala od zabudowań. Rozkaz ten pociągnął za sobą coraz bezwzględniejsze akcje przeciwko organizacjom niepodległościowym i ich zwolennikom, w czym największą aktywność wykazywała grupa Cienia.
Wobec tego rodzaju poczynań komunistów, mobilizację placówek NSZ zarządził mjr Leonard Zub-Zdanowicz Ząb, co ograniczyło ataki oddziałów AL przeciwko nim. Skutkiem tego skierowane one zostały przeciwko AK. Zamiarom prosowieckich grup sprzyjały poczynania komendanta AK w Lubelskiem płk. Kazimierza Tumidajskiego Marcina, zabiegającego o ograniczanie wzajemnych walk i zakazującego zwalczania grup komunistycznych. Na domiar złego niektórzy dowódcy AK utrzymywali kontakty z AL, co nie służyło pełnej konspiracji, i było wykorzystywane do wrogich działań. Tak było m.in. w przypadku partyzanckiego oddziału Hektora, do którego należał Jerzy Ludwiczak Fiat, wydzielonego z 3. kompanii 15. pułku piechoty Armii Krajowej Wilków.
JERZY LUDWICZAK W ODDZIALE HEKTORA
Oddział powstał we wrześniu 1943 roku w powiecie Puławy i był to pierwszy lotny oddział na tym terenie. Jego pierwszym dowódcą był por. Jan Zdzisław Targosiński Hektor.
Na samym początku w jego składzie znaleźli się ludzie zdekonspirowani przez niemieckiego okupanta, dla których jedyną drogą ratunku i możliwością dalszego działania była partyzantka.
Był wśród nich także Jerzy Ludwiczak, który w ostatniej chwili - dzięki podstępowi ojca - uciekł przed aresztowaniem gestapo. - W lipcu 1943 roku przeprowadzamy się do Puław, gdzie ojciec zostaje nadleśniczym lasów państwowych. W pierwszych dniach września 1943 roku, około 6 rano, nadleśnictwo otoczyli gestapowcy z Lublina, którzy po wejściu zapytali ojca: „wo ist Ludwiczak Jerry?” Ojciec zrozumiał, że to przyjechali po mnie i przytomnie odpowiedział: „das ich bin”. Po krótkiej rewizji kazali ojcu się ubrać i pozwolili pożegnać się z nami. Gdy ojciec mnie całował w czoło, szepnął: „to po ciebie - uciekaj” - pisał we wspomnieniach Jerzy Ludwiczak. Ojciec z innymi aresztantami został wywieziony przez Niemców na zamek lubelski. Wypuszczono go po ustaleniu jego tożsamości. Kiedy zapytany o nazwisko, powiedział prawdziwe, czyli Ludwiczak Ksawery, Niemcy natychmiast zatelefonowali z zamku do żandarmerii w Puławach, aby aresztowała Jerzego Ludwiczaka, któremu jednak w tym czasie udało się już uciec i jeszcze tego samego dnia trafił do partyzantki.

Jerzy Ludwiczak przez miejscową placówkę AK został skierowany do Niwy, gdzie formował się oddział por. Hektora. Głównym zadaniem tego oddziału była likwidacja grup bandyckich, których rabunkowa działalność stanowiła duże niebezpieczeństwo dla cywilnej ludności okolicznych wsi. Do zakresu zadań oddziału należała również likwidacja zdrajców i donosicieli, na których dowództwo AK wydało wyroki śmierci. Poza tym mieli zdobywać broń oraz nieść pomoc ludziom zagrożonym aresztowaniem i ukrywającym się przed Niemcami.
Na początku roku 1944 grupa doznała poważnego liczebnego wzmocnienia. Do oddziału trafiło wówczas kilkudziesięciu, chroniących się przed aresztowaniem, członków okolicznych jednostek AK. Pozwoliło to na zorganizowanie sekcji bojowych. Dowódcą jednej z nich został Jerzy Ludwiczak, który przybrał pseudonim Fiat. Oprócz niej powołano drużyny: Korczaka, Orła, Marsa, Delfina. Wszystkie składały się na oddział Hektora.
Organizacyjne zmiany w oddziale zbiegły się w czasie z roszadami na stanowiskach dowódczych. W kwietniu 1944 roku, w wyniku awansu por. Targosińskiego Hektora na oficera ds. zrzutów, dowództwo w terenie najpierw objął por. Bernard Mosiński Mars, a wkrótce potem por. Mieczysław Zieliński Moczar.
Efektem podniesienia liczebności (do około 50 osób) i wartości bojowej kompanii było przydzielenie jej w kwietniu 1944 r. nowego, odpowiedzialnego zadania, jakim było przejmowanie zrzutów samolotów alianckich. Z nieba leciała broń i elita polskich sił specjalnych, czyli Cichociemni.

Czas wolny w partyzantce był dla Jerzego Ludwiczaka i jego kolegów z oddziału okazją do zrobienia sobie zdjęć, styczeń 1944 rok fot. archiwum rodzinne Jacka Ludwiczaka
W OCZEKIWANIU NA ZRZUT
Na początku maja 1944 r. oddział Jerzego Ludwiczaka pod dowództwem por. Moczara miał przejąć kolejny zrzut broni i ludzi. W tym celu cała kompania 3 maja 1944 r. ulokowała się na kwaterach w Wandalinie, w pobliżu Opola Lubelskiego.
Niedługo potem bryczką ze sztabu dotarł w to miejsce dowódca placówki zrzutu obwodu puławskiego por. Ignacy Franciszek Kamiński Żuraw, który przywiózł lampy w postaci świateł sygnalizacyjnych i sprzęt potrzebny do odbioru zrzutu, co zostało przeładowane na wóz taborowy. Porucznik Żuraw wrócił do sztabu wieczorem, zapowiadając, że następnego dnia przywiezie pozostałą część oprzyrządowania do obsługi zrzutowiska.
Rankiem 4 maja 1944 roku oddział Moczara wyszedł z Wandalina. - Jeszcze ci gospodarze do komendanta się zapytywali dlaczego my przechodzimy tu i idziemy do komunistów, bo Owczarnia była uznawana za wieś komunistyczną, więcej komunistów mieszkało na tej wsi. Komendant odpowiedział, że mamy taki harmonogram i musimy przejść dzisiaj już na Owczarnię - wspomina jedyny żyjący do dziś z oddziału Moczara, Jan Wielomski Lampart.
Oddział przed południem dotarł w pobliże planowanego zrzutowiska, czyli do wsi Owczarnia. Tam kwaterowali w trzech gospodarstwach, dwóch obok siebie w centrum i w jednym na skraju wsi, gdzie znalazła się sekcja Jerzego Ludwiczaka. Tam przyszedł czas na odpoczynek, po czym grupa w godzinach 14:00-16:00 odbyła ćwiczenia na łące. Później była nawet okazja do zrobienia zdjęć, gdy por. Siejba przyjechał z aparatem fotograficznym.

Pomnik w miejscu zbrodni w Owczarni z nazwiskami zamordowanych partyzantów oddziału AK fot. Tomasz Kowalik
Mimo pozornego luzu i swobodnej atmosfery w kwaterze, zachowane były warunki zabezpieczenia przed niespodziewanym zaskoczeniem kwaterujących. Wystawione posterunki panowały nad całą okolicą. Wiadome było, że od strony Niemców, z uwagi na znaczną odległość, nie groziło bezpośrednie niebezpieczeństwo, w okolicy też nie znajdowała się żadna nieprzychylna oddziałowi grupa partyzancka. Z oddziałami AL nie byli na ścieżce wojennej, mając z nimi układy, ale ostrożność jak zawsze obowiązywała. Szwendające się po wsi grupki i pojedyncze sylwetki łatwych do rozpoznania członków AL obserwowały bacznie czujki, które ich nie zatrzymywały, bo nie było po temu rozkazu i wiedząc o nich nie stanowiły one niebezpieczeństwa dla kwaterujących. Meldowano jednak o nich por. „Moczarowi”, ale ten znając ustalenia z AL-em polecił nie zatrzymywać, a jedynie obserwować - pisał we wspomnieniach Edward Szanc As.
Nikt z naszych nie domyślał się, że napad „Cienia” na nasz oddział był z pełną premedytacją planowany, a jego żołnierze obserwujący naszą lokalizację kwater dokonywali rozpoznania przed zbliżającym się napadem - wspominał Jerzy Ludwiczak.
Tymczasem w kwaterze zwiadu, gdzie umieszczony był bateryjny aparat radiowy, o 17:45 oddział odebrał pierwszy sygnał nadany na koniec polskiej audycji w radio BBC w formie znajomej melodii, która oznaczała, że akcja zrzutowa się odbędzie. Komunikat w formie melodii oznaczał konieczność przygotowania zrzutowiska w rejonie wsi Ratoszyn, noszącego kryptonim Klacz, a które było obsługiwane przez oddział por. Moczara. W związku z tym por. Moczar wydał rozkaz natychmiastowego wymarszu w miejsce zrzutowiska, które znajdowało się w odległości 10 kilometrów od zajmowanych kwater w Owczarni. O godzinie 19:45 miał być nadany kolejny sygnał w postaci melodii, potwierdzający start samolotu, natomiast o 23:15 sygnał potwierdzający lot, przy czym ten ostatni nie miał właściwie znaczenia, gdyż partyzanci mieli już o godz. 22:00 zająć stanowiska na koszu zrzutowym.
Samoloty alianckie pojawiały się nad polskim niebem około północy. Początkowo wylatywały z bazy pod Londynem, a od końca 1943 r. z Brindisi we Włoszech. Choć w tym drugim przypadku trasa była krótsza, to jednak trudniejsza, gdyż większa część lotu odbywała się nad terytorium okupowanym.
Droga samolotu była bardzo długa, a ograniczone zasoby paliwa sprawiały, iż tego rodzaju loty były bardzo niebezpieczne. Równie trudne było przejęcie zrzutu, co wymagało od członków oddziału dobrej organizacji i sprawności w działaniu, by zabezpieczyć zarówno sprzęt, jak i ludzi. Warunkiem powodzenia akcji była szybka ucieczka z placówki zrzutowej, gdyż akcja mogła być przez okupantów szybko zauważona.
Miało to być już drugie przejęcie zrzutu na placówce odbiorczej Klacz przez oddział, do którego należał Jerzy Ludwiczak. Wcześniej oddział ten odebrał w tym miejscu zrzut w nocy z 27 na 28 kwietnia 1944 roku, więc miał już w tym zakresie pewne doświadczenie. Operacja nosząca kryptonim Weller 26, która miała być przeprowadzona z 4 na 5 maja 1944 r. na placówce Klacz, nie doszła jednak do skutku. Uniemożliwiła ją zbrodnicza akcja, która nadeszła z najmniej spodziewanej strony.
POLACY ZAMIAST NIEMCÓW
Tuż przed wymarszem na teren zrzutu oddziału AK z Owczarni nagle zniknęły patrole AL. Jeden z partyzantów AK usuwał akurat zainstalowaną na drzewie antenę, gdy nagle z różnych stron rozległy się strzały, których częstotliwość zwiększała się z każdą sekundą. Od strony wzniesienia atakowała grupa Wani (oficera Armii Czerwonej narodowości gruzińskiej), natomiast wzdłuż drogi przecinającej Owczarnię - grupy Cienia i Mieczysława Olszewskiego Miętasa.

Całkowicie zaskoczeni żołnierze AK wybiegli przed kwatery i zobaczyli zbliżających się ludzi strzelających do placówek ubezpieczenia, wzywających do przerwania ognia. Widząc brak reakcji ze strony atakujących, odpowiedzieli ogniem. - Do komendanta podbiegliśmy pod kwaterę, on wziął lornetę, popatrzył, ktoś to idzie, ale to jakiś motłoch idzie, mówi, ni to wojsko, ni to przecież Niemcy nie są - wspomina Jan Wielomski. Wówczas por. Moczar rozkazał strzelać z ckm nad głowami atakujących, aby ich położyć.Dwukrotna silna seria przyniosła efekt. Siła broniących się AK-owców skłoniła agresorów do wezwania: nie strzelać, tu Polacy. Jednak w tym czasie z kwater rozległ się już silny ogień oddziału AK, zmniejszony dopiero pod wpływem krzyków por. Moczara, który rozpoznał w atakujących członków AL. - Zaczęli wyciągać, urywać koszule, jakieś szmaty białe, no i komendant mówi: przerwać ogień. Przerwaliśmy ogień, oni powstawali i idą taką lawą zwartą - dodaje Lampart. Ostatecznie biegnący drogą z białym ręcznikiem por. Mars spowodował, że obie strony przestały strzelać.
Kiedy atakujący podeszli bliżej, żołnierze AK rozpoznali wśród nich ludzi z AL, w tym dowódcę oddziału ppor. Cienia, z którym utrzymywali dobre kontakty. Spotkali się dwukrotnie w okolicach Urzędowa, goszcząc go nawet na obiedzie. Na drugim spotkaniu, które odbyło się w naszych kwaterach, w przyjacielskiej atmosferze wzniesiono toasty za pomyślność Rzeczypospolitej. Wymieniono hasła, aby w przyszłości przy nagłych, zwłaszcza nocnych spotkaniach, nie doszło do niepotrzebnej strzelaniny. Obiecano sobie wzajemną pomoc w razie gdyby któryś z oddziałów znalazł się w niebezpieczeństwie w przypadku niemieckiego ataku. I rzeczywiście, dalsze spotkania naszych i patroli „Cienia” kończyły się wymianą informacji o placówkach nieprzyjaciela, omówieniem sytuacji, po czym każdy ruszał w swoją stronę - wspominał na łamach Polski Zbrojnej wcześniejsze relacje między oddziałami Jerzy Ludwiczak.

Dlatego tym większe zdziwienie i zdenerwowanie wśród żołnierzy AK wywołał atak grupy Cienia.
- Kiedy się przybliżył do naszego komendanta [Moczara - przyp. bw], objął go za szyję, komendant odpycha go i mówi: co robicie? - wspomina Jan Wielomski.
Na okrzyk „Marsa” z zarzutem do kogo strzelają, zbliżający się wyrazili ubolewanie z powodu „nieporozumienia” - jak oświadczyli. Ubezpieczający por. „Marsa” - „As”, widząc rozproszonych i leżących już kilku rannych z oddziału, przyskoczył do napastników, reagując ostro na owo „nieporozumienie”. W odpowiedzi usłyszał, że straty są po obu stronach, gdyż oni mają nie tylko rannych, ale i zabitych. W pomyłkę nie uwierzył por. „Żuraw” - oficer ds. zrzutów, słysząc i widząc przypuszczony atak członków Armii Ludowej, a następnie paktowanie obustronne - z okrzykiem „tu nie będzie dobrze, to nie jest pomyłka - jadę po pomoc” - wycofał się z zaatakowanej kwatery, wskoczył na rower stojący pod ścianą i zniknął, zanim zdążył mu ktoś wyjaśnić, że atakującym jest zaprzyjaźniony z nimi oddział AL - napisał we wspomnieniach o okolicznościach spotkania się dowódców tuż po starciu Edward Szanc As.
Tymczasem Cień przeprosił por. Moczara za atak na jego oddział, tłumacząc się pomyłką i zapewniając, że była ona efektem nieprawdziwych informacji, jakoby w Owczarni kwaterowali Niemcy lub oddział NSZ. Porucznik Moczar nie krył zdenerwowania stwierdzając, że tego rodzaju nieporozumienia są niedopuszczalne, gdyż powodują wzajemne wybijanie się polskich oddziałów, na czym korzystają tylko Niemcy. Przypomniał przy tym o ustalonych hasłach i znakach rozpoznawczych, które miały zapobiegać tego rodzaju zdarzeniom.
Chcąc wykazać dobrą wolę, pod naciskiem Asa domagającego się pomocy w opatrzeniu rannych, Cień wezwał wóz sanitarny z sanitariuszką, która rozpoczęła opatrywanie rannych w kwaterze sekcji zwiadu, gdzie byli oni przenoszeni. Jednocześnie pozostali partyzanci z obu oddziałów zbierali się.
W międzyczasie szukający swoich ludzi As usłyszał przypadkiem rozmowę między rannym z atakującego oddziału AL, który leżał przy drodze, a swoim dowódcą Cieniem, który pytał o rany. Gdy żołnierz odpowiedział, że jest ranny w nogi, Cień zabił go strzałem z pistoletu w głowę. Usłyszawszy strzał część jego podkomendnych zerwała się na równe nogi, ale Cień spokojnie wyjaśnił, że ulżył Brzezinie, rzekomo na jego prośbę, oszczędzając mu dalszego cierpienia. Cień miał zastrzelić także jeszcze drugiego ze swoich rannych ludzi. Zbrodnie te popełnił, aby nie opóźniali odwrotu. Z rąk AL-owców zginęli też dwaj partyzanci z ich grupy, którzy nie wzięli udziału w ataku. Poznawszy plany Cienia odnośnie żołnierzy AK kwaterujących w Owczarni, tuż przed wymarszem na zbrodniczą akcję pod jakimś pretekstem odłączyli się od grupy. Kiedy wrócili już po wycofaniu się oddziału AL z miejsca zbrodni, Cień wydał rozkaz ich rozstrzelania.
Żołnierze AK stali przed kwaterą w dwuszeregu z bronią u nogi, z niepokojem sprawdzając stan osobowy, celem znalezienia ewentualnych rannych. Partyzanci AL, których w sumie było około 100, grupowali się w pobliżu, a ich dowódcy, czyli Cień i jego adiutant Kozak, z dowództwem oddziału AK - por. Marsem i por. Moczarem - wyjaśniali okoliczności omyłkowego ataku. Cień po raz kolejny zapewniał, że uzyskał informacje o pobycie Niemców w wiosce i był przekonany, że właśnie ich atakuje.
Na tej zbiórce nie było sekcji dowodzonej przez Jerzego Ludwiczaka Fiata. Był to efekt decyzji dowódcy sekcji, który - podobnie jak por. Żuraw zorientował się w zbrodniczych zamiarach atakujących. Nie uwierzył w pomyłkę atakującego oddziału AL. W całym tym zamieszaniu po wymianie ognia przez moment dla rozpoznania sytuacji rozmawiał z por. Marsem. Potem udał się do kwatery zwiadu, w której znajdowali się ranni.
ZUCHWAŁY MORD
Zbierających się partyzantów z AL po wyjaśnieniu wątpliwości przywołał machnięciem ręki Cień, który uznał ten moment za dobrą okazję do zapoznania się, mówiąc, że nie będą stali jak dwa wrogie oddziały, jeżeli już sprawa nieporozumienia jest wyjaśniona. Oddziały miały sobie wzajemnie oddać honory wojskowe. W chwili, gdy maszerujący w dwuszeregu oddział AL znalazł się na wysokości stojących przed kwaterą żołnierzy AK, wykonał komendę dwuszereg w lewo front, znalazłszy się naprzeciw zwiadu konnego stojącego w pierwszym szeregu. Rozdzielała ich tylko droga wiejska, odległość około pięciu kroków. Nagle stojący w pobliżu Cień oraz jego adiutant Kozak strzałem w głowę zamordowali rozmawiających z nimi por. Moczara i por. Marsa. Był to zarazem sygnał dla partyzantów z AL, którzy krzycząc: Towarzysze, rączki do góry - niemal natychmiast wystrzelili z broni maszynowej wprost w stojących z bronią u nogi i niespodziewających się tego AK-owców.
Mimo bliskiej odległości i całkowitego zaskoczenia seria karabinów maszynowych nie dosięgła wszystkich żołnierzy AK stojących przed kwaterą, co świadczy, że mordujący nie byli dobrymi strzelcami. Kilku partyzantów AK z drugiego szeregu zdołało się wycofać uciekając przez otwartą furtkę, którą otworzył akurat As, po tym jak wracał do szeregu z kwatery, gdzie opatrywał rannego Dąbrowę. Partyzanci, wśród których był m.in. Jan Wielomski Lampart, uciekali przez podwórze, pobiegli dalej przez łąkę i przeskakując przez rzeczkę uciekli do pobliskiego lasu. Rozpaczliwą ucieczką ratował się także As, który szczęśliwie umknął ścigającym go AL-owcom.
Nie udało się ujść z miejsca masakry por. Żurawiowi, który przeczuwając zbrodnicze zamiary AL-owców zamierzał sprowadzić pomoc odjeżdżając sprzed kwatery na rowerze. Mimo że udawał chłopa, partyzantom Cienia udało się go zatrzymać, po czym został brutalnie zamordowany na sąsiednim podwórku.
Tymczasem przed kwaterą zwiadu miał miejsce ciąg dalszy zbrodni. Mordercy z AL strzelali tak długo aż nabrali pewności, że nikt z AK-owców nie żyje. Próbowali też pozabijać uciekających przez łąkę, ale nie wszystkich udało im się dopaść. Ciągły, silny ogień karabinów maszynowych nie oszczędził też drewnianej kwatery, w której przebywali ranni, opatrywani przez sanitariuszkę od Cienia. Mocno podziurawiona nie dawała dobrej ochrony przed pociskami rannym, aczkolwiek sanitariuszce szczęśliwie nic się wówczas nie stało.
SEKCJA JERZEGO LUDWICZAKA
Podczas pierwszego ataku oddział AL minął bez zatrzymania dom, w którym kwaterowała sekcja Jerzego Ludwiczaka. Jeden z żołnierzy stojący przed kwaterą zameldował Fiatowi o ataku, stwierdzając, iż wśród agresorów zauważył Cienia. Jerzy Ludwiczak, będąc jeszcze wtedy przekonanym, że plan odbioru zrzutu nie zostanie zakłócony, wydał rozkaz kończenia przygotowań do wymarszu. Gdy pierwsza strzelanina umilkła, podejrzewając podstęp ze strony Cienia, rozkazał swoim ludziom pozostać w kwaterze, a do centrum wsi na zbiórkę udał się sam. Rozmawiał przez chwilę z por. Marsem pytając o rozkazy, po czym udał się do kwatery z rannymi, doprowadzając tam przy okazji rannego Jana Kowalczyka Kaktusa.
Gdy rozpoczął się drugi atak, bezpieczne wycofanie się ze wsi i znalezienie się poza terenem działania zbrodniarzy nie było możliwe, dlatego żołnierze z sekcji Jerzego Ludwiczaka Fiata za jego rozkazem pozostali w swojej kwaterze ze stanowczym zakazem jej opuszczania.

Rozkaz Fiata o pozostaniu we wsi był jednoznaczny. Mimo ryzyka wykrycia przez partyzantów z AL, nikt nie zamierzał się wycofać. Nie był to przypadek, gdyż członkowie tej sekcji byli zdyscyplinowani, doświadczeni na polu bitwy i należeli do najdzielniejszych żołnierzy całego oddziału. W partyzantce byli już od dawna, odnosząc duże sukcesy w potyczkach z Niemcami.
Jerzy Ludwiczak był przekonany, iż wśród jego żołnierzy zwycięży nie tylko karność, ale także zdrowy rozsądek. Tak też było, dlatego nie reagowali oni na bieg tragicznych wypadków, gdyż szansa na zmianę położenia ich oddziału była już niemożliwa, a przez wkroczenie do akcji, wobec przewagi przeciwników, staliby się łatwym celem i powiększyliby zapewne grono ofiar. Cali i żywi mogli się jeszcze przydać.
Nie oznacza to oczywiście, że nie rwali się do walki. Gospodyni, u której kwaterowali, z trudem powstrzymała ich przed wyjściem z chaty, tym bardziej, że przez małe okno widzieli przebieg zdarzeń. Zawdzięczali jej zresztą życie. Kobieta, zdając sobie sprawę z zaistniałych zdarzeń, nasunęła na klapę piwnicy, gdzie ukryli się żołnierze, kosz z kurczętami. Dzięki temu, szukający sekcji Jerzego Ludwiczaka zbrodniarze z AL nie odnaleźli ich w penetrowanej kwaterze. Dodatkowo, narażając własne życie, gospodyni przechytrzyła napastników, wyprowadzając ich z chaty i wskazując ścieżkę prowadzącą do rzeczki jako drogę, którą sekcja Fiata miała uciec. Udało im się zatem zachować pełną konspirację.
Jerzy Ludwiczak nie był wówczas ze swoimi żołnierzami, gdyż przebywał w kwaterze z rannymi. W momencie popełnianej zbrodni znalazł ratunek na strychu tej kwatery. Przez przerażoną gospodynię Julię Krawiec skierowani zostali tam również Władysław Koziej Dobry, Jan Janiszewski Pingwin i Rąb. Partyzanci z AL szukali żołnierzy AK także na strychu. W dużej mierze uratowała ich susząca się tam bielizna, ale i niezbyt skrupulatne przeszukanie pomieszczenia przez napastników, którzy stwierdzając, iż nikogo tam nie ma, wzięli z sobą kilka sztuk bielizny i opuścili strych.
HEROIZM BAŚKI
Partyzantom z AL mało było jednak popełnionych zbrodni, gdyż podeszli jeszcze raz do leżących pomordowanych i zaczęli strzelać do tych, którzy się poruszali. Część ciał była całkowicie zmasakrowana przez pociski, a w ciele plut. Józefa Zuchniarza Sępa, który stał w pierwszym szeregu, było kilkadziesiąt dziur. Następnie zbrodniarze zamierzali dobić jeszcze rannych na ich kwaterze. Wcześniej chcieli jednak zasięgnąć od nich informacji o ukrywanej broni, której do tej pory nie znaleźli przy zabitych. Spodziewali się przejąć broń z alianckiego zrzutu, a o tym, że nie został jeszcze dokonany, zapewne nie wiedzieli. Cieniowi szczególnie zależało na należącym do Sępa lekkim karabinie maszynowym MG, który widział, gdy został zaproszony do oddziału AK na obiad. Jego właściciel już jednak nie żył, a nikt z rannych nie wiedział, gdzie karabin mógł być ukryty.
Zaczęli więc przesłuchiwać Annę Hincz Baśkę, która przebywała w kwaterze z rannymi. Była to sanitariuszka oddziału AK, ale chętniej brała udział w akcjach militarnych. Jak wspominał As, który często nosił za nią apteczkę: Żywiołem „Baśki” była akcja, zawsze w pierwszej linii, odważna do szaleństwa, pełna inicjatywy, pomysłów, należała do najbardziej bojowych partyzantów oddziału, na rzecz którego wiele zdziałała.
Nic więc dziwnego, że przesłuchujący ją zbrodniarze nie osiągnęli zbyt wiele. Trafili na odważną dziewczynę, która wymyślając im od najgorszych odpowiedziała, że nie zna miejsca, w którym została schowana broń. Dodała zarazem, że gdyby wiedziała, to od niej by się tego nie dowiedzieli, nawet pod groźbą utraty życia. Dalszą część dramatycznej konfrontacji Baśki z partyzantami z AL, tak zrelacjonował w swoich wspomnieniach Edward Szanc As: Stawiali ją dwukrotnie pod ścianą grożąc rozwaleniem, ale ta śmiała się im prosto w oczy, prosząc aby to zrobili, bo po tym co widziała nie chce żyć w ogóle, a jeżeli przeżyje - prowokowała - to tylko po to, aby się jeszcze spotkać z nimi i mścić za to morderstwo. Zresztą pewnie by ją w końcu zastrzelili, gdyby nie fakt, że w czasie przesłuchiwania jej przez „Cienia” ten zaakceptował hasło likwidacji kwatery z rannymi przez obrzucenie granatami. „Baśka” będąc świadkiem akceptu tej zbrodni, jak tygrysica rozżarta rzuciła się do „Cienia” obrzucając go najgorszymi wyzwiskami bandyty, mordercy i tchórza, gdyż tylko przez swoje tchórzostwo chce, aby ten jego makabryczny wybryk nie uległ ujawnieniu, ale to już stało się w związku z ucieczką kilku ludzi, jak sami stwierdzili, z masakry, a także zaginięciu szukanej przez nich sekcji „Fiata”. A teraz - krzyczała - mordując rannych, całkowicie pogrąża się w tym przestępstwie, które tylko jego obciąża i na co sobie żaden prawidłowo rozumujący dowódca nie pozwoliłby, i tylko stryczek i infamia czeka go za to.
Silne emocje i rozpaczliwe krzyki Baśki w otoczeniu pomordowanych, uświadomiły prawdopodobnie Cieniowi rozmiary zbrodni, której dopuścił się jego oddział, gdyż rozkazał zostawić Baśkę z rannymi, darując im wszystkim życie.
Partyzanci Cienia pozostali jeszcze przez pewien czas w Owczarni, przeczesując teren w poszukiwaniu broni oraz żołnierzy z sekcji Jerzego Ludwiczaka. Nie omieszkali przy tym wejść kilkakrotnie do kwatery z rannymi, aby pozbawić ich wszystkiego, co stanowiło jakąkolwiek wartość. Wcześniej obrabowali też zwłoki zabitych żołnierzy AK. Zabierali odzież, buty, obrączki, zegarki. Następnie Cień rozkazał swoim ludziom wykopać dół i wrzucić do niego martwych żołnierzy. Do wspólnego grobu wrzucono też czterech partyzantów z AL: dwóch dobitych rannych i dwóch, którzy zginęli podczas pierwszego ataku. Razem z nimi pogrzebano zabitego psa jednego z żołnierzy AK.
Ranni natomiast zostali ograbieni i razem z Baśką pozostawieni samym sobie. Nikt z oddziału AL nie myślał już o ich opatrzeniu. Sanitariuszka Cienia zabrała swoją apteczkę i odjechała. Baśka, rwąc koszule i przygotowując z nich opatrunki, próbowała ratować rannych, w których tliło się jeszcze życie.
Wykorzystując respekt, jaki napastnicy czuli wobec niej po okazanym przez nią akcie odwagi, udało jej się uzyskać od Cienia jednego konia. Powiedziała mu, że przyprowadziła go z domu, podczas gdy była to Kaśka - klacz Asa. Drugiego konia Cień osobiście przekazał dla ciężko rannego Stanisława Brzezińskiego Dąbrowy, którego dobrze wspominał ze spotkania z odziałem AK. Poza tym Baśka zażądała od Cienia wystawienia przepustki-rozkazu dla niej i rannych, który miał im gwarantować nietykalność ze strony oddziałów AL i otrzymała takie pismo.
Nie zostawili natomiast ani jednego opatrunku, ani jednej pary butów. Ranni leżeli bez opieki lekarskiej, bez militarnego zabezpieczenia, bez możliwości ewakuowania się z terenu, który niewątpliwie następnego dnia będzie przedmiotem penetracji wojsk okupacyjnych. Dlatego gesty dobrej woli ze strony Cienia były traktowane przez ocalałych z masakry jako pozorowane i wynikające z przekonania, iż pozostawiona grupa rannych i tak będzie zlikwidowana przez Niemców.
Oddział AL z nadejściem nocy zaczął zbierać się do wymarszu. Odchodzili z pokaźnymi łupami w postaci kilkunastu osiodłanych koni, taboru, wozu z obrokami, żywnością i przede wszystkim broni zdobytej dzięki zbrodni popełnionej na żołnierzach z AK. Mieniący się polskim oddział AL „Cienia” wyręczył hitlerowców w likwidacji żołnierzy AK - pisał we wspomnieniach Jerzy Ludwiczak.
ZDĄŻYĆ PRZED NIEMCAMI
Uratowani żołnierze, którzy nawet do końca nie wiedzieli, komu udało się wejść na strych, gdyż wbiegali tam w pośpiechu i w ostatniej chwili, długie godziny leżeli w ciszy oczekując na odejście ludzi z AL. Dobry, Pingwin, Rąb i Fiat wyszli po cichu z ukrycia, gdy widzieli przez okno strychu, jak tamci maszerując w dwuszeregu oddalili się poza wieś.
Jerzy Ludwiczak Fiat natychmiast pospieszył do kwatery, w której schronienie znalazło pięciu jego podkomendnych. Znając ich wartość, był pewien, że nie wycofali się, mimo trudnego położenia. Dopiero po wyjściu z piwnicy z przerażeniem zobaczyli rozmiar zbrodni popełnionej przez oddział Cienia. Tylko dzięki przenikliwości Jerzego Ludwiczaka i sprytowi gospodyni nie leżeli teraz w zbiorowej, bezimiennej mogile.
W pierwszej chwili Jerzy Ludwiczak uważał, iż należy przede wszystkim zadbać o rannych. Po krótkiej wymianie zdań, uległ jednak argumentom Baśki, że najpierw należy o przebiegu zdarzeń w Owczarni poinformować sztab, który po otrzymaniu meldunku zapewne przyjdzie z pomocą rozbitemu oddziałowi. Wsparcie przyszłoby też z miejscowych placówek AK. Poza tym przekonywała, iż obecność we wsi sekcji Fiata, jako poszukiwanej przez Cienia, nie zapewnia bezpieczeństwa rannym. Podjęto zatem decyzję, aby cała sekcja jak najszybciej udała się do sztabu podobwodu, zdając relację o zbrodni i uprzedzając inne oddziały o poczynaniach grup AL. Nocą Jerzy Ludwiczak wyruszył ze swoimi ludźmi do sztabu, który mieścił się w pobliżu Kazimierza Dolnego.
Tymczasem położenie Baśki i rannych z każdą chwilą się pogarszało. Przede wszystkim nie mogli już liczyć na pomoc miejscowej ludności. Mieszkańcy Owczarni, przerażeni zbrodnią, zastraszeni przez grożących represjami morderców z Armii Ludowej, obawiając się nadejścia Niemców, myśleli głównie o tym, żeby ratować samych siebie. Ładowali dobytek na wozy i uciekali do lasu.
Osamotniona Baśka nie była w stanie ewakuować się z rannymi. Ponieważ zamierzała do końca z nimi pozostać, groziła jej pewna śmierć ze strony Niemców. Jej sytuację dodatkowo pogarszał fakt, iż już wcześniej wysłano za nią niemieckie listy gończe. Widząc beznadziejność sytuacji, As (w nocy powrócił na kwatery w Owczarni, nie mogąc dogonić ratujących się wcześniej ucieczką kolegów) zdecydował się na rozładowanie przygotowanej przez chłopów do wyjazdu furmanki. W ten sposób udało mu się sprowadzić dwa chłopskie wozy. W tym czasie wiadomości o zbrodni AL dotarły już do okolicznych placówek AK. Wysłany przez najbliższą placówkę łącznik sprowadził lekarza i księdza, a kolejny przekazał informacje o znalezieniu nowych kwater. Ksiądz proboszcz Marcin Ślósarz zapewnił pomoc sanitarną we własnej parafii w sąsiednich Bobach. Na plebanii żołnierze zostali umyci i opatrzeni, a po dotarciu plutonu Mieczysława Cieszkowskiego Grzechotnika, wyruszyli do kwater w Urzędowie.
Przygotowania do ewakuacji trwały około godziny. Ostatecznie w środku nocy ruszają trzema wozami, którymi jechali ułożeni na słomie ranni, Baśka i sprowadzony lekarz. Zmierzają w kierunku kwater, w których czekała zorganizowana przez placówkę AK pełna pomoc medyczna. W pewnym momencie słyszą mruczenie, przechodzące w głuchy, stłumiony huk. To „Lancaster”, samolot zrzutowy, który mieli przejąć, a który teraz daremnie krąży i daje znaki. Daremnie, nikt nie przejmie. Nie ma ludzi, światła rozbite, nikt już nie czeka. Zrzut odbył się na placówce zapasowej oddalonej o 30 km, a nie na placówce odbiorczej „Klacz” w okolicach wsi Ratoszyn - wspominał z żalem ten moment Edward Szanc As.
Placówka zapasowa znajdowała się w Wólce Gałęzowskiej w pobliżu Bychawy i nosiła nazwę Szczur. Dowodził nią Aleksander Sarkisow Szaruga, którego oddział odebrał zrzut. Wylądowało tam 6 Cichociemnych: kpt. Jan Walter Cyrkiel, por. Andrzej Whitehead Dolina, ppor. Adam Dąbrowski Puti, ppor. Adam Krasiński Szczur, ppor. Andrzej Prus Bogusławski Pancerz, ppor. Józef Zając Kolanko. Z drugiego samolotu odebrano 12 zasobników różnego typu i 12 paczek, w których były m.in. karabiny, rewolwery, granaty, zapalniki, miny, amunicja, lampy, anteny, radioodbiorniki i oprzyrządowanie do produkcji materiałów wybuchowych.
Do przygotowanych kwater w Urzędowie ranni dotarli już za dnia i zostali rozdzieleni do poszczególnych domów przez żołnierzy z tamtejszej placówki AK. Do ocalonych z masakry w Owczarni przyjechał były komendant oddziału por. Hektor, którego od momentu złożenia meldunku o zbrodni w Owczarni przez całą drogę ubezpieczała sekcja Jerzego Ludwiczaka, który tego dnia objął komendę nad oddziałem. Edward Szanc As tak wspominał nocną wyprawę po pomoc sekcji Jerzego Ludwiczaka: Tylko „Fiat” ze swoją sekcją mógł dokonać takiego rajdu i dotrzeć w tych warunkach do sztabu odległego o kilkadziesiąt kilometrów, będąc sam poszukiwany i wracając następnie na teren zagrożenia.
Tego dnia o zbrodni w Owczarni wiedziała już także niemiecka żandarmeria w Opolu Lubelskim, gdyż o przebiegu wydarzeń poinformował ich, mimo zakazu Cienia, sołtys Owczarni. Przybyli na miejsce Niemcy nakazali chłopom odkopać zwłoki. W zbiorowej mogile było 18 ciał rozebranych do bielizny (żołnierze AK) i 4 ciała w ubraniach (partyzanci z AL). Zamordowanych przewieziono na dziedziniec kościoła w Opolu Lubelskim, gdzie ciała żołnierzy obmywały dziewczęta, wezwane do tego przez ogłoszenie. - Płakałyśmy i obmywałyśmy ich - wspominała jedna z młodych kobiet, kasjerka z miejscowej placówki AK.
Niemcy zlecili fotografowi z Opola Lubelskiego zrobienie zdjęć. Wywiadowi AK udało się zdobyć klisze, dzięki czemu dowody zbrodni zostały zachowane do dnia dzisiejszego.
NIEUDANA OBŁAWA NA ZBRODNIARZY
W tym czasie trwały już przygotowania do ujęcia sprawców zbrodni w Owczarni. W ciągu kilkudziesięciu godzin kilka tysięcy żołnierzy z okolicznych placówek AK oraz oddziałów lotnych włączyło się do akcji. W okolicy pojawiły się również silnie uzbrojone i doświadczone grupy partyzantów współdziałające z zaatakowanym przez AL oddziałem. Mimo zaangażowania dużych sił i trwających dwa dni poszukiwań, oddziału Cienia nie udało się wykryć.
Po dwóch dniach wieczorem żołnierze AK natrafili na nieznany sobie oddział, dobrze zamaskowany i ubezpieczony, i byli przekonani, że to mordercy z AL. Silny atak z kilkuset karabinów maszynowych sprawił, że zaatakowany oddział wywiesił białą flagę. Żołnierze AK przechwycili kilku wychodzących przeciwników, jednak okazało się, że byli to rosyjscy partyzanci z oddziału kpt. Czepiegi. Odetchnęli oni z ulgą, gdyż byli pewni klęski wobec dużej przewagi oddziału AK.
Ze zgrozą teraz słuchają relacji polskich partyzantów o podstępnym wymordowaniu przez oddział AL oddziału AK. Trudno im ten fakt zrozumieć. Sami współpracują z oddziałami AK. Z niedowierzaniem kiwają głowami łącząc to z siarczystymi przekleństwami rosyjskimi - relacjonuje we wspomnieniach reakcję Rosjan Edward Szanc As. Oddziały rozeszły się bez żadnych uzgodnień.
W tych dniach oddziału Cienia nie odszukano. Dopiero po latach okazało się, że partyzanci z AL w noc po popełnionej zbrodni zdołali przejąć statek na Wiśle i spłynęli nim w dół rzeki, po czym przedostali się na jej lewy brzeg. Ścigający ich żołnierze z AK nie mogli o tym wiedzieć, a poszukiwania prowadzili na prawym brzegu rzeki.
W kolejnych tygodniach różne oddziały polskiej konspiracji kilkakrotnie natrafiły na grupę Cienia, ale mimo kilku zwycięskich walk, nie udało się jej ostatecznie zlikwidować, gdyż za każdym razem skutecznie odpierała ataki bądź wycofywała się.
Zbrodnia w Owczarni była jedną z ostatnich skierowanych przeciwko oddziałom niepodległościowym na Lubelszczyźnie poważniejszych akcji grupy Cienia i w ogóle AL. Wkrótce działania komunistycznej partyzantki na tym obszarze zostały w sposób znaczący ograniczone przez wojska niemieckie, które od maja do lipca 1944 r. podjęły militarne działania mające na celu oczyszczanie terenu z wszelkich wrogich oddziałów. Było to następstwem ofensywy radzieckiej, której szybkie postępy sprawiły, że Lubelszczyzna stawała się w tym czasie bezpośrednim zapleczem frontu. W walkach z Niemcami zginęło kilkuset ludzi z AL, wskutek czego większość jej oddziałów straciła zdolność bojową. W chwili rozpoczęcia przez AK na tym obszarze akcji Burza, partyzanci AL nie odegrali poważniejszej roli w wyzwalaniu polskich ziem spod władzy niemieckiej. Ich poczynania były zresztą całkowicie uzależnione od wkraczających do Polski wojsk radzieckich.
PRZECHOWANA PAMIĘĆ
Mord w Owczarni pozostał na trwale w pamięci nie tylko współtowarzyszy broni poległych, ale także wśród przypadkowych świadków, jak choćby miejscowych gospodarzy i chłopca pasącego krowy. Zobaczyli oni na łące, jak Polacy ścigają i strzelają do Polaków.
Po zakończeniu wojny nastąpiła ekshumacja pogrzebanych w zbiorowej mogile w Owczarni, których następnie pochowano na cmentarzu w Opolu Lubelskim.
Przez wiele lat po zakończeniu wojny, w rocznicę zbrodni w intencji poległych odbywały się w miejscowym kościele potajemne msze św., o których początkowo wiedziało niewiele osób. Kiedy po kilkunastu latach umacniania komunistycznej władzy w Polsce Ludowej system masowych represji uległ złagodzeniu, otwarcie - choć też nie bez przeszkód - zaczęto organizować msze żałobne. Później pojawiła się myśl o postawieniu pomnika w miejscu zbrodni, jednak ciągle brakowało pieniędzy, a też nie wszyscy chcieli ujawniać swoją przeszłość w AK w obawie przed możliwymi nieprzyjemnościami z tego powodu. Dzięki przychylności proboszcza parafii pw. Najświętszego Serca Jezusowego w Bobach (gm. Urzędów), w 1988 roku, w rocznicę tragicznych wydarzeń udało się za to wmurować w tamtejszym kościele pamiątkową tablicę ku czci pomordowanych.
I w tym miejscu historia zatoczyła koło. Po wielu latach wspomniany pastuszek, na którym zbrodnia w Owczarni wywarła tak wielkie wrażenie, że później postanowił pozostawić rodzinny dom i wstąpić do zakonu, wziął udział w uroczystej mszy św., podczas której dokonano poświecenia tablicy. Wygłosił nawet homilię, w której dokładnie przywołał obraz tamtych zdarzeń. Licznie przybyli do kościoła mieli okazję usłyszeć o potwornej zbrodni, opowiedzianej ze łzami w oczach. W uroczystości wzięło udział wielu członków ZWZ-AK ze sztandarami wojskowymi. Wśród nich był także poczet sztandarowy, który tworzyli uczestnicy akcji w Owczarni. Największe zasługi w zakresie przechowywania pamięci o tym wydarzeniu i starań o jego upamiętnienie przez wiele lat poczynił Władysław Koziej Dobry, który już w owym tragicznym dniu obiecał to zamordowanym kolegom. Po wielu latach mógł im o spełnieniu obietnicy symbolicznie zameldować. W uroczystości tej uczestniczył także Jerzy Ludwiczak.
- Myśmy w domu o tym rozmawiali, jednak tata nie mówił o tym zbyt chętnie. Bardziej jednak chodziło o traumatyczne przeżycia związane z wydarzeniami w Owczarni niż jakieś obawy związane z ewentualnymi represjami ze strony władz. Ja o bliższych szczegółach dowiedziałem się mniej więcej w czasach liceum. Kiedy zmienił się system i można było już otwarcie o tym mówić, tata często był źródłem informacji - uczestniczył i pomagał w publikacjach książek i artykułów na ten temat. Prowadził szeroką korespondencję na ten temat. Starał się też co roku uczestniczyć w obchodach rocznicowych - wspomina syn Fiata, Jacek Ludwiczak.
Jedna z najważniejszych okazji do wyjazdu do Owczarni pojawiła się, kiedy w miejscu zbrodni w Owczarni został postawiony krzyż i obelisk z tablicą upamiętniającą 18 zamordowanych żołnierzy AK. Na uroczyste poświęcenie krzyża i odsłonięcie pomnika, które nastąpiło 7 maja 1989 r., Jerzy Ludwiczak pojechał właśnie z synem Jackiem.
Pomnik swój dzisiejszy wygląd zawdzięcza renowacji przeprowadzonej w 2008 roku, której inicjatorem był wójt pobliskiej gminy Kurów Stanisław Wójcicki, który od około 20 lat przy okazji Święta Konstytucji 3 Maja organizuje uroczystości rocznicowe ku czci poległych w Owczarni. - Pan Koziej [Dobry - przyp. bw] mi to zaszczepił. Jest to sprawa mojej szczególnej troski, żywo się tym interesuję, gdyż około 10 kurowiaków walczyło w Owczarni, trzech zginęło, kilku zostało rannych. Choć to nie jest w naszej gminie, postanowiłem ufundować pomnik. Wziąłem kamieniarza, dofinansowaliśmy renowację kwotą 6 tysięcy złotych, 2 tysiące dołożył syn zamordowanego dowódcy „Moczara”, Bogumił Zieliński - opowiada wójt Wójcicki, który osobnym pomnikiem upamiętnił żołnierzy AK z Kurowa na miejscowym cmentarzu.
Warto wspomnieć, że urodzonego w 1943 roku w Nałęczowie Bogumiła Zielińskiego zdążył zobaczyć w szpitalnym beciku jego ojciec por. Mieczysław Zieliński Moczar. Aby mógł to zrobić, wizytę dowódcy w szpitalu obstawiało 15 żołnierzy z jego oddziału, w tym Lampart. Mordercza akcja Cienia w Owczarni sprawiła, że syn nigdy nie poznał ojca i może go zobaczyć jedynie na zdjęciu.
ZBRODNIA NIEOSĄDZONA, SPRAWA UMORZONA
W Biuletynie Informacyjnym jeszcze w czasie wojny wydano komunikat, iż zbrodnia w Owczarni będzie sprawiedliwie osądzona. Niestety, nie sprzyjała temu rzeczywistość polityczna, która nastała po wojnie pod rządami komunistów. Dla władz komunistycznych było to niewygodne, a jej propagandowe organy przez wiele lat podtrzymywały kłamstwo, iż to oddział AK był w Owczarni agresorem. Wydarzenia w Owczarni albo przedstawiano w sposób kłamliwy, albo pomijano milczeniem. Działo się tak do końca trwania komunistycznego systemu, czyli do 1989 roku, mimo że dowódca Armii Ludowej na Lubelszczyźnie Wincenty Heinrich już w 1981 r. na łamach Gazety Robotniczej miał odwagę napisać, iż w Owczarni to AL napadło na AK.
Sprawa z przyczyn politycznych nie trafiła zatem nigdy przed sąd, a jej sprawcy, z Cieniem w roli głównej, mogli się czuć bezkarni. Dodatkowo Cień, obawiając się ujawnienia prawdy związanej ze zbrodnią w Owczarni, wykorzystywał kolejno zajmowane stanowiska w komunistycznym aparacie władzy, aby ocalałych z masakry i ich bliskich ścigać i prześladować. Cień zaraz po wojnie wstąpił do Milicji Obywatelskiej, a później za zgodą gen. Michała Roli Żymierskiego trafił do Ludowego Wojska Polskiego, przy czym warunkiem powołania do armii była zmiana przez niego nazwiska - odtąd nazywał się Bolesław Kowalski. Zwierzchnicy Cienia doskonale znali jego mało chlubną przeszłość związaną z licznymi zbrodniami i przestępstwami, których dopuścił się w czasie wojny, chcąc w ten sposób sprawić, aby jego nazwisko zostało zapomniane.
Zmiana nazwiska nie spowodowała jednak, że jego przestępcza karta przestała się zapełniać. Najpierw otrzymał dowództwo nad 120-osobowym oddziałem specjalnym, ale po dokonaniu kolejnych przestępstw i zbrodni został aresztowany, lecz bez poniesienia kary został przeniesiony do Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, specjalnej formacji wojskowej powołanej m.in. do zwalczania polskiego podziemia niepodległościowego, gdzie doczekał się stopnia podpułkownika. W 1951 r. aresztowano go w związku z dokonanymi w 1944 roku zabójstwami Żydów na Lubelszczyźnie. W czerwcu 1953 r. otrzymał wyrok 3 lat więzienia za nielegalne posiadanie broni i nadużywanie władzy. Po zwolnieniu z więzienia kilka lat później trafił ponownie do wojska, do Głównego Zarządu Politycznego. Tam awansował na pułkownika. Zmarł nagle w 1966 r. w Warszawie w wieku 42 lat. Został pochowany na Cmentarzu Powązkowskim w Alei Zasłużonych, gdzie spoczywa do dziś.
Już w wolnej Polsce śledztwo w sprawie zbrodni w Owczarni prowadziła Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu - Instytut Pamięci Narodowej w Poznaniu. Po kilkuletnim badaniu tej sprawy okazało się, że z powodu dużego upływu czasu, śmierci prawie wszystkich świadków i braku dostatecznych dowodów wskazujących na popełnienie zbrodni przeciwko ludzkości, IPN postanowił w lipcu 2007 r. umorzyć postępowanie. Postanowienie tej treści otrzymał wówczas jeden z ostatnich żyjących żołnierzy oddziału por. Moczara, Edward Szanc As, który zmarł w 2009 roku.
Bartosz Woźniak
Pałuki nr 1107 (18/2013)
11XI
LITERATURA I ŹRÓDŁA:
- M. J. Chodakiewicz, Narodowe Siły Zbrojne. „Ząb” przeciw dwu wrogom, Warszawa 1999;
- P. Gontarczyk, Polska Partia Robotnicza. Droga do władzy (1941-1944), Warszawa 2006;
- J. Ślaski, Żołnierze wyklęci, Warszawa 1996;
- J. Ludwiczak Fiat, Mord w Owczarni. Drugie oblicze Armii Ludowej, „Polska Zbrojna” z 30 kwietnia-3 maja 1993, nr 84, R. IV.
- Wspomnienia Jana Wielomskiego Lamparta, Jerzego Ludwiczaka Fiata i Edwarda Szanca Asa.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze