Gdy nadszedł do nas list p. Bogdana Świercza, który prosił o tekst poświęcony akowcom, zaproponowaliśmy mu stronę z prośbą, by przedstawił sylwetkę jednego z kombatantów. Drukujemy poniżej rozmowę z panem Aleksandrem Masłowskim ze Słębowa, uczestnikiem partyzantki na Wileńszczyźnie, żołnierzem II Armii WP, odznaczonym m. in. Krzyżem Virtuti Militarii, Krzyżem Partyzanckim, medalem Za udział w walkach o Berlin.
- Jak to się stało, że został Pan partyzantem AK?
- Dopiero gdy 23 sierpnia 1939 r. Ribbentrop z Mołotowem podpisali rozbiór Polski zacząłem się interesować polityką. Wtedy w Wilnie śpiewali: Hitler się pokłonił przed czerwoną szmatą, a my sobie gwiżdżem na to.
- Jest Pan rodzonym wilniukiem?
- Tak, jak Pan widział na zdjęciu ekipę palenia mostu w Granżyszkach. Ja mieszkałem 5 km od tego mostu. Urodziłem się w Polenikach akurat wtedy, gdy bolszewicy szli na Warszawę w 1920 r.
- A jak Pan trafił do partyzantki?
- Namówił mnie do tego znajomy inżynier Zygmunt Odyniec, właściciel majątku Ludwikowszczyzna. Sowieci wywieźli mu całą rodzinę na Sybir. To on odebrał ode mnie przysięgę na wierność i nadał mi pseudonim Zuch.
- Dobry pseudonim...
- Dobry, ale zuchem byłem jak każdy inny partyzant.
- Do jakiego oddziału Pan wstąpił?
- Początkowo służyłem w oddziale szkoleniowym nazwanym III Grupa Partyzancka pod dowództwem por. Negana. Następnie byłem strzelcem 2 Kompanii 8 Brygady Oszmiańskiej w okręgu wileńsko-nowogródzkim. Moim bezpośrednim dowódcą był ppor. Józef Gnatek-Zypowice ps. Góral - zastępca dowódcy Brygady, której dowódcą był por. Witold Turonek, ps. Tur. Dowódcą okręgu był gen. Aleksander Krzyżanowski Wilk.
- Czy spotkał się Pan osobiście z gen. Wilkiem?
- Tak, widziałem dowódcę okręgu dwa razy - podczas przeglądów oddziałów partyzanckich w Drożach i drugi raz, jak odbierał defiladę wojsk w Dziewieniszkach. Cieszył się naszym wielkim zaufaniem, dzięki niemu uniknęliśmy większych strat podczas walk.
- W jakich akcjach uczestniczył Pan?
- Dziś już nie jestem w stanie wymienić wszystkich potyczek, były ich dziesiątki. Ale najważniejsze bitwy mojej brygady to rozbicie posterunków niemieckich w Krewie i Ostrowcu, udział w rozbijaniu posterunków litewskich współpracujących z Niemcami, były to wojska gen. Plechavitiusa, walczyliśmy z nimi pod Granżyszkami i Murowaną Oszmianką. Niemiec dał im włoską broń, my im ją odebraliśmy ale nic z tego nie było, bo jak wystrzelaliśmy amunicję, to nasza nie pasowała. Ale erkaemiki były fajne, zgrabne, lekkie.
- Widziałem rozbrojonych żołnierzy gen Plechavitiusa na zdjęciu w książce "Na zew ziemi wileńskiej", czy to ci sami o których Pan mówi?
- Tak, ci sami.
- A widział Pan jak ta gwardia wyglądała?
- Byli tylko w bieliźnie. No - proszę Pana, to była Armia Krajowa! My nie zabijaliśmy bez walki, tak jak oni Nadziewali cywili na bagnety jak Tatarzy. W walce to co innego, albo ja jego, albo on mnie, ale bezbronnego człowieka? Puszczaliśmy jeńców w gaciach do domu.
- Wróćmy jednak do innych walk.
- Największą bitwą, w której brałem udział to walka o wyzwolenie Wilna, akcja Pod Ostrą Bramą - tak ją dzisiaj nazywają. Moja brygada atakowała od strony Kolonii Wileńskiej, wyparliśmy Niemców z ich pozycji.
- Jednak akcja ta nie zakończyła się zdobyciem Wilna przez AK.
- Wilk zdecydował się zacząć akcję wcześniej, niż przedtem ustalono, bo Rosjanie, szybciej niż myślał, zbliżali się do Wilna. Nie udało się w porę zawiadomić wszystkich oddziałów. Łupaszko ze swym oddziałem nie przystąpił do walki, nie chciał walczyć u boku Rosjan w zdobywaniu Wilna. Niemcy zamienili Wilno w twierdzę. Po ciężkich walkach Rosjanie i część oddziałów AK wyparły Niemców z miasta.
- Wtedy rozwiązano waszą Brygadę?
- Rosjanie zaczęli rozbierać oddziały partyzanckie AK, przyszedł rozkaz rozwiązania oddziałów. Wierzyć mi się nie chciało, że to już koniec. Rozeszliśmy się do domów. Później jeszcze raz zebraliśmy nasze oddziały i ruszyliśmy na punkt koncentracji w Puszczy Rudnickiej, chcieliśmy iść na Warszawę. W Puszczy otoczyli nas Rosjanie i musieliśmy rozwiązać oddziały by przeżyć.
- Czy przed wkroczeniem Armii Czerwonej współpracowaliście z partyzantką rosyjską?
- Jaka to była partyzantka... - nazywali to po rosyjsku bambioszka. Przychodzą np. na wieś, tam wesele. Mówią kto ze Sowieckim Sojuzem - nogi do góry! Ruski odjechali i połowa wesela bez butów została. My byliśmy w obronie miejscowej ludności, nikt nie brał kontyngentów i nie rabował.
- Co Pan zrobił po rozwiązaniu oddziału?
- Poszedłem do domu. Ale było niepewnie, bo było dużo enkawudzistów, którzy mnie znali. Musiałem uciekać z kolegą z Oszmian. Wyprowadziła nas najmłodsza siostra Marysia, tuż przed przyjazdem Sowietów. Dostaliśmy się na stację i tam stała kolumna zbierająca ludzi do Wojska Polskiego. Na listę zapisałem się jako Antoni Markowski i ruszyliśmy do Białegostoku. Trafiłem do Mokowodów koło Sielc, potem do I Samodzielnej Brygady Artylerii II Armii WP.
- Przeszedł Pan szlak bojowy aż do Berlina?
- Nie, skończyłem wojowanie na Łabie. 7 maja do godziny 14.00 mieliśmy jeszcze bój nad Łabą. Dzień wcześniej można było przeprawić się na drugi brzeg, gdy myśmy przybyli, już co 5 metrów stał ruski striełok. Gdyby nie to, nie rozmawialibyśmy dzisiaj. Potem przyjechaliśmy gdzieś koło Berlina, odbył się apel poległych, i odczytano najlepszy rozkaz jaki słyszałem: "Zdać pistolety, amunicję, u którego się coś znajdzie to 10 lat więzienia". W lutym 1946 r. wróciłem z wojska i pojechałem w gorzowskie.
- Nie chciał Pan pozostać w wojsku?
- Mogłem zostać nawet na oficerskich warunkach, bo byłem ogniomistrzem, ale komu miałem służyć? Stalinowi? Wróciłem do cywila, rodzina moja jako repatrianci przyjechała do mnie do Przynotecza w gminie Trzebież.
- Ocaleli wszyscy?
- To była gehenna, wszystko stracili, ale ocaleli. Po mojej ucieczce z domu jak mnie szukali, to enkawudzista zapytał matkę tylko: "Z którego węgla dom podpalić?"
- Po 1946 roku miał Pan kłopoty w władzą ludową?
- W 1947 r. jak mnie UB prześwietlało, gdy zobaczyli moje papiery frontowe to chcieli mnie wziąć do siebie. Ale ja im mówię: Panowie ja mam już wstręt do broni, dość mi tego. Potem jak kogut za głośno zapiał, to mnie już zamykali na 24, na 48 godzin, różnie to bywało. Mówili na mnie złośliwie Bór-Komorowski.
- Jak Pan trafił do Słębowa na Pałuki?
- Mój teść za udział w wojnie 1920 r z bolszewikiem otrzymał działkę w Słębowie, za jego namową w 1959 r. wybudowałem dom, w którym w lutym 1960 r. osiedliłem się z żoną na stałe.
- W Słębowie już był spokój z UB?
- O, jeszcze milicjant Szulc ze Żnina zaglądał, ale po 1956 r. to już mocno ulżyło.
- Należy Pan do Łódzkiego Koła Żołnierzy Armii Krajowej?
- Tam jest Góral - mój dowódca z czasów wileńskich i kilku innych z wileńszczyzny. Por. Góral wręczył mi legitymację kombatancką.
- Dziękuję za bardzo interesującą rozmowę i życzę Panu wielu lat w zdrowiu i dostatku.
z Aleksandrem Masłowskim rozmawiał Bogdan Świercz
Pałuki nr 41 (21/1992)
11XI
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze