- Uciekł przed nagrodą - wspomina Eugeniusz L. - Któregoś dnia komendant powiatowy milicji z Szubina przyjechał do Oleszna rozliczyć chłopów z obowiązkowych dostaw. Przesłuchiwał opornych w świetlicy gromadzkiej. Postawił im za przykład wzorowego rolnika Twardowskiego. On rzeczywiście z dostawami był w porządku. Komendant kazał go przywieść na zebranie. Ale Twardowski nie chciał służyć za przykład. Po drodze czmychnął z policyjnego samochodu. Na swoje gospodarstwo już nie wrócił. Mocno zdenerwował ludową władzę, która chciała go uhonorować, a nawet nagrodzić - pamiętam dokładnie - dwiema tonami węgla.

Ruiny domu Stanisława Twardowskiego w Olesznie, listopad 1997 fot. Waldemar Konwiński
W 1953 roku odbyłem godzinną rozmowę ze skazanym na śmierć. Nie opublikowałem jej nigdy. W 1957 roku napisałem o niej, cenzura zdjęła tekst w całości. Dziś szukam ludzi, którzy znają tamte wydarzenia.
Wracam do najbardziej dramatycznego tematu w mojej dziennikarskiej praktyce. Przypomniałem sobie o nim, kiedy niedawno usłyszałem wśród chłopskich protestów, że „suwerenna obchodzi się z chłopami gorzej niż ludowa w ciemnym okresie komuny”.
Z kopią aktu oskarżenia i wypisami akt sądowych, które przechowuję do dziś, jadę na Pałuki - do kilku gmin z pogranicza trzech województw: poznańskiego, bydgoskiego, i pilskiego.
Z raptularza, listopad 1953 r.: „Czołowe dzienniki wybijają wiadomość o procesie dywersyjno-sabotażowej bandy kułackiej przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Poznaniu. Dobry temat na reportaż o walce klasowej na wsi. Biorę delegację z redakcji wiejskiego tygodnika. Mam pismo do prezesa sądu z prośbą o umożliwienie bezpośredniej rozmowy z głównym oskarżonym”.
Z aktu oskarżenia: „Oskarżam Twardowskiego Stanisława, ur. 16 I 1901 r., właściciela 10-hektarowego gospodarstwa, pochodzenia robotniczego, o to, że od lutego 1951 r. do aresztowania w dniu 28 XII 1952 r. na terenie powiatów wągrowieckiego i szubińskiego usiłował zmienić przemocą ustrój Państwa Polskiego przez dokonywanie aktów dywersji, sabotażu i terroru. Działał na bazie intencji bogaczy wiejskich, którzy z nim współpracowali”.
Oskarżenie wylicza zarzuty przeciwko Twardowskiemu: „W lecie 1952 r. w swojej wsi Oleszno wtargnął na salę, gdzie odbywało się zebranie gromadzkie i mierząc z pistoletu w prezydium zagroził, że zastrzeli każdego, kto zorganizuje spółdzielnię produkcyjną. Kilka tygodni później „dokonał zamachu” na miejscowego prezesa ZSL Jana S.: spalił mu zabudowania. Rok wcześniej oblał benzyną i podpalił gminne księgi podatkowe w Łankowicach. Na 1 maja (1952 r.) puścił z ogniem stodołę spółdzielni rolniczej „Zwycięstwo” w Rgielsku, a w noc poprzedzającą wybory do Sejmu 4 października - stóg zboża w spółdzielni produkcyjnej w Żurawi. Nadto słał listy z pogróżkami do aktywistów partyjnych i pracowników rad wojewódzkich i gminnych”.
Z raptularza, grudzień 1953 r.: „Mimo kilku delegacji służbowych, mimo niezadowolenia redakcji, nie napiszę tego tekstu. Zarzut zorganizowania bandy kułackiej jest fałszem. Aresztowano dziesiątki chłopów z wiosek między Wągrowcem a Szubinem. Są bezpodstawnie oskarżeni o współdziałanie z Twardowskim. On działał w pojedynkę". Wiem, że nigdy już nie napiszę słowa o walce klasowej na wsi. Przesądziła o tym moja rozmowa z oskarżonym.
Twardowski jest po wyroku Wojskowego Sądu I instancji, który 14 listopada 1953 r. skazał go na karę śmierci. Najwyższy Sąd Wojskowy jeszcze się nie wypowiedział, wkrótce ma rozpatrywać rewizję. Jest trochę nadziei.
Nieduża izba w poznańskim więzieniu. Siedzę obok oficera służby więziennej. Po drugiej stronie stolika krzesło dla skazanego. Paraliżujący nastrój oczekiwania. Wreszcie dwóch strażników prowadzi skazanego. Niski, niepozorny. Siada z kamienną obojętnością i uparcie milczy. Pytania zbywa krótko: - Wszystko, co miałem do powiedzenia, jest w zeznaniach.
Upływają minuty, które liczy tylko oficer. Gęstnieje posępny nastrój, a przed nami nieruchoma twarz skazanego. Po kwadransie przerywa milczenie: - Powiem, dlaczego to zrobiłem. Nie byłem waszym wrogiem. Przeżyłbym życie i nie spaliłbym tych kilku stogów. Milknie, namyśla się, czuję, że chce powiedzieć coś ważnego. - Przez pół życia harowałem na cudzych hektarach i myślałem o własnych. Chciałem mieć swój zagon - znów następuje dłuższe milczenie. W końcu szybko wyrzuca z siebie: - A kiedy się już dorobiłem, zostałem obwołany wrogiem. Za życiową zaradność zostałem potępiony.
- Niech nam tu Twardowski nie mędrkuje - przerywa oficer. Od tej chwili Twardowski konsekwentnie już milczy. Oficer wzywa strażników.
- Odprowadzić więźnia do celi - rozkazuje. - Na korytarzu ma być spokojnie.
Chłopi odsiadujący kary za uchylanie się od obowiązków dostaw wykrzykują na cześć Twardowskiego, kiedy mija ich cele. - On jest niebezpieczny nawet w więzieniu - zwraca się do mnie oficer.

Pałac w Olesznie. Tu odbywało się zebranie gromadzkie zawiązujące spółdzielnię produkcyjną, które swym wejściem przerwał Stanisław Twardowski. fot. Waldemar Konwiński, listopad 1997
Wkrótce po przesileniu październikowym w 1956 r. postanowiłem wrócić do sprawy Stanisława Twardowskiego.
W trzy lata po rozmowie w więzieniu dowiaduję się, że Najwyższy Sąd Wojskowy 21 stycznia 1954 roku utrzymał w mocy wyrok niższej instancji. NSW uzasadnił swoje postanowienie: „Stosowanym terrorem hamował rozwój spółdzielczości produkcyjnej, (…) wymaga ze względu na prewencję ogólną jak najsurowszego napiętnowania”. Rada Państwa PRL decyzją z 22 marca 1954 roku nie skorzystała z prawa łaski. Pośpiesznie, w pięć dni później, 27 marca, wyrok wykonano. Kiedy czytam o tym w aktach sądowych, 80 proc. spółdzielni już się rozpadło.
Jest w tej lekturze tylko jeden jaśniejszy moment. Jeden z trzech sędziów NSW rozpatrujący rewizję, nieżyjący już płk. Roman Kryże (niektóre ofiary stalinowskiego terroru wspominają go jednak jako sędziego bezwzględnego; ukuto nawet powiedzenie, że „krzyżuje” on oskarżonych), składa votum separatum wobec wyroku. „Melduję, że w sprawie Twardowskiego Stanisława złożyłem zdanie odrębne. Uważam, że wymierzona kara jest zbyt surowa. Sąd całkowicie pominął okoliczności łagodzące. Skazany wychowywał się w ciężkich warunkach. Od 12 roku życia pracował jako pastuch, a następnie jako parobek. Oszczędzając zapracowane pieniądze w 1936 roku kupił dwa hektary, a w 1938 roku następne. Istotnym motywem jego zejścia na drogę przestępczą były szykany, jakich miał doznać ze strony władz terenowych przy klasyfikacji gruntów. Z akt sprawy nie wynika, by przeprowadzone zostało dochodzenie, na ile żale i skargi były słuszne. (…) Nie ciąży na nim ani jedna kropla krwi ludzkiej. Skazany mając broń palną w ręku ani razu do nikogo z niej nie strzelił. (…) Tych wszystkich okoliczności sąd I instancji i NSW nie wzięły pod uwagę”.
Na początku 1957 roku napisałem o procesie Twardowskiego „Spóźniony reportaż z więzienia”. Został zdjęty przez cenzurę z nr. 11 „Nowej Wsi” (17 marca). Przechowuję go w odbitce „szczotkowej”. Cytuję zakończenie tego tekstu: „Wśród terroryzowanych znalazł się śmiałek, który zaprotestował zawadiacką działalnością w pojedynkę. Twardowski wyrażał wtedy zbiorowy, ale nie ujawniany czynnie bunt chłopów".
Dziś znów podróż do gminy Gołańcz, do wiosek i przysiółków, w których ukrywał się ongiś Stanisław Twardowski. Chcę się dowiedzieć, jak ludzie go pamiętają i oceniają po latach. Czy widza w nim swego obrońcę czy sprawcę nieszczęść, licznych aresztowań i wyroków?
Eugeniusz L. ma 69 lat, od 36 lat jest sołtysem wsi Oleszno, w której Stanisław Twardowski miał gospodarstwo. Pamięta go dobrze, ale woli, by nie wymieniać jego nazwiska. Mówi, że Twardowski w podziemie ostatecznie wpędził się sam, przez przypadek.
- Uciekł przed nagrodą - wspomina Eugeniusz L. - Któregoś dnia komendant powiatowy milicji z Szubina przyjechał do Oleszna rozliczyć chłopów z obowiązkowych dostaw. Przesłuchiwał opornych w świetlicy gromadzkiej. Postawił im za przykład wzorowego rolnika Twardowskiego. On rzeczywiście z dostawami był w porządku. Komendant kazał go przywieść na zebranie. Ale Twardowski nie chciał służyć za przykład. Po drodze czmychnął z policyjnego samochodu. Na swoje gospodarstwo już nie wrócił. Mocno zdenerwował ludową władzę, która chciała go uhonorować, a nawet nagrodzić - pamiętam dokładnie - dwiema tonami węgla.
Dwa lata SB organizowała obławy na Twardowskiego. On krążył po okolicy. Kilkakrotnie wydostawał się z zastawionego kotła. Miał spryt i szczęście. Nocował na strychach, w stodołach, stogach siana, w kanałach melioracyjnych. Znajomi gospodarze początkowo chętnie go karmili. Z czasem coraz częściej zamykali przed nim drzwi. Podpalanie zabudowań nie zjednywało mu poparcia.
Emerytowany nauczyciel z Gołańczy (prosi również o nieujawnianie nazwiska) przypomina sobie zebranie, na którym Twardowski celował pistoletem w prezydium. - Byłem tam wtedy. On kołchozów zabraniał, mówił, że bije się o inną Polskę. Prawdę mówiąc, ludzi tym nie poderwał. Strach się ciągle czaił.
Nie mieli odwagi występować przeciwko komunistycznej władzy. Jeszcze żył Stalin, mnożyły się aresztowania. Wielu dopiero powróciło do domów z Zamojszczyzny, dokąd przesiedlili ich Niemcy. - Uważali, że Twardowski porywa się z motyką na słońce – mówi nauczyciel. - Wszyscy siedzieli cicho. Dopiero od Gomułki ziemia u nas chłopom zapachniała, wieś podniosła się z kolan. Zaczęła budować to wszystko, co pan widzi, nowe domy.
We wsi Łekno, gdzie Stanisław Twardowski się urodził, do przyjaźni z nim przyznaje się dziś Józef A., w tamtych czasach prezes Zarządu Powiatowego Związku Samopomocy Chłopskiej.
- Stach był dobrym Polakiem, nie był przestępcą, bronił interesów chłopskich, palił dokumenty podatkowe. Twardziel był, przeciwko komunie w szczególności. Niejedną noc my wspólnie przegadali, że komunę szlak w końcu trafi. Moja chata była mu często schronieniem.
Kiedy pytam, jak Twardowski zachowywał się w czasie procesu, Józef A. gwałtownie i zdecydowanie odżegnuje się: - Ze śledztwem i procesem Stacha nie miałem nic wspólnego. Jest zaskoczony, gdy mu pokazuję akt oskarżenia z 1953 r. Wymieniony jest jako jeden z pierwszych na liście świadków.

Spółdzielnia rolnicza "Zwycięstwo" w Rgielsku nie utrzymała się długo. W jej miejsce utworzono PGR. On też się rozpadł. fot. Maria Warda, listopad 1997
Bezpartyjny, emerytowany księgowy z Gołańczy, „bezstronny sędzia komuny i postkomuny” jak sam siebie określa, tak mówi o Twardowskim: - Ludzie się go trochę bali. Był porywczy, pobudliwy, nie słuchał cudzych racji. Kiedy pędził przez wieś swoim wozem-gumiakiem w dwukonnym zaprzęgu, tuman kurzu unosił się za nim, a ludzie uciekali z drogi.
Potem, kiedy już się ukrywał, bywało, że nocą stukał pistoletem w drzwi sąsiedzkie. Nigdy nie rozstawał się z ulubionym parabellum. Zapewne przywykł do niego w czasie okupacji, bo wtedy zaczęła się jego samotna walka przeciwko narzuconej władzy.
Wywieziony na roboty do Niemiec, uciekł, wrócił w rodzinne strony, kilka lat ukrywał się. Na własną rękę brał nawet odwet na Niemcach za krzywdy wyrządzone Polakom. Starsi ludzie wspominają, że za niesprawiedliwie ściągane kontyngenty podpalał niemieckie urzędy, napadał na niemieckie kasy. Niemcy nazywali Twardowskiego diabłem „einer Teufel”. Organizowali na niego obławy. Zawsze wychodził obronną ręką.
Pierwszy raz został aresztowany już przez władzę ludową jesienią 1946 r. Roman Krysztofiak z Łekna pamięta, że było to podczas wiecu PSL: - Twardowski poparł Mikołajczaka i trafił do więzienia. Po kilku miesiącach objęła go amnestia.
Odnalazłem sześciu świadków, którzy zeznawali w śledztwie lub procesie Stanisława Twardowskiego. Wszyscy twierdzą, że przyznawał się do popełnionych czynów, ale nie do winy. Powtarzają słowa, jakie wielokrotnie Twardowski powtarzał na rozprawach: - Wy osądzacie mnie dzisiaj, ale przyjdzie czas, że was będą sądzić.
„Za użyczenie kwatery, noclegów, pożywienia i pomocy Stanisławowi Twardowskiemu” zasądzono na wieloletnie więzienia, utratę majątków i praw publicznych wielu chłopów. Niektórym wytyczano oddzielne procesy przed sądami wojskowymi w Poznaniu lub Bydgoszczy.
Józef Żmudziński z Potulina został skazany „za użyczenie dętki od motocyklowego koła”. Twardowski, jak zapisano w akcie oskarżenia, miał przeprawić się na niej przez Odrę i uciec z kraju.
Krystyna P., rolniczka z Łankowic, dostała wyrok łagodny - pięć lat więzienia i dwuletnia utratę praw publicznych i obywatelskich „za udzielenie Stanisławowi Twardowskiemu pożywienia w czasie ukrywania się w zabudowaniach ojca”. Jej ojciec zapłacił za to 15-letnim wyrokiem. Odsiedział cztery lata. Krystyna P. przeszła przez słynne więzienie w Fordonie. Nie chce, by publikować jej nazwisko. - W złości czasem wypominają mi, że pomagałam przestępcy-podpalaczowi.
Pytam, czy chciałaby, żeby ukarano tych, którzy ferowali tamte wyroki. - Nie pragnę ani ich sądzić, ani świadkować - odpowiada.
Franciszek N. z Oleszna - którego teść Tadeusz Czajkowski przepracował parę lat w kamieniołomach za podanie Twardowskiemu bochenka chleba - niechętnie wraca do tamtej przeszłości. Franciszek L., prezes koła PSL, wzorowy rolnik na 33 hektarach, wolałby pomówić o swoich dzisiejszych kłopotach. - Panie, za komuny było lepiej - mówi. - Teraz do wsi nadciąga bankructwo.
W aktach sądowych wyczytałem, że Stanisława Twardowskiego ujęli trzej „ średniorolni chłopi” w Kujawkach, 20 km od domu. Była noc 28 grudnia 1952 r., schwytano go, kiedy spał w stodole.
Z tych trzech wymienionych z nazwiska odnajduję jednego, od ćwierćwiecza jest sołtysem w Kujawkach (- Wieś mi ufała i ufa, za komuny i za „Solidarności”). Pokazuje mi pismo - w końcu grudnia 1952 r., nie było go we wsi, był na kursokonferencji. - Nie mogłem jednocześnie robić zasadzki na Twardowskiego. Pismo wygląda wiarygodnie. Pozostali dwaj „średniorolni” nie żyją.
Pamiętam, że 40 lat temu miałem wątpliwości, dlaczego na rozprawie wśród świadków nie było tych, którzy schwytali Twardowskiego. Prasa pisała na pierwszych stronach, że „cała wieś zastawiła sidła”.
Kilka osób daje mi do zrozumienia, że SB usiłowała nakłonić do współpracy żonę Twardowskiego. Dawno stąd wyjechała. Ktoś jakoby widział ją niedawno na Pałukach, miała składać wniosek o odzyskanie gospodarstwa. Sprawdzam w wydziałach geodezyjnych, gminnym i regionalnym - nigdzie takiego wniosku nie ma.
Gminny działacz „Solidarności” wiezie mnie swoją limuzyną do pobliskiego PGR, gdzie pracuje jej brat. Z siostrą nie utrzymuje kontaktu. Wie jedynie, że mieszka gdzieś na Śląsku, razem z córką Stanisława Twardowskiego, urodzoną w 1945 roku.

Rgielsko. Plac, na którym stała stodoła, spalona przez Stanisława Twardowskiego. Ponad ziemię wystają kikuty fundamentów, obrosłe trawą. fot. Maria Warda, listopad 1997
- Od tamtego dramatu nie uwolnię się już na pewno nigdy – mówi 78-letnia dziś Helena S. Jej pierwszym mężem przez ponad 15 lat był Stanisław Twardowski. Od 30 lat mieszka w miasteczku P., niedaleko Gliwic.
Przez pierwsze tygodnie ukrywała się razem z mężem.
- Stachu, mówiłam mu, ja muszę wracać do dziecka, bo bez niego oszaleję. Ktoś musi zabezpieczyć byt naszej córce. Oboje nie możemy osierocić dziecka. Wiedziałam, czym to się skończy. Ze zrozumieniem to przyjął. Pozwolił mi wyjść z ukrycia. Moje życie stało się nieprzerwanym pasmem lęku. Informowałam go o próbach zwerbowania mnie przez SB. Chcieli, żebym pomogła w pościgu za nim. Stach wszystko rozumiał i nie miał mi za złe. Helena S. zamyśla się. Po chwili dodaje: - Mieliśmy piękny ślub tuż przed wybuchem wojny. W kościele cystersów w Wągrowcu paliły się uroczyście wszystkie światła. Życie ze Stachem było urozmaicone, ale nie było do pozazdroszczenia. Nerwus straszny był, popadał w irytację. Był jeszcze kawalerem, kiedy w wojsku pobił sierżanta i pół roku za to dostał.
Po procesie męża miała ciche pozwolenie na uprawianie kawałka skonfiskowanego pola, ale szybko uciekła z Oleszna. - Ten wyrok zaważył na moim losie - mówi. - Co z tego, że męża teraz rehabilitowano?
Tu Helena S. pokazuje kopię wyroku z 17 stycznia 1991 r. Na wniosek ministra sprawiedliwości Sąd Najwyższy w rewizji nadzwyczajnej uniewinnił Stanisława Twardowskiego. W uzasadnieniu napisano: „Na podkreślenie zasługuje istotna okoliczność, że Stanisław Twardowski dysponując bogatym arsenałem broni palnej nie użył jej nigdy dla wyrządzenia krzywdy”. - Strzelać do ludzi zakazałam - powtarza Helena S. - I Stach mnie posłuchał. Nie chcę dziś wymieniać z nazwiska tych, do których chciał strzelać. Oni chcieli zakładać kołchozy w naszej wsi i okolicy. W czasie procesu nie okazał żadnej skruchy ani pokory. Przy każdym widzeniu i w przerwach na rozprawie ciągle mówił: „Zabraniam ci wnosić rewizję do wyroku”. Taki był jego testament. Dlatego nie chcę odszkodowania. Strat, jakie poniosłam, nikt nie oszacuje i nie zwróci.
Józef Grabowicz
pierwodruk: „Gazeta Wyborcza”, 10-12 kwietnia 1993
Przedruk w papierowym wydaniu tygodnika "Pałuki" za zgodą autora i „Gazety Wyborczej”.
Zdjęcia stanowią nasze uzupełnienie, Pałuki nr 302 (49/1997)
Dziękujemy żonie autora za zgodę na publikację tekstu na stronie www.palukiznin.pl
11XI
52UFLADA
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze