Informacje naocznych świadków ekshumacji w Katyniu dotarły do wywiadu amerykańskiego latem 1943 roku w szyfrowanych listach wysłanych przez jeńców z obozu w Szubinie - tak wynika z ogłoszonych latem badań historycznych Krystyny Piórkowskiej, która w ostatnich dniach września odwiedziła Szubin.

Obóz jeniecki w Szubinie fot. zdjęcia obozu ze zbiorów Muzeum Ziemi Szubińskiej im. Zenona Erdmanna
Uroczysta promocja książki Krystyny Piórkowskiej zatytułowanej Anglojęzyczni świadkowie Katynia miała miejsce pod koniec lipca w Muzeum Wojska Polskiego. Dwa miesiące później, 28 września na zaproszenie dra inż. Mariusza Winieckiego, urodzonego w Szubinie adiunkta w Zakładzie Elektrotechniki i Podstaw Bioinżynierii Medycznej UKW w Bydgoszczy, a jednocześnie pasjonata lokalnej historii, autorka publikacji przyjechała do Szubina. Głównym celem jej wizyty był Młodzieżowy Ośrodek Adaptacji Społecznej w Szubinie, nazywany w skrócie zakładem poprawczym, na terenie zakładu w czasie II wojny światowej funkcjonował bowiem obóz dla jeńców wojennych. I dokładnie w miejscu, w którym pierwotnie znajdował się barak, Krystyna Piórkowska rozpoczęła swoją opowieść.
Zanim ją przybliżymy, w kilku słowach trzeba byłoby poznać historię samego obozu. Przed spotkaniem Krystynie Piórkowskiej opowiedziała ją Kamila Czechowska, dyrektor Muzeum Ziemi Szubińskiej. Zamieszkałej na stałe w USA autorce pokazała prezentację na temat historii obozu w początkowej fazie jego istnienia.

Okładka książki „Anglojęzyczni świadkowie Katynia”
Na początku był to obóz internowanej cywilnej ludności polskiej. Powstał już we wrześniu 1939 r. na terenie dawnego Zakładu Wychowawczego. Potem obóz przeznaczony był dla jeńców wojennych wziętych do niewoli przez wojska niemieckie. Początkowo był to Stalag 64, w którym do połowy 1940 r. przebywali żołnierze polscy wzięci do niewoli podczas wojny obronnej. Następnie powstał Oflag XXI B, w którym umieszczono oficerów francuskich z kampanii 1940 r. Z czasem zaczęły przybywać transporty z żołnierzami brytyjskimi. Utworzono wówczas Stalag XXI B. W ostatnich dwóch latach istniał Oflag 64 Altburgund (Altburgund - niemiecka nazwa Szubina w czasach II wojny światowej), gdzie obok żołnierzy angielskich przebywali również Amerykanie. Warto dodać, że Oflag 64 w Szubinie powstał 14 maja 1943 r. Pierwszych 46 oficerów armii USA do Oflagu 64 przybyło z Oflagu VII B Eichstatt - 6 czerwca 1943 r., a dwa dni później 150 z Oflagu IX A/Z Rothenburg. Według stanu na dzień 1 października 1943 r. było 232 jeńców, a w styczniu 1945 r. - 1.407. W obozie byli jeńcy szczególnego znaczenia, których zamierzano wykorzystać po zakończeniu wojny: siostrzeniec gen. George`a Marshalla (Marshall był szefem sztabu US Army), kuzyn Winstona Churchilla (Churchill był premierem Wielkiej Brytanii) czy zięć gen. George`a S. Pattona (Patton był dowódcą 7. a potem 3. Armii USA).
Wśród jeńców amerykańskich od maja 1943 roku byli dwaj bohaterowie książki Krystyny Piórkowskiej: podpułkownik John H. Van Vliet Jr. oraz kapitan Donald B. Steward. Zanim trafili do Szubina, byli świadkami badania jednej z największych zbrodni II wojny światowej, a mianowicie pierwszej ekshumacji polskich oficerów zamordowanych w Katyniu.
Informację o znalezieniu zbiorowych mogił polskich oficerów Niemcy podali do publicznej wiadomości 13 kwietnia 1943 roku. Dla ministra propagandy III Rzeszy Josefa Goebbelsa stało się to okazją do podjęcia próby rozbicia aliantów. Niemcy po odkryciu grobów ogłosili światu, że zbrodnię popełnili sowieci (zgodnie z prawdą zresztą) licząc, że sojusz aliantów skierowany przeciwko Niemcom się rozpadnie. Aby bardziej uwiarygodnić swoje działania a podkopać wiarygodność ZSRR jako sojusznika Zachodu, ministerstwo propagandy III Rzeszy postanowiło wysłać do Katynia delegację złożoną z jeńców alianckich przebywających w obozach na terenie Niemiec. Liczyli na to, że żołnierze po powrocie do kraju powiedzą o tym, co w Katyniu zobaczyli. Hitlerowcy postanowili skompletować grupę złożoną z oficerów i żołnierzy amerykańskich, brytyjskich i z dominiów brytyjskich. Chcieli, by mogiły katyńskie ujrzeli przede wszystkim najwyżsi rangą oficerowie alianccy przebywający w niemieckiej niewoli. Plan Niemcom od początku zaczął się sypać, ponieważ oficerowie o najwyższej szarży wcale chętni do współpracy nie byli i z różnych powodów (pisze o nich szczegółowo Krystyna Piórkowska w swojej książce) do Katynia nie polecieli. Zresztą tych, co polecieli, Niemcy do tego zmusili.

Podczas spotkania w Młodzieżowym Ośrodku Adaptacji Społecznej w Szubinie, powstałym na terenie dawnego Oflagu 64, Krystyna Piórkowska opowiedziała historię jeńców, którzy z Szubina meldowali do Waszyngtonu o tym, co widzieli w Katyniu. Na zdjęciu: autorka wyjaśnia, kto jest na zrobionej przez Niemców w Katyniu fotografii. fot. Remigiusz Konieczka
W samolocie Ju 52 lecącym do Smoleńska znaleźli się zatem brytyjscy i amerykańscy oficerowie niższych rang, szeregowi brytyjscy (o nieustalonych nazwiskach) i jeden cywil - Frank Stroobant z wyspy Guernsey na kanale La Manche (jedynego terytorium brytyjskiego okupowanego przez Niemców). Oficerem brytyjskim był podpułkownik Frank P. Stevenson ze Związku Południowej Afryki (dziś RPA), który służył w jednostce łącznikowej i 20 czerwca dostał się do niewoli w Tobruku. Lekarz kapitan Stanley S. B. Gilder przydzielony został do 21. General Hospital, służył we Francji i tam w 1940 roku dostał się do niewoli. Ten ostatni jako jedyny znał język niemiecki i rosyjski. Oficerami amerykańskimi, jak wspomnieliśmy wyżej, byli: podpułkownik John H. Van Vliet Jr., absolwent West Point, który po pobycie w Wielkiej Brytanii został skierowany na północnoafrykański teatr działań wojennych i objął dowództwo III batalionu 168. Pułku piechoty, a kapitan Donald B. Steward służył w 17. Pułku artylerii polowej i wraz z tą jednostką jako dowódca baterii został skierowany do Afryki Północnej. Obaj oficerowie do niewoli dostali się w tej samej bitwie - pierwszej dużej bitwie US Army z siłami niemiecko-włoskimi i pierwszej wielkiej porażce, czyli w bitwie na Przełęczy Kasserine w lutym 1943 r.
Krystyna Piórkowska podaje bardzo ciekawe informacje dotyczące umiejętności życia oficerów amerykańskich w niewoli, informacje te łączą się bowiem z Szubinem. Amerykańscy żołnierze nie tylko byli przygotowani do walki z Niemcami, ale również do organizowania czasu w obozach jenieckich. W stalagach (obozy dla szeregowych) i oflagach (obozy dla oficerów) stykali się z jeńcami brytyjskimi, którzy nauczyli ich m.in. pisać listy do rodzin z zawartymi tajnymi informacjami. Amerykanie zdobyte umiejętności wykorzystali podczas pobytu w Oflagu 64 Altburgund.
Delegacja jeńców alianckich została na początku skoszarowana w Berlinie. Tam wszyscy postanowili nie iść na żadną współpracę z Niemcami, a na miejscu nie mówić za wiele, nie okazywać emocji - bez względu na to, co zobaczą. Co ciekawe, domyślali się, co ich czeka, bo w połowie maja 1943 roku o Katyniu wiedzieli, głównie z radia. Skąd u przebywających w niewoli radio? Jeńcy mieli prawo do jednego listu w miesiącu i jednej w tygodniu kartki pocztowej. Dzięki zaszyfrowanym informacjom wysyłanym do rodziny, która w rzeczywistości była wojskowym wywiadem, otrzymywali paczki, a w nich np. części do radia. Jeńcy pod nosem Niemców mieli w obozach odbiorniki i słuchali m.in. BBC. Informacja o odkrytych w Katyniu grobach dotarła do nich w obozach.
Grupa złożona z alianckich jeńców dotarła do Lasu Katyńskiego 13 maja 1943 r. Przebywali tam pół dnia, a to, co zobaczyli, wywarło na nich ogromne wrażenie. To, co ich uderzyło, to przede wszystkim przenikliwy smród ludzkich zwłok. Był taki ostry, że ledwie go znosili. John H. Van Vliet Jr. o mało nie zwymiotował. Tylko dr Stanley S. B. Gilder mógł opanować emocje z racji tego, że był lekarzem i jako jedyny zadawał Niemcom i obecnym na miejscu Rosjanom pytania. Alianckim jeńcom kazano oglądać doły wypełnione stosami ciał, które ociekały wodą. Mało tego - okupanci nakazali wybrać im jedną z zabitych ofiar do ekshumacji. Najstarszy rangą podpułkownik Frank P. Stevenson musiał wejść do cuchnącego dołu i wskazać jedno ciało, które zostało wyciągnięte i zbadane. Musieli potem jeszcze oglądać wydobyte przedmioty osobiste zamordowanych polskich oficerów.
Wszyscy alianci z delegacji byli albo trupiobladzi, albo zielonkawi. Zapach, który przeniknął ich odzież, czuli jeszcze długo po opuszczeniu Lasu Katyńskiego. Postanowili nie wyrażać żadnych emocji. Na fotografiach mają twarze jak z kamienia, mimo że wewnątrz bardzo to przeżywali. Postanowili nie rozmawiać z sobą w obecności Niemców, którzy całą tę ich wizytę fotografowali i filmowali. Mieli świadomość, że każdy ich gest i każdy ruch może wykorzystać niemiecka propaganda. Mieli też świadomość politycznych reperkusji. Dla oficerów - i o tym również dobitnie pisze Krystyna Piórkowska - stało się jasne, kto dokonał tej zbrodni, ale przynajmniej w Katyniu nic o tym nie mówili. Ani między sobą, ani w obecności Niemców, ani w barakach, w których mógł być zainstalowany podsłuch.
Na oficerach widok mogił katyńskich wywarł tak ogromne wrażenie nie tylko z powodu na pół rozłożonych ciał i smrodu. Sami byli oficerami i nie przeszło im nawet przez myśl, że mogliby skończyć w taki sposób, jak oficerowie polscy, w masowej mogile. Byli przygotowani na śmierć, na widok śmierci, ale nie na taką skalę i na taki sposób egzekucji. Kiedy wylatywali z Berlina, byli przeświadczeni o tym, że cała ta akcja to manipulacja Niemców. W lesie pod Katyniem dotarło do nich, kto był autorem zbrodni. Teraz wiemy, że polscy oficerowie zostali zamordowani wiosną 1940 roku. Wtedy i przez kolejne 45 lat sowieci twierdzili, że mordu dokonali Niemcy późnym latem i jesienią 1941 roku. Jeden z amerykańskich oficerów Donald B. Steward zwrócił uwagę na buty, oficerki zamordowanych polskich jeńców. Kiedy mówił o tym w 1981 roku, stwierdził, że były w bardzo dobrym stanie (w przeciwieństwie do jego butów, w których przebywał w niewoli przez prawie dwa lata), a to świadczyło, że polscy jeńcy nie mogli być zastrzeleni w 1941 roku, ale wcześniej. Jego buty były bardziej zużyte od polskich.
Z tą wiedzą i fotografiami, które im Niemcy zrobili, a potem rozdali, jeńcy alianccy zostali wywiezieni z Katynia do Berlina, a potem do obozów. Jeńcy z początku byli przekonani, że zostaną zwolnieni do domów, by opowiedzieć o tym, co widzieli. Stało się inaczej. Amerykanie - podpułkownik John H. Van Vliet Jr. i kapitan Donald B. Steward - w czerwcu 1943 r. trafili do Oflagu 64, czyli do Szubina (o losach reszty osób obszerniej pisze Krystyna Piórkowska w swojej książce). W Szubinie przebywali do stycznia 1945 roku. Autorka podaje, że John H. Van Vliet Jr. próbował zbiec z obozu w Szubinie, próbował ucieczki z karceru obozowego. Przyniosło mu to uznanie i nieoficjalną funkcję szefa obozowego komitetu ucieczkowego. Pod jego nadzorem jeńcy kopali tunel. W tym czasie obaj pisali listy do rodzin w Stanach Zjednoczonych, które w rzeczywistości były komórkami wojskowymi, w listach w różnych miejscach przemycali słowa, cytaty np. z Biblii, z których specjaliści w Waszyngtonie składali meldunki. W ten sposób oficerowie przebywający w niewoli informowali dowództwo, co widzieli i gdzie.
- Wśród materiałów waszyngtońskich National Archives znalazła się skromna, bo zawierająca mniej niż 10 kartek, teczka z notatkami powołującymi się na inną teczkę, która istniała jeszcze w roku 1949 roku, gdzie były listy od Stewarta i Van Vlieta na temat Katynia lub raczej fotokopie listów, które rozszyfrowało MIS-X [komórka ds. kontaktu z jeńcami w amerykańskiej armii - przyp. rk]. Dotarłam także do teczki, gdzie znalazła się depesza od Stewarta z roku 1950 odpowiadająca na pytanie, czy listy szyfrowane na temat Katynia były wysyłane przez niego z oflagu. Potwierdził, że na pewno otrzymał pytania latem, zapewne w lipcu 1943 roku, i odpisał na pytania w korespondencji, którą wysłał do matki zamieszkałej w Detroit. Ostatnią rzecz, którą zdołałam znaleźć, była poczta lotnicza Stewarta do matki z kwietnia 1944 roku. Są tam wyrazy, które zdołałam rozszyfrować lub w kontekście zrozumieć: „Rosjanie”, „Kozie Góry”, „wyjazdy” itd. Pewne rzeczy mogłam wydedukować, ale nie wszystko. Nie jest to szyfr korzystający z Biblii lub innej książki. Mogę teraz potwierdzić, że listy zapewne zostały przesłane do Waszyngtonu. Rodzina Stewarta powiedziała mi przed kilkoma dniami, że nie posiada żadnych listów adresowanych do ich babci, lecz tylko do wujka. Listów Van Vlieta jeszcze nie znalazłam - mówiła Krystyna Piórkowska w wywiadzie dla PAP opublikowanym w jednym z portali historycznych. Niestety tak szczegółowo nie opowiedziała o tym podczas spotkania w zakładzie poprawczym w Szubinie, stąd posiłkowanie się dokładniejszą relacją dla innych mediów.
Autorka podaje, że 21 stycznia 1945 r. Niemcy ewakuowali jeńców z Szubina. Obaj świadkowie ekshumacji katyńskiej wymaszerowali w kierunku Bałtyku i dotarli na wyspę Uznam. Marsz trwał półtora miesiąca. Część jeńców zachorowała, w tym ppłk. John Van Vliet. Kpt. Donald Steward w grupie zdrowych jeńców został wysłany do Stalagu XIII B w Hemmelburgu, gdzie doczekał wyzwolenia. Drugi z oficerów, chory Van Vliet, wraz z innymi chorymi otwartym wagonem został przewieziony do Lückenwalde pod Berlinem. Trafił tam 7 marca. Pod koniec kwietnia do obozu wkroczyła Armia Czerwona. Van Vliet po uzyskaniu zgody starszego stopniem oficera postanowił uciec, ponieważ posiadał cały czas zdjęcia, jakie im zrobili Niemcy w maju 1943 roku w Katyniu. Amerykanin miał świadomość tego, kto dokonał zbrodni i tego, co zrobiliby z nim sowieci, gdyby wpadł im w ręce z tymi zdjęciami. Dotarł do wojsk amerykańskich, a potem do USA, gdzie złożył raporty z tego, co w Katyniu zobaczył.
Krystyna Piórkowska w swojej książce opisuje jeszcze powojenne losy wszystkich oficerów i jedynego cywila w grupie. Opisuje też to, co działo się z raportami, pisze o tym, jak zostały utajnione, by w imię amerykańskich interesów politycznych nie rozdrażnić Józefa Stalina.
Z pewnością wizyta i prelekcja Krystyny Piórkowskiej w MOAS w Szubinie należy do ważnych dla miasta wydarzeń, mimo że autorka bardziej skupiła się na swoich badaniach nad dokumentami niż na roli Szubina w dziejach. Dopiero lektura jej bardzo dobrze napisanej książki daje pełny obraz tego, jakie znaczenie dla sprawy katyńskiej miał Szubin. Słuchaczom i czytelnikom z Szubina może brakować skupienia się autorki na tym, co działo się Oflagu 64, a dokładniej na tym, jak zaszyfrowane listy były pisane, ile ich było i do jakich dowodów autorka książki dotarła. Moim zdaniem jednak Krystyna Piórkowska przez ponad dwa lata wykonała benedyktyńską pracę przebadania archiwów w różnych częściach świata, od Australii po Kalifornię, archiwów, które dla polskich historyków dotychczas mogły być zamknięte. Jako mieszkanka Nowego Jorku sprawniej mogła przerzucać teczki z dokumentami. Wykazała się dociekliwością godną najlepszych detektywów. Zdobyła ogromną wiedzę, którą lekkim i zrozumiałym językiem przeniosła na papier. Jeszcze przed odtajnieniem akt z senackiego Komitetu Maddena (badającego sprawę katyńską w latach 1951-1952) dotarła do dokumentów, które umiejscawiają Szubin w trybach wielkiej historii, co trafnie zauważyła Kamila Czechowska. A dokładniejsze badanie tego, co w tym czasie robili Amerykanie w Szubinie i badanie dziejów Oflagu 64 pozostawmy przyszłym pokoleniom historyków.
Dwa egzemplarze książki Anglojęzyczni świadkowie Katynia są w zasobach Rejonowej Biblioteki Publicznej w Szubinie, do której autorka trafiła tego samego dnia na zaproszenie dyrektora Mirosława Rzeszowskiego.
Remigiusz Konieczka, Pałuki nr 1078 (41/2012)
Inne teksty na ten temat:
W oflagu i w Szubinie
Ucieczka alianckich jeńców obozu w Szubinie
Szubin i Pałuki w czasie II wojny światowej
Wielkanoc 1940 w oflagu
Ameryka - Normandia
Obozy jenieckie w Szubinie w czasie II wojny światowej
Obóz jeniecki w Szubinie w latach 1940-45
Jak Aidan Crawley uciekł z Szubina
Pamięci amerykańskich jeńców
Uczczą jeńców, świadków zbrodni katyńskiej
Hanoi pełne bagietek i motocyklów
Codzienność jeńców oflagu
Głosili prawdę o Polsce
52UFLADA
Ka0SmT
Czytaj także:
MJSZ
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze