Feliks Węglinski walczył z Niemcami w czasie wojny w partyzantce i był jednym z tych, którym Armia Czerwona przeznaczyła śmierć, nie wyzwolenie. Nad Noteć trafił szukając spokoju i szczęścia, mając nadzieję, że nie będzie o nim pamiętać Urząd Bezpieczeństwa. Pamiętał.
Kiedy w 1939 r. wojska niemieckie i radzieckie zajmowały Polskę, Feliks Węglinski miał 13 lat. Od urodzenia mieszkał wraz z najbliższymi, czyli rodzicami i rodzeństwem, w Pałęgach, wiosce w Górach Świętokrzyskich.
Kilkunastoletni Feliks Węglinski zetknął się z ruchem oporu przeciwko niemieckim okupantom jeszcze w 1939 r. Na tamtych bowiem terenach działał od jesieni słynny oddział partyzancki majora Henryka Dobrzańskiego "Hubala".
- "Hubalczycy" takie małe dzieci, jak my, brali na zwiadowców. Wielu chłopaków chciało w ten sposób pomagać naszym żołnierzom, ja też. Później nawet zdarzało się, że wystawiali nas na posterunki. Niemcy niestety po kilku miesiącach rozbili tamten oddział. Ci, którzy byli związani z tym oddziałem, a udało im się przeżyć, później tworzyli następne struktury na naszym terenie. A ja miałem już z nimi pewne kontakty, choć przecież wtedy liczyłem sobie tylko 14 lat - wspominał Feliks Węglinski w artykule Karola Gapińskiego opublikowanym w tygodniku Pałuki nr 677 (5/2005).
W 1941 r. Pałęgi znalazły się w rejonie działań Władysława Jasińskiego, pseudonim Jędruś.
- "Jędruś" zginał w akcji. Podobnie, jak pamiętam Robert Czarka, Jan Piwnik "Ponury" też zginęli od Niemców. Był też Eugeniusz "Nurt" Kaszyński, który wojnę przeżył i później zdołał uciec komunistom. Zmarł potem w Londynie. To byli wszystko dowódcy przysyłani na nasz teren z Warszawy. Ja się przez pierwsze lata tylko kręciłem wokół tych struktur. Starszy brat już walczył, a ja się do tego paliłem. Ale byłem zbyt młody i nie dopuszczali mnie wówczas do broni" - kontynuował były żołnierz Armii Krajowej.
Dopiero w 1943 r. terenowi dowódcy AK zdecydowali, że 17-letni Feliks Węglinski może zostać poddany próbom, które zdecydują, czy nadaje się on do czynnej służby w ruchu oporu.
- Nie było to jeszcze tak, że całe oddziały partyzantów przez cały czas ukrywały się w lasach, w górach. My po prostu mieszkaliśmy po okolicznych wioskach. Spotykaliśmy się grupkami po kilku, czy kilkunastu ludzi, przeważnie w niedziele. Góry Świętokrzyskie były niedostępne dla Niemców. Często po prostu na takie spotkania zajmowaliśmy jakąś osadę w lesie. Rozstawialiśmy strażników wokół i przeprowadzaliśmy tam spotkanie - mówił Feliks Węglinski.
Jak przypominał, w przejściu ostatecznej próby, która miała zdecydować o tym, czy się nadaje do ruchu oporu, w pewien sposób pomógł mu starszy brat. Otóż dowódca powiedział pewnego dnia, że Feliks Węglinski ma się stawić w niedzielę w umówione miejsce sam.
- Mój brat wiedział, co oni za próbę dla mnie przygotowali. Pokrzepił mnie, mówiąc, że nie mam się bać niczego. Tego, że zobaczę obcych ludzi w niemieckich mundurach. Bo to nie będą hitlerowcy, ale nasi ludzie. A od mojej reakcji zależało, co będzie dalej - opowiadał pan Feliks. - A dalej czekała mnie poważna próba. Zaopatrzony w pistolet przedwojennej produkcji "Wis", miałem się udać do ustalonego wcześniej pomieszczenia i wykonać w imieniu Rzeczpospolitej wyrok śmierci na pewnym Niemcu.
Wówczas jednym z prześladowców okolicznej ludności był szczególnie okrutny funkcjonariusz niemieckiej straży kolejowej. Bezwzględnie ścigał on wszystkich Polaków, którzy próbowali wykradać z transportów węgiel. Wspomniany Niemiec wielokrotnie torturował cywilną ludność i był również odpowiedzialny za rozstrzelanie co najmniej 3 Polaków. O tylu osobach było wiadomo, że Niemiec ten je rozstrzelał bez bezpośrednich rozkazów od swoich przełożonych.
- W ustalone przez polski ruch oporu miejsce udało się tego Niemca ściągnąć podstępem, dzięki dwóm dziewczynom, które z partyzantami współpracowały. One sprowadziły go pod pretekstem jakiegoś flirtu do tamtego domu. Ja zaraz potem tam również wszedłem. Oddałem kilka strzałów do tego Niemca, który zginął na miejscu. Po wykonaniu tamtego wyroku zdobyłem już zaufanie oddziału i przełożonych - wspominał były partyzant.
Po tamtym zdarzeniu złożył on przysięgę Bogu, Ojczyźnie i Dowództwu AK. Nadano mu pseudonim "Serek". - To dlatego, że byłem najmłodszy w oddziale. Początkowo miało być "Szczawik", ale ostatecznie nadano mi tego "Serka".
Feliks Węglinski służył w 2 pułku sandomierskim AK, którym dowodził "Nurt". Bezpośrednim dowódcą młodego partyzanta był kapitan "Pochmurny", który dowodził batalionem. Kieleccy partyzanci do lata 1944 r. brali udział w różnych akcjach, które przeprowadzane były jednak zawsze przez małe oddziały. Partyzanci uwalniali Polaków więzionych na roboty do Rzeszy i przeprowadzali akcje dywersyjne.
Latem 1944 r. na Kielecczyznę przyszły rozkazy o koncentrowaniu się oddziałów. Małe, czasami kilkuosobowe grupy, bo po tylu partyzantów brało zwykle udział we wcześniejszych akcjach, pod koniec sierpnia 1944 r., w okolicach miasta Przysucha zgrupowały się w oddział około 10.000 żołnierzy.
- Wtedy Niemcy nie zapuszczali się często na Kielecczyznę. Bali się. Jeśli już przychodzili, to większymi grupami. 3 i 4 września 1944 roku w niewielkim miasteczku Radoszyce doszło do największej naszej bitwy z nimi. Najpierw 3 września w sobotę duży oddział Niemców zaatakowaliśmy, kiedy oni się do tego miasteczka zbliżali. Następnego dnia o wiele większe siły niemieckie wkroczyły do Radoszyc. Przyjechało co najmniej kilkuset hitlerowców. Przeważnie w wozach opancerzonych oraz w ciężarówkach, a także na pieszo. My mieliśmy uzbrojenie różnego rodzaju. Ale mieliśmy też w dyspozycji działka przeciwpancerne. Tamtą dużą kolumnę Niemców udało się rozbić. Część z nich wprawdzie zdołała uciec, ale to i tak był nasz sukces - oceniał Feliks Węglinski, wówczas już w stopniu plutonowego.
Zgrupowanie AK-owców wokół Przysuchy, według początkowych dyspozycji głównego dowództwa AK miało iść na pomoc Warszawie, gdzie od ponad miesiąca trwało powstanie.
- Ale już wśród naszych dowódców był rozłam. My zdawaliśmy sobie sprawę, że kiedy wyjdziemy z gór, z lasów, w kilka tysięcy żołnierzy na niziny ku Warszawie, to nas Niemcy wystrzelają jak kaczki. Ostatecznie zostaliśmy, wkrótce zaś w ucieczce przed armią czerwoną zaczęliśmy się rozdrabniać na powrót w niewielkie grupki i kryć po lasach. Już w połowie listopada doszło do rozwiązania AK. Oczywiście jednak my nie mogliśmy się ujawniać. Niektórzy to robili, to na początku jeszcze bez żadnych przesłuchań, czy nawet marionetkowych sądów rozstrzeliwano naszych kolegów. Byliśmy pod wielkim terrorem radzieckiej i polskiej bezpieki oraz polskiej Milicji Obywatelskiej, która też do nas strzelała. Byli to komuniści, którzy czerwonym służyli wtedy jeszcze bez mundurów. No i było jeszcze wojsko z Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Wtedy ginęły nas setki. I dlatego też musieliśmy się ukrywać. Powiem, że to nawet nie tak, że my naiwnie wierzyliśmy w tamtym czasie, że kiedy już Hitler upadł, to teraz zachodnie państwa wyzwolą nas spod komunistów. Później wiele się bowiem mówiło, że my tylko takimi nadziejami w tych lasach żyliśmy. A tak naprawdę, to takie rzeczy sobie opowiadaliśmy nie tyle z wiary w nie, a dla dodania sobie animuszu. Bo jakie my tam mieliśmy perspektywy w tym lesie?" - opowiada plutonowy "Serek".
Były AK-owiec został wraz ze swoim terenowym oddziałem wcielony do nowej organizacji "Wolność i Niezawisłość".
- UB, KBW i NKWD oraz MO robiło na nas obławy. Udawało im się czasami schwytać kogoś. Pamiętam, że stworzyli w pobliskich Smochowicach posterunek milicji. Tam przetrzymywali przez pierwszą noc tych, których udało im się aresztować. To byli przeważnie aresztanci, którzy nazbyt ufnie ujawnili się i wyszli z lasu, a tam w domach już na nich czekali ci z bezpieki i zabierali na milicję. A my w nocy wychodziliśmy oddziałami i dokonywaliśmy uwolnienia tych aresztantów, tak, że mogli na powrót uciec do lasu. Takie odbijanie więźniów wiele razy się powtarzało. Ale oczywiście wychodziliśmy też normalnie na ulice i do domów, tyle, że nie w oddziałach i bacznie uważając, żeby nikomu się nie zdradzić, że jesteśmy z "WiN". Pewnego razu rozpoznał mnie jakiś milicjant w Smochowicach, że jestem z oddziału, który ich wcześniej atakował. W tamtej rozmowie obiecał mi, że mnie nie zdradzi. Ale ja już wiedziałem, że nie mogę wracać do domu ani na chwilę. Po 4 dniach bezpieka pojawiła się u nas w Pałęgach. Później wielokrotnie bywali u mnie w domu, ale mnie już tam nigdy nie było. Przesłuchiwali matkę, siostry, dokonywali rewizji. Mój starszy brat zginął podczas strzelaniny z bezpieką 1 kwietnia w Wielkanoc. To była wielka obława, którą czerwoni zrobili wokół wszystkich miejscowości, słusznie licząc, że my zaczniemy wychodzić tamtego dnia z lasu, żeby przy okazji świąt odwiedzić domy rodzinne. Tamtego dnia zginęło bardzo wielu byłych AK-owców. I to w wielu przypadkach niestety nie z rąk Niemców, czy nawet Rosjan, a po prostu innych Polaków, którzy służyli czerwonym - opowiadał Feliks Węglinski.
W 1947 r. władze komunistycznej Polski pozwoliły się ujawniać byłym żołnierzom AK. 17 kwietnia uczynił to Feliks Węglinski. Natychmiast po tym ujawnieniu się został zabrany na przesłuchanie w Urzędzie Bezpieczeństwa. Później wielokrotnie jeszcze powracał na takie przesłuchania zabierany z domu przez UB-eków. - Ale właśnie całe szczęście, że wychodziłem stamtąd. Uratowało mnie to, że miałem bardzo dobrą pamięć. Kiedy opowiedziałem pierwszy raz swoją wersję, to później już wielokrotnie ją powtarzałem w tym samym kształcie. A to było niezmiernie ważne, bo oni tylko czekali na to, żeby ujawniła się jakaś sprzeczność w takich opowieściach. Wtedy od razu zabierali do więzienia. Oczywiście ta historia, którą im sprzedałem, niewiele miała wspólnego z prawdą. Inaczej już by mnie nie puścili, bo przecież jeszcze kilkanaście miesięcy wcześniej do nich strzelałem będąc w oddziale - mówił Feliks Węglinski.
Wkrótce potem postanowił wywędrować na ziemie odzyskane. Na Dolnym Śląsku poznał swoją przyszłą małżonkę. 23 marca 1953 r. przeprowadzili się do Barcina.
- Mnie tutaj ciągnęło, bo liczyłem, że tak daleko od domu rodzinnego, na drugim końcu Polski, wreszcie mi to UB da spokój z tymi przesłuchaniami, zdjęciami, rewizjami itd. A tu się dopiero okazało, co to znaczy, jak się UB do człowieka doczepi. Chyba pomyśleli, że jestem bardzo niebezpieczny, skoro spod Kielc przyjechałem do Barcina. Teraz przesłuchania UB zaczęły się w cyklu dwa razy na miesiąc. Raz w centrali wojewódzkiej bezpieki w Bydgoszczy i raz w powiatowej, w Szubinie. Cały czas musiałem się trzymać swojej sfałszowanej wersji życiorysu, żeby znaleźć pracę, żeby UB mnie nie aresztowało. A takie sfałszowanie za Stalina to był od razu kryminał, potem zarzut o szpiegostwo i może nawet śmierć. Tak, że nie było mi łatwo. Dopiero po Stalinie i Bierucie to się uspokoiło. Zostałem kombatantem, rehabilitowali mnie. Dzisiaj jestem już podporucznikiem rezerwy. Dali mi nawet różne medale, odznaczenia. Ale to tylko właśnie medale. Przez jakiś czas to chociaż mieli dla nas jakieś ulgi. A teraz to nawet emerytury mundurowej nie chcą wydawać, choć za premiera Buzka, parę lat temu ją przyznali. Przykro patrzeć, że ci, którzy przed ponad 50 laty człowieka gnębili, takie emerytury np. odbierają, a my, zwykli AK-owcy, na uboczu. Pod Kielce już nie jeżdżę. Od 1952 r. mieszkam bez przerwy w Barcinie. Z moim leśnym oddziałem, jeśli jeszcze ktokolwiek żyje, bo przecież byłem najmłodszy, już nie mam kontaktu. Ale też z przysięgi, którą w 1943 r. złożyłem, nikt mnie dzisiaj nie zwolni. Bo nie ma kto - mówił w 2005 roku Feliks Węglinski.
(mj), 19 III 2023
52UFLADA
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze