Szczęśliwy ojciec dwóch córek i mąż pięknej Salomei, na rękach której zakończył życie. Ranny w bitwie z wojskiem rosyjskim pod Olszakiem niedaleko Konina. Zmarły w szpitalu w Mamliczu, żegnany w Łabiszynie tak, jakby to jego pogrzeb opisywał Norwid w Bema pamięci żałobnym rapsodzie. Wyjęty w 1953 roku z rodzinnego grobowca, zamienionego na kostnicę i zakopany w trumnie pod podłogą, gdzie - ubrany w zielonkawy mundur powstańczy z przypiętym do piersi blaszanym ryngrafem - spoczywa do teraz. Przedstawiamy dzieje ducha i ciała Kazimierza Mielęckiego - jednego z bohaterskich wodzów Powstania Styczniowego.
Choć w nocy z 22 na 23 stycznia 1863 roku padły pierwsze strzały oznaczające początek Powstania Styczniowego w Królestwie Polskim, na Kujawach wschodnich do końca stycznia żadne akcje o charakterze militarnym nie miały miejsca. Miejscowych ochotników co prawda nie brakowało, ale nie byli to dobrze wyszkoleni rekruci. Niewielu było oficerów, którzy byliby w stanie wyszkolić i porwać do walki niedoświadczonych powstańców. Brakowało też broni palnej.
Przygotowaniom i późniejszym akcjom powstańczym na Kujawach wschodnich sprzyjało za to sąsiedztwo Wielkiego Księstwa Poznańskiego, gdyż długa i w wielu miejscach łatwa do nielegalnego przekroczenia granica między zaborami pozwalała na przerzuty broni i przechodzenie ochotników. Z Pałuk, Kujaw zachodnich i Wielkopolski na pole bitwy trafiała najczęściej świadoma pod względem narodowym elita spośród młodzieży, inteligencji, ziemiaństwa, ale także przedstawiciele drobnomieszczaństwa i plebsu oraz parobkowie. Część z nich miała za sobą służbę w armii pruskiej, co znacząco wzmacniało siły powstania. Docierali do Królestwa pojedynczo, w grupach, jak również oddziałami z bronią i taborami.
Nie zmieniło to jednak faktu, iż w zakresie liczebności, wyszkolenia i uzbrojenia przewaga wojsk rosyjskich nad powstańczymi była duża. Mimo to, w pierwszych kilku tygodniach walk na Kujawach wschodnich polscy dowódcy mieli stosunkowo duże możliwości podejmowania działań operacyjnych. Garnizony rosyjskie znajdowały się bowiem wówczas jeszcze na krańcach tego obszaru, tym samym pościg za pojawiającą się jednostką powstańczą wymagał kilkudniowego marszu, zwłaszcza że granicy pruskiej nie zabezpieczały poważniejsze siły. Poza tym rosyjscy dowódcy potrzebowali czasu na zerwanie ze schematami dostosowanymi do walki na otwartym polu bitwy, zanim nauczyli się dowodzić, współdziałać i komunikować w warunkach wojny partyzanckiej.
Czynniki te złożyły się na to, iż powstańcy byli przeważnie dobrze poinformowani o poczynaniach wojsk rosyjskich, czemu sprzyjała przychylna postawa większości społeczeństwa, choć trzeba podkreślić, że nie całego. Poza tym wśród polskich dowódców znaleźli się też tacy, których charakteryzował duży talent dowódczy, gotowość do poświęceń, poczucie patriotyzmu i bohaterstwo w walce, co nawet jeśli nie przełożyło się na zwycięskie bitwy, to w wielu wypadkach chroniło od klęsk. Jedną z takich postaci był pułkownik Kazimierz Mielęcki.
![]() |
| Obszar działań militarnych Kazimierza Mielęckiego w Królestwie Polskim przy granicy rosyjsko-pruskiej |
Urodził się 11 sierpnia 1837 roku w rodzinnej miejscowości Karna (wówczas powiat wolsztyński) w Wielkim Księstwie Poznańskim (zabór pruski). Był synem ziemianina, oficera z czasów napoleońskich Prota Piusa Mielęckiego herbu Aulok (Ciołek) i Wandy z Sokołowskich. We wczesnej młodości uczęszczał do szkoły realnej w Poznaniu, a następnie służył w pruskim wojsku w pułku huzarów. Ożenił się z Salomeą Pągowską (ur. w 1839 r.) herbu Pobóg z Myśliborza, którą z racji wyjątkowej urody nazywano Wenus kujawską. W 1859 r. przeniósł się z nią do Królestwa Polskiego, gdzie zakupił od ojca część majątku Smólsk, a mianowicie Nową Wieś z przyległościami, niedaleko Włocławka. Tam urodziły się dwie córki - Maria (w 1857 r.) i Józefa (w 1861 r.).
Wiadomość o wybuchu powstania dotarła do Mielęckiego, gdy przebywa w gronie ukochanych osób w Nowej Wsi. Mimo to, będąc zapewne wcześniej przygotowanym na tę okoliczność, bez wahania opuścił piękną żonę i dwie córeczki, udając się w gąbińskie lasy koło Żychlina, aby tam organizować ochotników. Na Kujawach pierwsze grupy powstańców zaczęły się formować dopiero z początkiem lutego 1863 roku pod dowództwem majora Witolda Ulatowskiego, oficera pamiętającego jeszcze powstanie listopadowe. Miejscem ich zgrupowania były lasy w okolicy Przedcza, gdzie nad ranem 8 lutego naczelnik powiatu włocławskiego Andrzej Bogusz przywiózł do obozu, mianowanego dowódcą tego oddziału, Kazimierza Mielęckiego.
Wybór ten nie był przypadkowy. Mielęcki nie należał do żołnierzy, którzy unikają walki i jeszcze tego samego dnia wydał rozkazy do podjęcia militarnych działań. Uzyskawszy informację, iż wojskowego magazynu w Przedczu strzeże tylko 11 żołnierzy rosyjskich, wieczorem wysłał tam oddział kawaleryjski liczący około 30 ludzi. Zdecydowana szarża kawalerii rankiem 9 lutego doprowadziła do łatwego osiągnięcia celu. Zaskoczeni Rosjanie, których dowódca został ranny, szybko się poddali, po czym zostali zaprowadzeni do obozu. Łupem powstańców padło również kilka wozów z mundurami i bielizną.
Jeszcze w tym samym dniu Kazimierz Mielęcki dokonał przeglądu swojego oddziału, którego stan wynosił około 500 osób, które poza plutonem jazdy i taborami zostały rozdzielone na 4 kompanie. Nie dysponowały one jednak zbyt silnym uzbrojeniem, gdyż w ich posiadaniu było zaledwie około 60 strzelb, a dla wszystkich nie wystarczyło nawet kos.
Kiedy Mielęcki obejmował dowództwo i przygotowywał pierwszą akcję zbrojną, tegoż 8 lutego dowództwo rosyjskie we Włocławku zdecydowało o wysłaniu na południe majora Nelidowa z kompanią piechoty i 40 kozakami, którzy po dotarciu do Chodcza i wysłaniu patroli rozpoznawczych m.in. do Przedcza, dowiedzieli się, gdzie rozłożony jest polski obóz. Rano 10 lutego piechota rosyjska na furmankach dotarła do wsi Żarowo, skąd ruszyli pieszo w kierunku odległego o kilka kilometrów powstańczego obozu.
Mielęcki był jednak czujny, a jego system wywiadowczy funkcjonował sprawnie, co potwierdza fakt, że już w nocy otrzymał informację o zbliżającym się wrogu. Dlatego już o 3 rano zarządził w obozie pobudkę, by o 6 odesłać tabory, za którymi później wysłano część piechoty uzbrojoną jedynie w kije. Pozostali powstańcy wyruszyli naprzeciw Rosjan aby podjąć bitwę. Polacy wyszli z lasu osłaniającego wsie Lucynowo i Stypin docierając do Cieplinek, a być może nawet dalej w kierunku lasu odgradzającego wtedy Ciepliny od Żarowa.
Zaraz potem powstańcy zawrócili w kierunku Lucynowa, gdzie przyjęli szyk bojowy. Najpierw do boju wysłano strzelców i rozpoczęła się wymiana ognia. Następnie do ataku ruszyli kosynierzy, ale na otwartej polanie zostali odparci siłą rosyjskiego ognia, wobec czego część z nich poległa, a reszta zaczęła uciekać. Mimo iż na polu bitwy powstało duże zamieszanie, Mielęcki zachował zimną krew i z flanki zaatakował Rosjan jazdą, co powstrzymało siłę ich ataku. Choć kozakom udało się odeprzeć powstańców, Rosjanie nie próbowali już podjąć pościgu i ostatecznie zawrócili, docierając 11 lutego do Włocławka z aresztowanymi, jeńcami i częścią odzyskanych z Przedcza rzeczy.
Po bitwie żadna ze stron nie mogła czuć się zwycięzcą, choć straty powstańców były większe. Kierunek marszu oddziału Mielęckiego po tej bitwie nie jest do końca znany. Prawdopodobnie 10 lutego jego część, być może owe wcześniej wysłane tabory, wyruszyła na północ ku Izbicy Kujawskiej. Po połączeniu się w całość zapewne zawrócono, by 16 lutego wydzielonym oddziałem przemaszerować przez Kłodawę i Grzegorzew, gdzie przejęto pieniądze z miejskich kas. Z kolei następnego dnia o 3 nad ranem powstańcy wkroczyli do Koła, gdzie zagarnęli pieniądze powiatowe. Tam też Kazimierz Mielęcki ogłosił manifest Rządu Narodowego, by wieczorem rozbić obóz w Lubstowie. Te brawurowe przemarsze podniosły alarm w dowództwach rosyjskich w Łęczycy i Kaliszu, z których wysłano silnie uzbrojone oddziały w celu podjęcia pościgu za Mielęckim.
W tym czasie Mielęcki, stojący obozem nad Jeziorem Lubstowskim, otrzymał wiadomość o wkroczeniu do Królestwa i na Kujawy dyktatora powstania Ludwika Mierosławskiego, z którego niewielkim oddziałem miał połączyć swoje siły. 18 lutego wyruszył zatem na spotkanie z dyktatorem, który poprzedniego dnia zakwaterował się w dworze w Krzywosądzu. W pobliskim lesie dyktator rozkazał jednocześnie utworzenie obozu, w którym szkolono garnącą się do walki młodzież.
Na dłuższy pobyt i dostateczne wyszkolenie młodych powstańców pod Krzywosądzem zabrakło jednak czasu, gdyż o stacjonującym tam Ludwiku Mierosławskim poinformował Rosjan wójt Zakrzewa o nazwisku Kowalski. Dyktator powstania zdawał sobie sprawę z trudnego położenia, w jakim się znalazł. Wobec braku wsparcia ze strony oddziału Mielęckiego, który zbliżał się wówczas do pobliskiej Byczyny, Mierosławski ruszył w kierunku Dobrego, gdzie już wcześniej odesłano tabory. Osłaniał je podjazd kawaleryjski od Mielęckiego, który dotarł przed głównymi siłami.
19 lutego doszło do bitwy pod Dobrem, w której oddział Mierosławskiego musiał się wycofywać do lasu i wsi. W Dobrem rozegrała się ostatnia faza bitwy, podczas której, górujący pod względem uzbrojenia i liczebności wojsk Rosjanie, złamali opór powstańców. Na polu bitwy poległo ponad 40 powstańców, a wielu zostało rannych. Mierosławskiemu udało się wymknąć i ze swym pocztem konnym dotarł w okolice Płowiec, gdzie spotkał Mielęckiego, który zawrócił ze swoimi powstańcami spod Byczyny.
Tam doszło do ostrego sporu między dyktatorem powstania a Mielęckim. Mierosławski miał pretensje do Mielęckiego o brak wsparcia, obciążając go zarazem winą za tragiczny finał bitwy pod Krzywosądzem. Przy okazji wyszły na jaw ich osobiste ambicje, gdyż żaden z nich nie chciał oddać dowództwa nad podległymi sobie powstańcami, ale ostatecznie Mielęcki uznał władzę dyktatora. Już po klęsce powstania Mierosławski i jego zwolennicy przekonywali, iż pułkownik Mielęcki świadomie nie dotarł na czas z odsieczą, gdyż traktował Mierosławskiego jako ideowego przeciwnika i miał negatywny stosunek do sprawowanej przez niego władzy nad powstaniem. Mielęcki miał nawet z tego powodu ogłosić nowy rząd narodowy.
Ta interpretacja zdarzeń, dokonana przez Mierosławskiego, wydaje się być zrzuceniem z siebie odpowiedzialności za klęskę pod Dobrem i mija się z zaistniałymi wówczas faktami. Różnice w poglądach między dowódcami oczywiście były, jednak prawdą jest również, że Mielęcki na skierowane do niego przez Mierosławskiego wezwanie, do 18 lutego rano dość szybko maszerował. Nie ma też dowodów na to, żeby dyktator 19 lutego domagał się jak najszybszego przybycia oddziału Mielęckiego do Krzywosądza. Fakt taki raczej nie mógł mieć miejsca, gdyż Mierosławski sam nie wiedział, że Rosjanie się zbliżają poinformowani o miejscu jego stacjonowania przez wójta Zakrzewa.
W tym czasie oddział Mielęckiego mógł liczyć około 350 ludzi. Po bitwie zasilili go ocaleni powstańcy od Mierosławskiego, zgłaszający się nowi ochotnicy oraz niewielki oddział niemieckiego barona Teodora Seydewitza. Była to pierwsza z grup ochotników, które w kolejnych tygodniach wzmacniały z terenu Wielkiego Księstwa Poznańskiego, w tym i z Pałuk, powstanie na Kujawach. Oddział Mielęckiego mógł liczyć w tym momencie od 500 do 700 osób.
Rankiem 20 lutego oddział ten skierował się na południe i przybył w okolicę wsi Trojaczek, gdzie Mielęcki rozłożył się obozem. Rosjanie jednak nie wstrzymywali pościgu i następnego dnia, będąc dobrze zorientowanymi w ruchach polskich wojsk, podjechali furmankami w pobliże powstańczego obozu i około 10 rano zaatakowali. Powstańcy zostali wyparci ze swoich pozycji, ale zdołali wycofać się bez poważniejszych strat, by przed wieczorem dotrzeć do lasu w pobliżu Nowej Wsi.
Tam zatrzymali się na posiłek, natomiast oficerowie pojechali zjeść spóźniony obiad do dworku w Nowej Wsi. Polacy byli przekonani, że na dłuższy czas pościgowi rosyjskiemu umknęli. Tymczasem wróg nadszedł szybko i zaatakował obóz pod nieobecność dowódców. Mimo to powstańcy początkowo stawiali silny opór. Poinformowani o ataku Rosjan oficerowie natychmiast przybyli, ale wówczas obrona polska zaczęła się już załamywać. Szczęśliwie dla powstańców zapadał już zmrok, który ułatwił im wycofanie się z pola bitwy, ale straty były poważne: co najmniej 37 zabitych i tyle samo rannych.
Pod wieczór 22 lutego około 300 ludzi z oddziału Mielęckiego przybyło do Kazimierza Biskupiego. Okazało się, że przebywał tam również Ludwik Mierosławski. Doszło do kolejnej ostrej kłótni między Mielęckim i Mierosławskim odnośnie sposobu prowadzenia działań zbrojnych. Doszło nawet do sytuacji, w której jeden z oficerów strzelał do dyktatora, który w zaistniałych okolicznościach udzielił swoim żołnierzom urlopów i załamany psychicznie udał się do Poznańskiego, by następnie wyjechać do Paryża.
Tymczasem Mielęcki zawrócił spod pruskiej granicy, gdzie łatwo mógł być osaczony i wracał na obszar województwa mazowieckiego, którego był w tym czasie naczelnikiem wojennym, co ułatwiało rekonstrukcję i rozbudowę jego partii, a wieści o jej dużej liczebności zaalarmowały dowódców rosyjskich. Z Prus docierały do nich także informacje, iż w WKP formuje się duża partia złożona z wielkopolskich ochotników, więc postanowili otoczyć oddział Mielęckiego.
Rosjanie pochwycili powstańca, od którego dowiedzieli się, że Mielęcki ze swoją partią pomaszerował do bieniszewskiego klasztoru, ukrytego w lasach pomiędzy bagnami. W Gosławicach znaleźli też obiad dla kilkuset ludzi (siły polskie oceniono na 600 ludzi). Doszło do wymiany ognia w pobliżu Holendrów Bieniszewskich, ale wobec silnego oporu i zapadającego zmroku Rosjanie nie zdecydowali się na decydujące natarcie.
Pod klasztor 1 marca dotarła druga partia powstańcza, około 350 ochotników, głównie z Poznańskiego, a wśród nich duża grupa gimnazjalistów ze szkoły w Trzemesznie (łącznie tę szkołę opuściło w tym czasie 67 uczniów). Dowódcą tej partii został płk Antoni Garczyński. Entuzjazm był powszechny, zwłaszcza w obliczu odparcia pogoni rosyjskiej sprzed kilku godzin. Zachwycony wzmocnieniem powstańczych szeregów Mielęcki powitał przybyłych następującymi słowami: Witam was młodzi! Przychodzicie pod dobrą gwiazdą, bo właśnie przed godziną obiłem okropnie dupę Moskalom. Da Bóg, jutro im z waszą pomocą jeszcze poprawię! W ten sposób chciał zapewne dodać otuchy przybyłym powstańcom, a pewnie i sobie również, gdyż o żadnym wielkim zwycięstwie w ostatniej bitwie nie mogło być mowy.
Choć oddział wielkopolski składał się ze słabo wyszkolonych żołnierzy i z niewielką ilością dobrego uzbrojenia, jego przybycie podwajało siły polskie i zwiększało szanse na skuteczny opór wobec rosyjskich ataków. Tymczasem prawdopodobnie w czasie wieczornej narady przy ognisku doszło między Garczyńskim a Mielęckim albo do sporu, albo też do ustalenia planu działań, który zakładał, iż każda z partii będzie operowała oddzielnie. Garczyński miał sugerować, aby o świcie zaatakować Rosjan, a więc wyprzedzić spodziewaną ich akcję. Mielęcki natomiast nie chciał brać na siebie tego rodzaju odpowiedzialności za los oddziałów i był za odrębnymi ich działaniami. Wobec przewagi militarnej i liczebnej wroga, stawiał na partyzancki sposób walki, odrzucając wojnę zaczepną.
2 marca obozem stacjonujący osobno oddział Garczyńskiego bez wiedzy Mielęckiego odmaszerował spod klasztoru bieniszewskiego jeszcze przed świtem. Nie wiadomo, czy był to efekt wieczornych ustaleń z Mielęckim, który nad ranem wyruszył w tym samym kierunku, aby się z nim połączyć. Być może chcieli maszerować mniejszymi oddziałami w niedużej od siebie odległości, aby nie zwrócić uwagi Rosjan, a w razie zagrożenia wzajemnie się wspierać. Mogło to być jednak także efektem braku porozumienia w kwestii prowadzenia dalszej walki. Konflikt rozegrał się także o to, kto ma dowodzić połączonymi siłami powstańców. Garczyński, mając wyższy stopień wojskowy, domagał się tego prawa dla siebie, Mielęcki jednak jako naczelnik powstania na tym terenie nie zamierzał się na to godzić.
Tymczasem, gdy Rosjanie spodziewający się oporu polskiego ruszyli z rana 2 marca w kierunku klasztoru, zastali opuszczone obozowiska i stracili ślad powstańców. Kierunek pogoni za powstańcami wybrali jednak właściwy.
Partię Mielęckiego udało im się dojść na odległość strzału w okolicach wsi Dobrosołowo, gdzie doszło do walki ogniowej. Polacy ponosząc pewne straty zaczęli się cofać, zabierając ze sobą rannych. Po pierwszym starciu pod lasem doszło do drugiej fazy bitwy, którą zapoczątkował wyścig o zajęcie Dobrosołowa. Część tej wsi zajęła partia Mielęckiego. Drugą z dworkiem zdołali opanować Rosjanie. Mielęcki zdając sobie sprawę z zagrożenia wysłał adiutanta do Garczyńskiego z wezwaniem do przyjścia z odsieczą. Oddziały te były już za Dobrosołowem, ale szybko zawróciły. Pierwsza dotarła nieliczna kawaleria. Piechota Garczyńskiego dotarła do wsi już po wyparciu z niej Mielęckiego i dostając się pod silny ogień Rosjan. Dodatkowo panikę wśród powstańczych oddziałów wprowadził wybuch furgonu z prochem, co zasugerowało wprowadzenie przez Rosjan do walki armat. Powstańcy zaczęli się wycofywać, a pod Mieczownicą na zadrzewionym cmentarzu doszło do ostatniej fazy bitwy, w której pod dowództwem Nepomucena Marczyńskiego wzięła udział 28-osobowa grupa młodzieży z Trzemeszna. Początkowo współdziałała z nią partia Mielęckiego, ale wkrótce wycofała się na zachód w kierunku granicy pruskiej. Powstańcy powstrzymali na pewien czas oddział rosyjskich dragonów, jednak w krwawym boju, w którym dobijano rannych, prawie wszyscy zginęli. Uratował się tylko uczeń z Trzemeszna, Klemens Wiśniewski. Pozostali powstańcy zaczęli bezładnie uciekać, a w samym środku całego zamieszania znalazły się wozy ze spóźnionymi trzemeszeńskimi uczniami.
Tymczasem przed samą granicą Rosjanie jeszcze raz wystrzelili z karabinów, a jazda dogoniła część powstańców, którzy zostali wycięci szablami. Zapadający zmrok uchronił jednak Polaków przed całkowitą klęską. Kilkudziesięciu z nich, w tym Garczyńskiego, aresztowali jednak Prusacy, którzy przy okazji zarekwirowali dużo broni, sprzętu i koni. Poza tym pruskie władze w zemście za udział uczniów z Trzemeszna w powstaniu zamknęły tamtejsze gimnazjum.
Straty polskich oddziałów były znaczne, wyniosły około 80 zabitych, dziesiątki rannych i uwięzionych przez władze pruskie. Jednostki dowodzone przez Mielęckiego i Garczyńskiego praktycznie przestały istnieć, na co niemały wpływ miały odmienne wizje prowadzenia walki i brak współdziałania między nimi, za co odpowiedzialność spoczywała na obu dowódcach. Warto w tym miejscu nadmienić, iż w pewnym momencie w Mieczownicy doszło do poważnego sporu pomiędzy Mielęckim a Garczyńskim. Temperamenty dowódców dały o sobie znać tak dalece, że rozdzieliła ich dopiero interwencja adiutanta. Incydent ten pozwala przypuszczać, iż obaj dowódcy nie działali do tej pory w pełnym porozumieniu.
Mielęckiemu udało się uciec i przez 12 dni ukrywał się w Wielkopolsce, najpierw w Leśniewie, później w Czerniejewie, gdzie pojawili się wysłannicy poznańskiego Komitetu Jana Działyńskiego - Aleksander Guttry i Roger Działyński. Ich celem było przekonanie Mielęckiego do objęcia dowództwa nad nowo formowanym oddziałem ochotników z Wielkopolski, Pałuk i Kujaw. Mielęcki zgodził się, ale postawił warunki, aby oddział: liczył co najmniej 400 osób, był gotowy w połowie marca, w osobie szefa sztabu miał wartościowego oficera. Do czasu przybycia ochotników - oficerów francuskich - na czele sztabu zgodził się stanąć Guttry. Jednak Mielęcki nie czekając na Guttrego (prawdopodobnie nie chciał uzależnić się od poznańskiego komitetu lub obawiał się wykrycia przez władze Prus) 14 marca potajemnie przekroczył granicę z oddziałem liczącym 280 osób, który został sformowany z napływających w kierunku granicy ochotników z WKP. Po drodze dołączały do niego małe oddziały, w tym weterani dotychczasowych walk ukrywający się do tej pory w lasach. Poza tym na Mielęckiego w lasach bieniszewskich czekał z 85-osobowym oddziałem utalentowany i doświadczony żołnierz Edmund Callier.
Mielęcki 17 marca zajął Lądek, by następnie wkroczyć na tereny leśne rozciągające się w okolicach Kazimierza. Tam połączył się z głównymi siłami Calliera, a jego oddział ukrywał się w lasach kazimierzowskich liczył w tym czasie około 500 powstańców.
Dowódcy rosyjscy nie przestawali w działaniach mających na celu osaczenie Mielęckiego z kilku kierunków. Jako pierwszy próbę tę podjął oddział Emila księcia Sayn-Wittgensteina, niemieckiego arystokraty w służbie rosyjskiej. Do pierwszego starcia księcia z oddziałem Mielęckiego doszło 21 marca pod Goraninem, ale tylna straż powstańców ostrzeliwując się zza drzew powstrzymała atak Rosjan. Mielęcki ze swą partią zatrzymał się na nocleg w lesie niedaleko Pątnowa, a więc zaledwie o 6 km od Kazimierza, gdzie nocowali żołnierze Wittgensteina. Mielęcki wiedząc o tym zarządził nad ranem pobudkę i cichy marsz dla dokonania zaskakującego ataku. Niestety w polskim obozie znalazł się zdrajca, który o bliskości powstańców powiadomił wroga. Wittgenstein podniósł natychmiastowy alarm, chcąc także zaatakować pod osłoną nocy. Zatem wrogowie zbliżali się do siebie przemierzając leśną drogę.
Tuż po godzinie czwartej pod Olszakiem (o tej bitwie pisaliśmy w Pałukach 3/2013), niedaleko Pątnowa, rosyjski dowódca plutonu piechoty jako pierwszy dostrzegł Polaków i próbował zorganizować zasadzkę, ale powstańcy się zorientowali i odpowiedzieli ogniem. Jednak wkrótce to Rosjanie przeszli do zdecydowanego natarcia. Skutecznie przeciwstawił im się jednak oddział strzelców Edmunda Calliera. Zaskoczeni Rosjanie zaczęli kryć się za chlew i tartak, inni uciekali w stronę lasu. Callier wykorzystał tę sytuację zajmując tartak i dwa inne budynki. Rosjanie ponownie zwarli szyki, po czym rozpoczęła się ponaddwugodzinna wymiana ognia. Straty po obu stronach były znaczne, a Polakom kończyła się amunicja. Callier został trzykrotnie ranny, po czym przewieziono go do Pątnowa, a stamtąd na teren Wielkiego Księstwa Poznańskiego. Postrzelony w plecy i ciężko ranny został również Mielęcki.
Powstańcy cofnęli się osłaniając się ogniem, ale Wittgenstein wcale nie myślał o pościgu, gdyż Rosjanom amunicja też się kończyła, a byli już mocno wyczerpani, więc po kilkugodzinnej, nierozstrzygniętej bitwie wrócili do Kazimierza.
Wycofujący się powstańcy natknęli się wówczas niespodziewanie na oddział majora Nelidowa, który od strony Lubrańca maszerował, aby połączyć się z siłami Wittgensteina. Rozbici pod Olszakiem powstańcy byli łatwym przeciwnikiem dla żołnierzy rosyjskich, dlatego w potyczce pod Ślesinem zginęło wielu kolejnych powstańców, w tym uczniów z Trzemeszna, którzy ratunku szukali w przedostaniu się do zaboru pruskiego. Wielu Polaków odniosło rany.
Niestety polski oddział nie mógł liczyć na szybkie wzmocnienie, powstańcy byli wyczerpani, amunicja na ukończeniu, a co może najważniejsze, obaj dowódcy zostali ciężko ranni, co uniemożliwiło im na pewien czas udział w walkach.
Pułkownika Mielęckiego jego adiutant Zdzisław Szczawiński dowiózł do Mikorzyna. Stamtąd przeprawiono go jeziorem do wsi Wąsosze, następnie do majątku Wielka Góra Juliana Wieniawskiego (brata słynnego skrzypka Henryka), skąd karetą przemycono go w stroju kobiety w okolice Wilczyna przez granicę do Wielkiego Księstwa Poznańskiego. Dalsza droga prowadziła przez Kuśnierz, gdzie Mielęcki był leczony w majątku Bolesława Moszczeńskiego i miał okazję spotkać się z małżonką Salomeą. Na koniec, po aresztowaniu Moszczeńskiego, musiał opuścić Kuśnierz i trafił na dłuższy pobyt do Mamlicza koło Barcina, gdzie był leczony w powstańczym szpitalu, mogącym pomieścić 20 chorych. Szpital ten zorganizował wybitny poznański lekarz dr Teodor Matecki, w czym pomagała mu m.in Melania Skórzewska z Lubostronia.
Właścicielem Mamlicza (odkupił go od Skórzewskich) był Władysław Dąbski, u którego oficjalistą, czyli osobą zatrudnioną do zarządzania prywatnym majątkiem ziemskim, był krewny pułkownika - Roman Mielęcki.
W okresie trzymiesięcznej rekonwalescencji opiekowała się Mielęckim małżonka oraz cała służba szpitala. Mimo poważnego stanu zdrowia, nadal starał się kierować powstaniem, wysyłał pisemne rozkazy dowódcom oddziałów i raporty Rządowi Narodowemu. Kontaktował się m.in. z Callierem, który po wyzdrowieniu w pierwszej połowie maja odwiedził Mielęckiego w Mamliczu, gdzie ten awansował go na pułkownika i przekazując rozkazy powierzył mu jednocześnie dowództwo nad działaniami zbrojnymi na terenie województwa mazowieckiego. Mielęcki był także w kontakcie z Aleksandrem Guttrym, który zajmował się dostawą broni dla powstańców, sprowadzając ją z Belgii. W obliczu toczących się wokół niego wydarzeń Mielęcki nie zamierzał leżeć bezczynnie w łóżku. Rozpoczął więc przejażdżki na koniu w ojrzanowskim lesie, co czynił mimo zakazów lekarzy. Podczas jednej z nich spadł z konia tak nieszczęśliwie, że złamał osłabiony postrzałem kręgosłup. Upadek spowodował poważne pogorszenie się stanu zdrowia Mielęckiego i stał się bezpośrednią przyczyną jego śmierci, która nastąpiła w mamlickim szpitalu 8 lipca 1863 roku. Do końca czuwała przy nim zrozpaczona małżonka.
Po śmierci Mielęckiego Wydział Wojny Rządu Narodowego oficjalnie mianował Edmunda Calliera z dniem 11 lipca naczelnikiem wojskowym województwa mazowieckiego.
Śmierć niespełna 26-letniego pułkownika była źródłem żałoby nie tylko na Kujawach, ale i w Wielkopolsce. Melania Skórzewska wspólnie z przyjaciółmi uznała, iż należy oddać hołd zasłużonemu pułkownikowi, a najlepszym tego wyrazem będzie wystawienie jego trumny na widok publiczny w lubostrońskim pałacu Skórzewskich.
Kondukt żałobny wyruszył zatem 9 lipca z Mamlicza do Lubostronia, gdzie w rotundzie na posadzce z Orłem i Pogonią ustawiono na katafalku jasnoorzechową trumnę, w której spoczywał Kazimierz Mielęcki w powstańczym mundurze koloru zielonego z ryngrafem na piersiach. Przy alei wjazdowej na dziedziniec pałacowy paliły się po obu stronach w mosiężnych naczyniach znicze, które umieszczono na kamiennych kulach. Przy zmarłym przez cały czas czuwała warta honorowa.
Po oddaniu czci bohaterskiemu dowódcy należało przewieźć go na miejsce wiecznego spoczynku. Stał się nim cmentarz parafialny w Łabiszynie, co było oczywiste z uwagi na fakt, iż znajdował się tam grobowiec rodzinny Edmunda Mielęckiego, ówczesnego dzierżawcy Ściborza w powiecie inowrocławskim. W grobowcu tym od 1859 roku znajdowała się jedna trumna, a na jego froncie umieszczono do dziś zachowany napis: Eleonora z Mlickich Mielęcka ur. 1827 zm. 1859. Był to jedyny napis na tym grobowcu do 1963 roku, a osoba w nim spoczywająca była prawdopodobnie żoną Edmunda Mielęckiego.
Ceremonia pogrzebowa odbyła się wieczorem 11 lipca 1863 roku. Niesione przez setki ludzi palące się świece i pochodnie nadawały uroczystości podniosłego charakteru. Dodatkowo na kościelnym wzgórzu łabiszynianie palili beczki ze smołą, aby z należytymi honorami powitać zmierzający do kościoła pw. św. Mikołaja w Łabiszynie żałobny kondukt z trumną Kazimierza Mielęckiego. Proboszczem łabiszyńskiej parafii był wtedy ks. Stanisław Zientkiewicz. Trumna z ciałem pułkownika była niesiona na przemian przez mieszczan i chłopów. W uroczystościach żałobnych uczestniczyło 52 księży oraz tysiące wiernych z wielu miast i okolicznych wsi. Razem było ich około 10 tysięcy. Za trumną, zgodnie z dawną, rycerską tradycją prowadzono ulubionego konia zmarłego.
Uroczystości pogrzebowe stały się wielką manifestacją patriotyczną wyrażającą tęsknotę zniewolonego narodu polskiego za wolną ojczyzną. W obliczu tak dużego zgromadzenia władze pruskie zakazały wygłaszania jakichkolwiek przemówień. Pożegnanie pułkownika odbyło się zatem w ciszy i zadumie nad losem ojczyzny i jej bohatera. Msza święta za duszę Kazimierza Mielęckiego została odprawiona przez ks. Józefa Szymańskiego z Rynarzewa. Przy trumnie, która w kościele św. Mikołaja została pozostawiona na całą noc, wartę pełnili chłopi, mieszczanie i szlachta, co oznaczało swoiste zjednoczenie narodu w obliczu smutku po stracie bohaterskiego pułkownika.
12 lipca trumnę w żałobnym orszaku przeniesiono z kościoła na cmentarz i złożono w grobowcu Edmunda Mielęckiego. W ostatniej drodze towarzyszyli pułkownikowi żona, rodzina i przyjaciele. Przy grobowcu pożegnalną mowę wygłosił kaznodzieja ks. proboszcz Chryzostom Janiszewski z Kościelca.
W księdze zmarłych znajdującej się w łabiszyńskim kościele pw. św. Mikołaja zapisano po łacinie: Casimirus Mielęcki dux Polonarum, vir generosus et pro Patria admodum meritus, co znaczy: Kazimierz Mielęcki, wódz polski, mąż szlachetny i wielce dla Ojczyzny zasłużony.
Uroczystości związane z pogrzebem uwiecznił swoim aparatem niemiecki fotograf Caspari z Bydgoszczy, który później sprzedawał zdjęcia z leżącym w trumnie Kazimierzem Mielęckim z napisem Kasimir von Mielencki der brawe Insurgenten fuhrer.
Umieszczenie ciała Kazimierza Mielęckiego w rodzinnym grobowcu w Łabiszynie sprawiło, iż od tej pory były tam już dwie trumny, a po jakimś czasie przybyła trzecia. Mimo to napis na grobowcu pozostawał niezmienny i odnosił się tylko do Eleonory z Mlickich Mielęckiej. Bohater Powstania Styczniowego w krótkim czasie został zapomniany przez mieszkańców Łabiszyna i okolicy. Zachowaniu pamięci nie sprzyjał bezimienny grobowiec, na którym informacja o pułkowniku się nie pojawiła. Za to prawe skrzydło drzwi znajdujących się za żelazną kratą pozostawało cały czas uchylone, dzięki czemu można było zobaczyć umieszczone na podłodze trzy trumny z szerokich desek. Kolejni proboszczowie parafii św. Mikołaja nie uznawali jednak za ważne, aby swoim następcom przekazywać informację o miejscu spoczynku pułkownika.
Mało tego, pełniący w latach 1934-1961 funkcję proboszcza ks. kanonik dziekan Brunon Schmidt zdecydował w 1953 r. o uczynieniu z grobowca Mielęckich kostnicy. Na jego polecenie grabarz cmentarza Feliks Chojnacki wspólnie z kościelnym Mieczysławem Wągrowieckim wynieśli z grobowca trzy trumny, po czym zerwali w nim podłogę, wykopali głęboki dół, wstawili niszczejące już trumny i zasypali ziemią. Zanim do tego doszło, nie oparli się pokusie, aby otworzyć trumny. Zdziwili się bardzo, gdy w jednej z trumien (środkowej) zobaczyli dobrze zachowane ciało Kazimierza Mielęckiego, ubranego w zielonkawy mundur powstańczy z przypiętym do piersi blaszanym ryngrafem. Odkrycie to chyba nie zrobiło na proboszczu żadnego wrażenia, być może nie wiedział kim jest ów powstaniec, gdyż swojej decyzji o przeznaczeniu grobowca na kostnicę nie zmienił. Musiała ona bowiem gdzieś powstać, gdyż takie były wówczas wymogi. Grobowiec Mielęckich widocznie najbardziej się do tego nadawał i w efekcie pełnił funkcję kostnicy przez kilkanaście lat. Mieściła się w nim również narzędziownia grabarza.
Sytuacja zmieniła się pod wpływem przypadającej na rok 1963 setnej rocznicy wybuchu Powstania Styczniowego i zarazem śmierci Kazimierza Mielęckiego. Wówczas to do parafii św. Mikołaja w Łabiszynie zaczęły docierać listy z pytaniem o miejsce spoczynku pułkownika. Pierwszy list z datą 7 lutego 1963 roku nadesłała dziennikarka Ilustrowanego Kuriera Polskiego z Bydgoszczy, Waleria Drygałowa, jednak nowy proboszcz ks. Maksymilian Perski nic na ten temat nie wiedział. Dziennikarka, która aktywnie działała m.in. w Radzie Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, mocno zaangażowała się w tę sprawę, co kilka tygodni zamieszczała w gazecie artykuł na ten temat i zdołała odnaleźć nawet rodzinę Kazimierza Mielęckiego, nawołując zarazem do uporządkowania zaniedbanego grobowca i przywrócenia pamięci o bohaterze powstania z okazji setnej rocznicy jego śmierci. W ostatnim zdaniu artykułu K. Mielęcki - bohater i patriota z 22 czerwca 1963 roku pisała: W 100. rocznicę Powstania Styczniowego, w rocznicę jego zgonu i pogrzebu uczcić go winno nasze społeczeństwo. Grób bohatera godzien jest upamiętnienia. Gdy jej apel nie odniósł skutku, w tekście z 14 listopada 1963 roku Szlak Powstania Styczniowego wkrótce gotowy ubolewała: Dotychczas niestety ani Woj. Kom. Uczczenia Ofiar Męczeństwa Narodu Polskiego w Bydgoszczy, ani władze miejskie Łabiszyna nie upamiętniły grobu naczelnika powstania płk. K. Mielęckiego.
Drugi, bardzo ciekawy i wartościowy list przysłał wnuk Kazimierza Mielęckiego, ks. prałat Stanisław Wężyk ze Stęszewa, syn Józefy Wężyk, córki Kazimierza Mielęckiego i Salomei Pągowskiej. Przybył on nawet do Łabiszyna w celu odszukania grobu swojego dziadka na miejscowym cmentarzu. Nieocenioną pomocą służyli mu ks. Maksymilian Perski i przede wszystkim świadek i wykonawca przekształcenia grobowca w kostnicę, grabarz Feliks Chojnacki.
Ostatecznie pamięć o jednym z bohaterów Powstania Styczniowego została przywrócona poprzez umieszczenie na grobowcu białej, marmurowej tablicy pamiątkowej. Jej wykonanie na zlecenie wydziału kultury Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej zamówił wydział gospodarki komunalnej Prezydium Miejskiej Rady Narodowej w Łabiszynie. Tablica została wykonana w warsztatach kamieniarskich Piotra Trieblera w Bydgoszczy i 31 stycznia 1964 roku została wmurowana na grobowcu, co było niejako zwieńczeniem regionalnych obchodów setnej rocznicy wybuchu powstania. Napis na grobowcu brzmi: Tu spoczywa płk Kazimierz Mielęcki, naczelnik sił zbrojnych oddziału mazowieckiego, kaliskiego i wszystkich oddziałów z W. K. Poznańskiego przychodzących, dowódca Powstania Styczniowego na Kujawach, ur. 1837 r. w Karnie pod Wolsztynem, zmarłego w Mamliczu 8.7.1863 r. z ran odniesionych w bitwie pod Olszakiem. Bohaterowi wieczna chwała. Potrzeba było zatem stu lat, aby Kazimierz Mielęcki doczekał się choćby wspomnienia w miejscu swojego spoczynku.
Po uczczeniu w ten sposób Kazimierza Mielęckiego, zamiarem jego wnuka ks. Stanisława Wężyka i ks. proboszcza Maksymiliana Perskiego było wykopanie trumien i ustawienie ich w grobowcu, jednak plany te nigdy nie zostały zrealizowane. Grobowiec pozostał zatem pusty i tak jest do dnia dzisiejszego.
Bartosz Woźniak
Pałuki nr 1094 (5/2013)
NAJWAŻNIEJSZA LITERATURA
Z. Grot, Rok 1863 w zaborze pruskim. Udział społeczeństwa polskiego w powstaniu styczniowym, Poznań 1963;
S. Myśliborski-Wołowski, Rejencja bydgoska a powstanie styczniowe, Warszawa 1975;
J. Szymanowski, Pułkownik Kazimierz Mielęcki 1837-1863, Żnin 2005;
Z dziejów powstania styczniowego na Kujawach i Ziemi Dobrzyńskiej, pod redakcją Stanisława Kalembki, Warszawa 1989.
11XI
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze