Szubin jest niewielkim miastem w Polsce, położonym około 30 km na południe od Bydgoszczy i w przybliżeniu 240 km na zachód od Warszawy. Miasto od 1939 do 1945 r. znajdowało się pod okupacją niemiecką. Na jego obrzeżu w odległości 3 km od stacji kolejowej mieściła się żeńska szkoła średniego stopnia. Oprócz głównego budynku była tam jeszcze kaplica, sanitariaty, kilka mniejszych chat, łaźnia i stajnia, wszystko to położone na dość dużym terenie. Znajdowało się tam także sportowe boisko i dwa wielkie ogrody warzywne ze szklarnią i barakami do uprawy roślin. Główny budynek o białych ścianach pochodził z lepszych czasów; był solidnie zbudowany i wykończony, to samo można powiedzieć o sanitariatach. Teren znajdował się na skłonie pochyłości wznoszącej się za szkołą i tylko boisko sportowe było zniwelowane i obsadzone drzewami. Za budynkiem i wzdłuż drogi znajdował się lasek kasztanowych drzew.
Na terenach Polski, włączonych do Rzeszy, wprowadzono zakaz utrzymywania polskich szkół średnich, toteż szkoła szubińska była nieczynna i stała się miejscem niewoli wielu ludzi, zwłaszcza jeńców wojennych już od 1940 r.
Dla jeńców zbudowano dodatkowo 12 chałup-baraków - 6 powyżej boiska i 6 poniżej. Wokół nich i wokół budynków szkoły założono ogrodzenie z kolczastego drutu z wieżami strażniczymi.
Pierwsi jeńcy RAF przybyli do obozu we wrześniu 1942 r. z Warburga i Żagania i od razu otoczenie obozu mile ich zaskoczyło: drzewa, kwiaty, przyzwoite ustępy, niewielki budynek na mieszkanie najwyższego rangą jeńca-oficera z jego sztabem, oddzielone, zadbane ogrody warzywne - wszystko to tworzyło pewną namiastkę domowości. Za drutami nie było monotonnego widoku - dookoła rozciągały się uprawne pola, na których pracowali ludzie.
Jednak uroda krajobrazu kontrastowała z warunkami wnętrz mieszkalnych; baraki były gorsze od spichlerzy; pokryte krokwianymi dachami, bez sufitów, bez ścian działowych i przepierzeń, piece z cegieł lub z dachówki. Każda para jeńców miała piętrowe łóżko i wspólną szafę, a przydzielony jeden stół i dwie ławy przypadały na 12 jeńców.
Wszyscy starali się jak mogli ustawiać te meble w taki sposób, by tworzyły przegrody dla zachowania pozorów przepierzeń, ale ci, którzy leżeli na górnych łóżkach i tak widzieli barak na przestrzał. Rozmowy na temat planowanych ucieczek prowadzono w labiryncie wzajemnych replik i niezgodności do czego przyczyniały się prymitywne warunki mieszkaniowe. Mimo to atmosfera była koleżeńska i nawet kiedy zaczęto przenosić jeńców z baraku do baraku niemal co tydzień, byli w lepszych humorach, niż w większości innych obozów.
Do ucieczek obóz nadawał się wyśmienicie. Nie budowano go z myślą o potrzebach wojny i poszczególne budynki nie stały tak, że można było je widzieć ze wszystkich stron. Było też dużo starodrzewia, a rzeźba terenu stanowiła dla uciekających osłonę. Ogrodzenia były niezbyt wysokie, a wiele z baraków zlokalizowano zaledwie 20 metrów od nich, czego nie spotykało się w innych obozach dla lotników. Dobrze nawilgocony grunt pozwalał na robienie podkopów na każdej głębokości. Niemal tak samo ważny był fakt, że obozu strzegło wojsko, ono go też administrowało. Uznano, że armia wywiązuje się dobrze z tego zadania. Gdy obóz w Szubinie zaczął przyjmować schwytanych lotników francuskich, dyscyplina znacznie się pogorszyła.
Odpowiedzialnym za bezpieczeństwo obozu był niemiecki oficer, w cywilu profesor języka angielskiego na jednym z uniwersytetów niemieckich. Było to czarujące indywiduum. Wielką, zawsze czerwoną twarzą i chrapliwym głosem wyróżniał się spośród wszystkich. W jego ocenie wojna była absurdem i ograniczeniem. Jedyna logiczna postawa wobec niej to zachowanie dobrego humoru. Z charakteru leniwy, marzył o dobrych czasach, kiedy zasiadał w fotelu, osnutym fajczanym dymem, by prowadzić długie dyskusje ze swoimi studentami. Był jednym z nielicznych niemieckich oficerów, a unikalnym wśród sztabowców w jenieckich obozach, którego nie bano się jako zwierzchnika. Do jeńców podchodził z pewną łagodnością i wyrozumiałością.
Jego koledzy nie byli do niego podobni. Należał do nich czeski renegat w randze kapitana, nazywany Semins, pełniący funkcję adiutanta oraz mały i gruby porucznik, były urzędnik, który mu pomagał. Semins był agresywnym typem, szczególnie anglożerczym i mściwym, jego pomocnik natomiast wyjątkowo niezdolny jako szef urzędu i wyjątkowo tępy, ale wielce hałaśliwy. Gdyby Semins przejawiał nieco troski o swoje obowiązki, histeria jego pomocnika może nie przybierałaby takiej postaci. Choć trzeba przyznać, że to on nadawał ducha wszystkim działaniom nazistów dążących do pokonania nieprzyjaciół.
Strażnicy - konwojenci z niemieckiej Luftwaffe towarzyszący jeńcom do obozu - starali się przestrzec swoich kolegów przed sprytem alianckich lotników RAF-u i ich umiejętnościami organizowania ucieczek. Jednak powszechnie znana zazdrość pomiędzy żołnierzami należącymi do różnych formacji niemieckiej armii była tak silna, że nie pozwolono im nawet wejść do obozu. Glimnitz, spec od alianckich jeńców-myśliwców z Żagania, jakoś zdołał przekonać wojskowych z Szubina o swoim prawie do wejścia na teren obozu. Zabiegi te stały się przyczyną wielkiej obrazy ze strony administracji obozu i nakazano mu natychmiast opuścić oflag. Gdy już wychodził, spotkał oczekujących na wejście jeńców i opowiedział im o zdarzeniu. Zaprzeczył też o ucieczkach w Żaganiu. Największym plusem było to, że obóz znajdował się na ziemiach polskich.
Odwaga Polaków podczas ostatniej wojny była już przysłowiowa, ale nigdy bardziej widoczna niż w ich odnoszeniu się i niesieniu pomocy jeńcom. Niemcy szczególnie w sposób bezlitosny traktowali Polaków i każdego przyłapanego na niesieniu pomocy rozstrzeliwali natychmiast. Pośród wielu Polaków z którymi osadzeni w obozie mieli kontakty, tylko jeden nie był godny zaufania. Wszyscy inni, w tym wiele polskich kobiet, pomagało jeńcom ze wszystkich swoich sił i możliwości. Niemal każdego dnia polscy robotnicy przekraczali bramę obozu, żeby napalić w piecach, zreperować uszkodzenia, czy wykonać inne prace. Przez nich nawiązywano kontakty nie tylko z polską partyzancką armią, ale też z licznymi osobami indywidualnymi z sąsiedztwa. Często całe rodziny były gotowe podjąć niebagatelne ryzyko przyjścia z pomocą uciekającym. Już w pierwszych tygodniach powstały niezwykle pomyślne warunki dla ucieczki, ale niestety, jeńcy nie byli z sobą zgrani, gdyż połowa z nich pochodziła z Warburga, a reszta z Żagania. Nie byli oni wówczas w stanie ustalić efektywnych kroków dla podjęcia ucieczki.
Pierwsze sukcesy pojawiły się dzięki przybyciu licznych żołnierzy, którzy towarzyszyli swoim oficerom, gdy tych przeniesiono do szubińskiego obozu. 85 z nich było podoficerami i pochodziło z Warburga, a 15 to lotnicy RAF z Żagania. Jeńców tych oddano w służbę oficerom. Mieszkali w stajni, którą zamieniono na barak. Pozwolono im też w małych grupach wychodzić pod strażą poza obóz w celu zaniesienia do świniarni odpadków, zbierania opału, a w grupach większych, już lepiej strzeżonych, dwa razy w tygodniu udawali się do miasta po chleb i na stację kolejową po paczki z Czerwonego Krzyża.
Z końcem października 1942 r. kapral armii brytyjskiej, będąc z grupą w tuczarni świń, wyszedł spokojnie na zewnątrz, wsiadł na stojący rower i pojechał do miasta; w Szubinie jednak został ujęty. W kilka dni później, inny podoficer oderwał się od grupy na stacji kolejowej, ale w ciągu kilku minut też go złapano.
W listopadzie przybyła do Szubina grupa 100 oficerów RAF wraz z podpułkownikiem Day i porucznikiem Bruckley"em z Żagania. Day, jako najwyższej rangi oficer brytyjski, miał poruczoną kontrolę nad obozem. Porucznik Bruckley od razu zabrał się do organizacji ucieczek na wzór tych organizowanych w Żaganiu. Powstał więc komitet do spraw ucieczek i on zadecydował, że należy zwrócić dużo uwagi i wykorzystać pewne rozluźnienie dyscypliny u strażników. Jeńcy wnosili sporo indywidualnych uwag, które były omawiane, a w grudniu sierżant R. T. Wareing sporządził listę grupy, która pójdzie po chleb i w końcu dotrze do Anglii.
Tymczasem kampania podkopów już się rozpoczęła. Ponieważ odległość baraków od otaczającego je ogrodzenia była stosunkowo nieduża, postanowiono spróbować metody błyskawicznej (Blitz).
Wewnątrz obozu nie było straży i jakkolwiek zdarzały się kontrole, wykopanie tunelu wymagało tylko kilku dni, skomplikowane zabezpieczenia nie były potrzebne. Rozpoczęto kopanie od razu trzech tuneli wyrzucając urobek na dach baraku, skąd zsuwał się na ziemię. Umieszczano go też w pudłach stojących pod łóżkami.
Po czterech dniach jeden z podkopów przekroczył granicę ogrodzenia; już niemal kompletnie ukończony, został wykryty. Błyskawiczna metoda nie powiodła się.
W związku z nadejściem zimy metody zostały zmienione. Zaplanowano długotrwałe podkopy, które miały być wykorzystane wiosną i doskonale zabezpieczone. Wejście do dwu takich tuneli znajdowało się w zachodniej części obozu, jedno w latrynie, a drugie w baraku. Podkop w latrynie szedł w kierunku północnym i zgodnie z pochyłością terenu wznosił się pod górę. Potem jeszcze rozpoczęto budowę tunelu w kierunku południowym, ze środka obozu. Najwięcej troski wymagało ukrycie wejścia, a wszelkie ryzyko było zakazane, zwłaszcza dotyczyło to pozbywania się wykopanej ziemi. Przez to niewielki był postęp w pracach. Dwa z tych tuneli zostały ukończone.
U zachodniego krańca obozu ustępy były ulokowane w budynku, który stał najbliżej ogrodzenia. Przedzielony on był ceglanym murem na dwie części. Pod sedesami pierwszej części znajdowało się szambo z kloaką, a po drugiej stronie muru był dół bez kloaki. Zrobiono więc otwór w tym murze dostatecznie wielki, by przeszły przezeń ramiona mężczyzny. Na otwór ten była zrobiona z tkaniny odpowiednia przesłona. Przez ową dziurę wchodziło się więc do drugiej części budynku, czyli podziemnej komory, którą powiększono, a wykopaną ziemię wyrzucano przez otwór do kloaki, gdyż jej płynność była dostatecznie duża. Dopiero z tej komory rozpoczęto drążenie właściwego tunelu. Istniała potrzeba, by wyjście z tunelu znalazło się w rogu pobliskiego nasypu ziemnego usytuowanego około 5 m poza ogrodzeniem. Odległość z podziemnej komory do tego nasypu wynosiła około 40 m. Prace przy kopaniu zaczęły się z końcem stycznia 1943 r. 24 oficerów i 4 podoficerów pracowało w trzech grupach. Jedna kopała tunel, druga rozdrabniała wykopaną ziemię, a trzecia obudowywała ściany podkopu przy pomocy desek zabranych najczęściej z łóżek. Raz kierowca cysterny-samochodu, który wywoził fekalia skarżył się, że są one w połowie zanieczyszczone piaskiem. Na szczęście nie doszło to uszu niemieckiej administracji. Kierowcą był Polak. Potem ziemię rozrzucano na zewnątrz. Gdy spadł świeży śnieg były z tym kłopoty i nieraz rozsypywano ją na ścieżkach jakoby przeciw ich oblodzeniu. Po odwilży, gdy boisko przypominało wyglądem bagno, a gleba w ogrodach stawała się zdatna do kopania, problem znacznie zmalał.
Jeńcy nie byli zamykani w barakach do godz. 19:00, a zwykle w styczniu i lutym jest już ciemno o 17:00. Można więc było bez zagrożeń działać. W tym okresie wewnątrz obozu znajdowało się dwóch strażników, starych żołnierzy z piechoty, którzy niemrawo łazili wokół ogrodzenia, z łatwością więc ich obserwowano. Kilkakrotnie Niemcy wydawali się jakby przestraszeni, co mogło doprowadzić do przyspieszenia czasu zamykania baraków, jednak z dobrym rezultatem przeciwstawiano się ich zakusom, motywując to zagrożeniami zdrowia.
Pewnego wieczoru przy zapadającym zmierzchu grupy jeńców krążyły wokół boiska, zwłaszcza w bardziej ciemnych miejscach, inne metodycznie przekopywały glebę w ogrodzie. Na umówiony sygnał pojemniki z ziemią zostały przyniesione i opróżnione w odpowiedni sposób. Dla uniknięcia mikrofonowych podsłuchów pod ziemią tunel z konieczności musiał być zrobiony dostatecznie, głęboko, ale jak nauczyło doświadczenie mikrofony były tak czułe, że odgłosy z baraków i wokół granic obozu na ślizgawkach boiska (nawodnionego) uniemożliwiały rozróżnianie jakichś innych specjalnych dźwięków.
Z końcem lutego podkop przeszedł pod ogrodzeniem na głębokości 5 m i zaczął iść już dość stromo w górę pomiędzy ogrodzeniem a kopcami na ziemniaki. W całości był umocniony obudową i posiadał wymiary 74 x 75 cm. Było zatem dosyć miejsca, by mężczyzna ubrany w palto i pchający przed sobą niewielki worek mógł nim przejść.
Tunel był gotowy 3 marca i wszyscy, którzy pomagali przy kopaniu oraz wybrane jeszcze 4 inne osoby, otrzymały od komitetu rozkaz przygotowania się do ucieczki. Byli lepiej zaopatrzeni, niż ci z nieudanej poprzedniej ucieczki. Dzięki pomocy Polaków posiadali dużą ilość informacji i materiałów. Mieli cywilne ubrania, odpowiednie pozwolenia dla cywilnych robotników, mapy i plany regionu, a ci, którzy zdecydowali się na korzystanie z przejazdów pociągami, otrzymali odpowiednie legitymacje, nawet z własnymi fotografiami.
Fotografie "zorganizowała" pewna Polka, narzeczona polskiego oficera lotnictwa, który służył w RAF. Przekazał on do obozu przez jednego z polskich robotników aparat fotograficzny, co stało się rewelacją nie tylko na krajową skalę.
Żywność była gromadzona od dawna i każdy posiadał ją w nadmiarze. Ucieczkę zaplanowano na noc 5 III. Ponieważ baraki zamykano o 19:00, uciekinierzy musieli stawić się przed ustępami przed tą godziną. Szesnaście osób weszło do tunelu, a pozostałych szesnaście zajęło miejsca w komorze u wejścia do podkopu, gdyż była dostatecznie obszerna. Schodzili w dół pojedynczo i parami tak, że o 18:00 ostatni przeszedł dziurę w murze zasłaniając za sobą otwór, nakładając przykrywę sedesu i w ustępie już nie było nikogo. By wyjść na powierzchnię trzeba było odkopać, jeszcze około 1 m i ziemię odkopaną teraz należało umieścić w miejscu z góry do tego przygotowanym, czyli w pogłębionym tutaj tunelu. Dzięki bardzo dobrze przeprowadzonym namiarom, tunel wychodził na powierzchnię w ściśle przewidywanym miejscu i pierwszych dwóch ludzi wyszło poza obóz o 22:00. Czołgający się za nimi mieli jednak pewne trudności, gdyż ten, który wydobywał się na zewnątrz uderzał nogami o ściany podkopu, co w rezultacie zwężało światło tunelu. Osypującą się ziemię podawano sobie do tyłu. Jeden z oficerów o większej tuszy potrzebował aż 40 minut, by wydobyć się na powierzchnię i był tak zmordowany, że został ujęty na drugi dzień.
Każdy, kto wychylał głowę z podkopu, widział nagle oświetlone reflektorem ogrodzenie i wieżę strażnika w odległości zaledwie 5 m od wyjścia. Wydawało się niemożliwością, by strażnik ten niczego nie zauważył i niczego nie słyszał. Jednak po parosekundowej obserwacji każdy przekonywał się, że jasne światło czyniło wszystko poza jego zasięgiem czarne jak atrament i uwaga strażnika skoncentrowana była na wnętrzu obozu, a nie na tym, co działo się po zewnętrznej stronie drutów. Odgłosy czynione przez wydostających się z tunelu, a także czołgających się po nasypie ludzi wydawały się być przygłuszone, a strażnik tylko jeden raz przystanął zezując w stronę wylotu. Jeżeli nawet słyszał cokolwiek, nie przywiązywał do tego wagi. O północy ostatni z uciekających opuścił tunel. Warta zmieniła się już trzykrotnie, ale nawet o świcie nikt niczego nie zauważył, jakkolwiek ślady czołgających się przez ściernisko jeńców były doskonale widoczne.
Rano wszyscy byli podekscytowani. Obóz huczał. Renegat Czech, gdy pojął, że brak tylu jeńców, sądził że Brytyjczycy w ukryciu produkują alkohol. Wreszcie jeden ze strażników odkrył za ogrodzeniem wyjście z podkopu. Nikt nie zdecydował się wejść do tunelu. Sprowadzono pośpiesznie jeńca rosyjskiego i kazano mu zbadać cały podkop przewiązawszy go uprzednio w pasie sznurem, który się za nim ciągnął. Wszedł tam głową do przodu, a po pewnym czasie głowa ta ukazała się w otworze sedesu (po odrzuceniu pokrywy w ustępach).
O 11:00 nadjechały ciężarówki wypełnione esesmanami z oddziałów specjalnych. Nie wchodzili do wewnątrz obozu. Dowódca podzielił ich na grupy i wysłał na drogi w celu dokonywania kontroli wszystkich przejeżdżających ludzi z przeszukiwaniem każdego włącznie. Wprowadziło to nieopisane zamieszanie. Strażnicy z obozu podjęli podobną akcję. Powstał bałagan i bezhołowie. Po kilku godzinach takich inspekcji i dyskusji na temat odkrytego podkopu, esesmani, uformowawszy się przed bramą obozu w szereg, wolnym krokiem gęsiego weszli do obozu. Jeńcy ze zdziwieniem obserwowali ich ustawiwszy się po obu stronach obozowej drogi i nagle, jak na komendę, zaczęli bić im brawa. Gestapowcy natychmiast odrzucili ich pod baraki. Zaczęto przeprowadzać osobiste rewizje. Ponieważ Niemcy nie mieli pojęcia, czego powinni szukać, cała akcja spaliła na panewce.
W jednym z baraków stała beczka piwa i esesmani pytali, za ile można kupić szklankę piwa. Proponowali po 50 fenigów niemieckich. Taka sprzedaż była bezprawna, ale dla jeńców utarg stanowił wielką wartość. Później jeden z oficerów SS usiadł na tej beczce nie wiedząc, że pod piwem znajduje się drugie dno tworzące skrytkę, w której było pełno fałszywych świadectw, map i planów. Sprzedano też wtedy wiele czekolad i innych rarytasów i to po grubszej cenie. W czasie przeszukiwań baraków jeńców wypędzono na boisko, jednak niczego ani nikogo nie znaleziono.
Z 33 uciekinierów nikt nie dotarł do Anglii. Bruckley wraz z Duńczykiem, też lotnikiem RAF dotarli do Danii. Bruckley był jednym z najważniejszych organizatorów szubińskiej ucieczki, lecz - jak już wspomniano w poprzednich rozdziałach - obaj utonęli, przepływając wpław przez cieśninę do Szwecji. Inni dwaj dotarli w rejon Zagłębia Ruhry. Jeden dotarł do Hannoweru. Autora, Aidana Crowley"a schwytano pod Innsbruckiem. Wszyscy wymienieni jechali pociągami. Dwaj polscy oficerowie znaleźli się w Warszawie, gdzie spędzili kilka tygodni. Później schwytano ich, byli torturowani i w końcu odesłani do Żagania.
Jakkolwiek nie spełniła się nadzieja uciekających na powrót do swoich, ich przedsięwzięcia odniosły sukcesy - i to z wielu powodów. Niektórzy z nich przechodzili jadąc pociągami po pięć kontroli dokumentów (fałszywych). Kontrolerami nieraz byli gestapowcy z dużym doświadczeniem w wykrywaniu podrobionych dowodów. Ucieczka wykazała rozgardiasz i bałagan w niemieckich oddziałach gestapo, w policji, a także w dowództwie. Według materiałów sporządzonych przez samych hitlerowców 300 tysięcy żołnierzy i policji było postawionych na nogi w kraju, także w służbach granicznych, w celu schwytania szubińskich uciekinierów.
Niektórzy z uciekających jadąc pociągami widzieli tyraliery niemieckich żołnierzy przeczesujących pola i lasy w celu wyłapania ich w odległości 90 i więcej kilometrów od Szubina, podczas gdy oni sami wygodnie siedzieli w pędzących pociągach. Na wszystkich granicach regionów były podwojone patrole policji kolejowej, pomagały im też oddziały specjalne. Podobnie działo się na drogach. Także wiele innych służb cywilnych otrzymało nakaz pełnienia całodobowych patroli, co wiązało się z zaniechaniem innych obowiązków i odciągnięciem z miejsc, gdzie byli szczególnie potrzebni.
Wszystkie te działania były swoistym złożeniem hołdu alianckim jeńcom, ich bohaterstwu, wytrzymałości i sprawności ciała i ducha.
Tymczasem w obozie administrację przejęło gestapo. Komendanta zastąpił szef lokalnej policji. Wszyscy niemieccy członkowie administracji byli przesłuchiwani, a oficerowie musieli stawić się przed wojennym trybunałem. Ujętych z ucieczki tyranizowano przez wiele miesięcy. Wyroki trybunału nie były ujawniane, a dochodzenia trwały długo. Rządy gestapowców w obozie trwały jeszcze przez miesiąc. Potem życie zaczęło wracać do normy, czyli znów zbudowano nowy tunel. Miał długość 38 m i na 20 m wychodził poza druty. Był przygotowany dla większej liczby ludzi (ucieczka masowa). Po raz pierwszy zlokalizowano go w odległości zaledwie 3 m od systemu zabezpieczenia, który i tak nie działał. Ostatnia porcja odkopanego gruntu powinna była być wyniesiona i jeden z organizatorów nowej ucieczki wyrzucił tę ziemię przez tylne okno swojego baraku. Zobaczył to jednak strażnik. Nie było już możliwości ostrzeżenia pozostałych. Przeprowadzono masowe kontrole i poszukiwania. Niczego nie zaniedbano i w końcu znaleziono wejście do nowej drogi ucieczki, a rosyjskim jeńcom nakazano zasypać ten podkop. Jednak było jeszcze dwóch jeńców, którzy nie poddali się. Zdążyli oni wpełznąć do tunelu, nim Rosjanie rozpoczęli swoją pracę. Inny z naszych, który obserwował Rosjan zauważył, że na chwilę zaprzestali oni pracy i uśmiech pojawił się na ich twarzach. Po chwili znów zaczęli tunel zasypywać. W tym jednak czasie Brytyjczycy byli już na zewnątrz obozu.
Wyjście z tunelu strażnicy otoczyli potrójnym kordonem warty, zwłaszcza że była to noc. Po wyjściu na powierzchnię uciekinierzy, spodziewając się posterunku wartowników przeszli spokojnie około 100 m i sądzili, że zdołali wyminąć strażników. Zostali jednak ujęci przez trzeci kordon.
Nawet wówczas gra jeszcze nie była skończona. Było już powszechnie wiadomo, że wkrótce obóz będzie ewakuowany, a to, że dwóch wyszło z tunelu poza druty stało się zachętą dla pozostałych i zrodziło nowe pomysły. Czterech jeńców postanowiło bowiem ukryć się do czasu likwidacji obozu. Przyłączyło się do nich jeszcze 4 innych. Schowali się w podziemnym tunelu wykorzystując panujący w obozie rozgardiasz. Ukrywali się tam przez 5 tygodni, śpiąc nocami pod łóżkami. Później przenieśli się na poddasze szpitala.
Obóz zaczęto ewakuować. Opuściło go już około 200 jeńców. Wydawało się, że plan uda się zrealizować. Przez złośliwość losu jednak do tego nie doszło. Na dzień przed opuszczeniem obozu przez resztę jeńców, na szpitalne poddasze przyszedł kominiarz (Polak) czyścić komin i odkrył kryjówkę jeńców. Za milczenie obiecano mu dużą nagrodę, ale był to człowiek, którego członków rodziny Niemcy rozstrzelali właśnie za pomoc uciekającym więźniom. Bał się i po powrocie do domu złożył o tym raport na wiejskim posterunku policji, a ta poinformowała administrację obozu. Wszyscy zostali schwytani i odesłani do Żagania.
napisał: AIDAN CRAWLEY
tłumaczył: WŁADYSŁAW SZCZEPAŃSKI
Pałuki nr 141 (44/1994)
Sprostowanie
Otrzymaliśmy od czytelników list prostujący nasze błędy.
Zenon Erdmann z Szubina zwrócił nam uwagę na błąd w artykule "Ucieczka alianckich jeńców z obozu w Szubinie" ("Pałuki" 44/94).
Było w nim napisane, że obóz mieścił się w dużej żeńskiej szkole średniego stopnia. Jest to oczywisty błąd, gdyż takiej szkoły w Szubinie nie było, a obóz usytuowany został na terenach b. Państwowego Zakładu Wychowawczego (dla chłopców) tj. tam gdzie obecnie znajduje się Zakład Poprawczy. Błąd w artykule Crawleya mógł powstać z nieświadomości angielskiego autora lub błędnego tłumaczenia p. Szczepańskiego.
Czytelników za błędy przepraszamy, nadawcom listów zaś bardzo dziękujemy. (dk) Pałuki nr 160 (11/1995)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze