Reklama

Podtruci bez uprzedzenia

Spółdzielnia Mieszkaniowa w Brzyskorzystewku chociaż jest instytucją publiczną, to na furtce widnieje informacja „Nieupoważnionym wstęp wzbroniony”. Weszliśmy, jednak drzwi do biura były zamknięte. Jak się dowiedzieliśmy, szefostwa spółdzielni nie będzie do końca tygodnia.

      fot. Arkadiusz Majszak

Brzyskorzystewko, Spółdzielnia, dezynfekcja, piwnice, mieszkańcy
     Podtruci bez uprzedzenia
     Mieszkańców bloku w Brzyskorzystewku nikt nie uprzedził o dezynfekcji piwnic, mającej odstraszyć gryzonie. Stężenie toksycznego i drażniącego polytanolu było tak duże, że zagrażało życiu. Henryka Wnęk, będąca w zaawansowanej ciąży, zatruła się substancją i trafiła na oddział toksykologii szpitala w Poznaniu. To, czy zatrucie nie będzie miało negatywnych skutków dla dziecka, okaże się dopiero po jego urodzeniu.

     W miniony piątek po południu mieszkańców bloku nr 14 w Brzyskorzystewku zaniepokoił nieprzyjemny, drażniący zapach. Był on wyczuwalny na klatce schodowej oraz w mieszkaniach. Z czasem woń unoszącej się w powietrzu substancji przybierała na sile. Było to w godzinach popołudniowych, kiedy większość wracała z pracy.
     - Ja poszłam wieczorem do piwnicy i ten smród się stamtąd unosił. Czułam go też w mieszkaniu. Z czasem zaczęłam się źle czuć. Miałam bóle głowy i zbierało mi się na wymioty. To był typowy zapach karbidu - opowiada mieszkanka bloku. Kobieta dziwi się, że miejscowa Spółdzielnia Mieszkaniowa nie uprzedziła mieszkańców, że będzie dezynfekować piwnice, by odstraszyć myszy i szczury. - Nie było żadnego ogłoszenia, że coś takiego będzie. Ja rozumiem, że takie rzeczy trzeba robić, ale nie na noc. Tym razem spółdzielnia mocno przesadziła - zwraca uwagę nasza rozmówczyni.
     Inni mieszkańcy, do których dotarliśmy, zastanawiają się, czy substancja nie dostała się do studzienek kanalizacyjnych, bo jej zapach najbardziej wyczuwalny był w łazience.
     Najboleśniej piątkowe zdarzenie odczuła Henryka Wnęk, będąca obecnie w 37. tygodniu ciąży. Do domu wróciła po 18:00. Weszła do łazienki i wyczuła podejrzany zapach. Pomyślała, iż komuś w bloku ulatnia się gaz z butli. Poszła do sąsiada i poprosiła by sprawdził, czy faktycznie w jej mieszkaniu czuć zapach jakiejś substancji. Potwierdził, że w mieszkaniu unosi się drażniący zapach i zaprosił kobietę z 8-letnią córką do swojego mieszkania. Sąsiad zszedł na dół. Otworzył drzwi od piwnicy i aż go odrzuciło. Stężenie wydostającej się stamtąd substancji było bardzo duże. W bloku zebrali się mieszkańcy i zadzwonili do straży pożarnej. Strażacy natychmiast przybyli na miejsce.
     W mieszkaniu sąsiadów Henryka Wnęk źle się poczuła i zaczęła wymiotować. Sąsiad zadzwonił na pogotowie. Kobieta trafiła karetką o 20:00 na szpitalny oddział ratunkowy Pałuckiego Centrum Zdrowia w Żninie, a stamtąd została przewieziona na oddział toksykologii szpitala w Poznaniu. Spędziła tam niemal dobę na obserwacji. - W szpitalu w Poznaniu stwierdzili, że ze mną jest dobrze, ale czy dziecku nic nie jest, będzie można dopiero w 100% stwierdzić po jego urodzeniu - wyjaśnia Henryka Wnęk. I dodaje: - Najgorsze jest to, że nikt się w tej sprawie nie czuje winny.
     Henryka Wnęk została wypisana z poznańskiego szpitala w stanie ogólnym dobrym. Odebrał ją mąż. 8-letnia córka pani Henryki nie miała żadnych dolegliwości. - Ona nie zdążyła się na szczęście tego nawdychać - zaznacza nasza rozmówczyni. Ma, podobnie jak inni nasi rozmówcy, żal do kierownictwa Spółdzielni Mieszkaniowej, że nie było informacji o dezynfekcji. - Niech kilka dni wcześniej powieszą informację i niech nie robią tego na wieczór, a jeśli chcą to robić po południu, to niech uprzedzą mieszkańców, wtedy pójdziemy przenocować u krewnych, a tu nie było żadnej informacji o odszczurzaniu - mówi Henryka Wnęk.
     Nasi rozmówcy zwracają uwagę, że stężenie w bloku unoszącej się substancji było bardzo wysokie, dlatego zadzwonili po straż. - Ludzie tutaj myśleli, że butla z acetylenem wywaliła - mówią. I dziwią się, że przedstawiciel spółdzielni, który zastępuje prezesa, podczas czynności wykonywanych w piątkowy wieczór przez strażaków, miał wątpliwości, czy w związku z dezynfekcją piwnic w celu zwalczania gryzoni należało postawić w stan gotowości straż pożarną. - Twierdził, że wzywanie straży było bezpodstawne. A co mieliśmy spokojnie czekać i się potruć? Dzięki strażakom dowiedzieliśmy się, że wezwanie nie było bezpodstawne, bo stężenie było duże. Powiedzieli nam również, jak się mamy w tej sytuacji zachować. A spółdzielnia nie raczyła nas nawet o fakcie poinformować, tylko naraziła na niebezpieczeństwo - mówią mieszkańcy. I zastanawiają się, dlaczego na miejsce nie przybyła policja, skoro strażacy zgłaszali zdarzenie.
     Zabezpieczona przez strażaków puszka ze środkiem, którym dezynfekowano piwnice, została poddana badaniom toksykologicznym i okazało się, że jest to polytanol. Starszy aspirant Marek Krygier, rzecznik prasowy komendy powiatowej Państwowej Straży Pożarnej w Żninie wyjaśnia, iż interwencja strażaków polegała na przewietrzeniu pomieszczeń, znalezieniu źródeł substancji i ustaleniu, dlaczego się rozprzestrzeniała po mieszkaniach. - Środek dezynfekcyjny dostawał się do wszystkich pomieszczeń. Zarządca poinformował, że w blokach była przeprowadzona dezynfekcja. Zaleciliśmy mieszkańcom opuszczenie lokalu i w miarę możliwości spędzenie nocy u znajomych lub krewnych, a kto nie miał takiej możliwości - silne wietrzenie pomieszczeń. Mieliśmy na początku trudności z ustaleniem co to jest, ponieważ nie mamy na takie substancje czujników. Mamy czujniki na siarkowodór i tlenek węgla. Substancję było jednak czuć. Później ustaliliśmy, że jest to substancja drażniąca, powodująca objawy i mogąca być szkodliwa dla zdrowia. Według mieszkańców oni o niczym nie wiedzieli. My też nie znaleźliśmy żadnych informacji, że zostanie przeprowadzona dezynfekcja - wyjaśnia Marek Krygier. I dziwi się, że substancja o tak silnym działaniu jest rozpylana w bloku po południu, zamiast we wczesnych godzinach rannych. Według rzecznika żnińskich strażaków mieszkańcy kilka dni wcześniej powinni zostać poinformowani o dezynfekcji, którą należałoby przeprowadzić od wczesnych godzin porannych, by po południu, kiedy mieszkańcy wracają do domu, była już prawie niewyczuwalna. Marek Krygier podkreślił, iż dezynfekcję należy przeprowadzać, ale nie w taki sposób.
     Zapytaliśmy również Marka Krygiera, czy strażacy zgłaszali problem policji. Rzecznik żnińskich strażaków przyznał, że policja została o zdarzeniu poinformowana, jednak dyżurny policji odmówił wysłania patrolu do Brzyskorzystewka.
     Rzecznik prasowy komendanta powiatowego policji w Żninie nadkom. Krzysztof Jaźwiński wyjaśnia, iż dyżurny komendy policji w Żninie otrzymał od straży informację, iż strażacy chcą wejść do jednej z piwnic, gdyż podejrzewają, że może ulatniać się z niej gaz i potrzebują asysty. - Była to jedyna informacja, jaka do nas w tej sprawie dotarła i stąd taka decyzja dyżurnego - podkreśla Krzysztof Jaźwiński. Policjanci nie mieli też żadnej wiedzy, że w wyniku zdarzenia jedna osoba trafiła do szpitala. Zważywszy na okoliczności sprawy, policja podejmie stosowne czynności. - My będziemy musieli też się tą sprawą zająć - przyznał Krzysztof Jaźwiński.
     Sprawę próbowaliśmy wyjaśnić w Spółdzielni Mieszkaniowej w Brzyskorzystewku. Pomimo iż na furtce widnieje napis głoszący, iż nieupoważnionym wstęp wzbroniony, weszliśmy na teren spółdzielni. Biuro było jednak zamknięte. Wychodząc z terenu spółdzielni młody mężczyzna w stroju roboczym zapytał nas o cel wizyty. Kiedy dowiedział się, że chcemy skontaktować się z prezesem, wyjaśnił, że przebywa w Anglii. Zagadnięty o osobę, która zastępuje prezesa, powiedział, iż będzie później. W końcu poznając cel naszej wizyty odpowiedział, że do końca tygodnia nikogo z szefostwa nie będzie.
     Udało nam się jednak skontaktować telefonicznie z Grzegorzem Kubisiakiem, który pełni obowiązki zastępcy prezesa. - Już wiemy o co chodzi. Żadnych informacji nie udzielamy - powiedział Grzegorz Kubisiak, po czym się rozłączył.
     Tuż przed zamknięciem numeru otrzymaliśmy z policji informację, że w związku ze sprawą funkcjonariusze podjęli już czynności dochodzeniowe. O wynikach policyjnego postępowania będziemy informować.

 

Reklama
Polytanol to środek gryzoniobójczy o działaniu gazowym, w formie nieregularnych granul, przeznaczony do zwalczania karczownika ziemnowodnego i kreta. Środek należy stosować w ogrodach, sadach, uprawach ogrodniczych i szkółkach. W kontekście zagrożenia dla człowieka środek jest bardzo toksyczny i drażniący, niebezpieczny dla środowiska. Środek ten będący fosforowodorem może spowodować zatrucia lekkie objawiające się mdłościami, osłabieniem, bólami głowy, bólami w okolicach przepony; zatrucia średnie charakteryzujące się lękami, dreszczami, uczuciem ucisku w klatce piersiowej, zawrotami głowy, ogólnym osłabieniem; zatrucia ciężkie, którym towarzyszą szybko występujące zamroczenia, niepewny chód, drżenie kończyn, rozszerzenie źrenic. Śmierć może nastąpić natychmiast lub po kilku dniach.
W przypadku objawów zatruć spowodowanych wdychaniem fosforowodoru takich jak: bóle głowy, wzmożona potliwość, trudności w oddychaniu, mdłości, wymioty, skurcze jelit, biegunka należy natychmiast wezwać lekarza. (am)

 

Arkadiusz Majszak
Pałuki nr 1182 (41/2014)

 

 

 

Komentarz

     Skala nieszczęścia mogła mieć charakter masowy

     Mieszkańców Brzyskorzystewka zaskoczył w miniony piątek drażniący zapach unoszący się po klatce schodowej i mieszkaniu. Mając różne podejrzenia i nie mając pewności, z jaką substancją mają do czynienia zachowali się właściwie prosząc o interwencję straż pożarną. Strażacy natychmiast podjęli interwencję i wykonali szereg czynności mających uchronić mieszkańców przed szkodliwymi skutkami wdychania polytanolu. Uważam, że wspólne działania mieszkańców - czyli decyzja o zaalarmowaniu straży i interwencja strażaków zapobiegły większej tragedii. Proszę sobie wyobrazić co by się stało, gdyby mieszkańcy zbagatelizowali problem i wdychali przez noc opary pochodzące z trującej substancji. Co może wywołać wdychanie oparów tej substancji podaliśmy w ramce do artykułu, i na tej podstawie mogę śmiało wysnuć wniosek, iż nie skończyłoby się tylko na jednym przypadku na oddziale toksykologicznym w szpitalu w Poznaniu, ale i masowym zatruciu, a być może nawet i śmierci niektórych osób. Zdaję sobie sprawę, że być może są to wnioski za daleko idące, ale mieszkańcy byliby pozostawieni sami sobie z unoszącymi się oparami przez całą noc. Dzięki interwencji strażaków, dowiedzieli się, że bezpieczniej będzie opuścić mieszkanie i przenocować u rodziny lub znajomych. Kto takiej możliwości nie miał, wietrzył intensywnie całe mieszkanie przez noc. Gdyby nie szybkie i racjonalne działania, to skala nieszczęścia tego wydarzenia mogła mieć charakter masowy.
     Szczęściem w nieszczęściu w opisywanej sprawie jest to, iż najbardziej poszkodowana mieszkanka bloku w zaawansowanej ciąży została wypisana z poznańskiego szpitala w stanie ogólnym dobrym.
     Osoba zastępująca obecnie prezesa Spółdzielni nabiera wody w usta i nie chce z nami na temat piątkowego zdarzenia rozmawiać. Dlaczego? Przecież to Spółdzielnia zleciła dezynfekcję piwnic. Szkoda, że przedstawiciel Spółdzielni nie zechciał wyjaśnić, dlaczego mieszkańcy nie zostali uprzedzeni o dezynfekcji i dlaczego wykonano ją w taki sposób, że największe stężenie trujących oparów pojawiło się po południu i trwałoby całą noc.
     W moim odczuciu doszło w tej sprawie do nieumyślnego narażenia ludzi na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. I nie można tej sprawy bagatelizować - tak, jak to czyni przedstawiciel Spółdzielni.

Reklama

Arkadiusz Majszak
Pałuki nr 1182 (41/2014)

 

 

 

Więcej na ten temat:

Sprawę bada policja

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości