Były to pierwsze święta Wielkanocy po tragicznej i bohaterskiej kampanii jesiennej 1939 roku. Ciężkie, trudne, smutne dla wszystkich Polaków. Najbardziej ponure - dla oficerów Wojska Polskiego, którzy znaleźli się w niewoli hitlerowskiej. Odcięci od pełnej informacji, izolowani w anonimowych wówczas, bardzo licznych obozach jenieckich, zwanych w skrócie oflagami, organizowali święta w swych małych grupkach. Ale nie bez nadziei na przyszłość, zgodnie z popularnym wówczas na ziemiach polskich powiedzonkiem, że "Sikor(s)ki - na wiosnę".

Takie nastroje panowały i w obozie oficerskim ukrytym pod kryptonimem XI A. Dzisiaj już wiemy, że był to - przejściowo zresztą istniejący - obóz zlokalizowany w miasteczku Osterode w górach Harzu, w okręgu wojskowym Hannower. Funkcję "najstarszego obozu" pełnił w nim wówczas rotmistrz Józef Mielżyński.
W prowizorycznej kaplicy oficerowie-jeńcy odwiedzili tradycyjny grób, który zaprojektował i wykonał jeden z oficerów - plastyk z wykształcenia - Edmund Czarnecki. Piszę tradycyjny, ale swą formą i treścią odbiegał on poważnie od tradycji kościelnej. Sam grób stanowił bowiem tło, na którym stała - a nie leżała, jak zwyczaj każe - postać Chrystusa. Już zmartwychwstałego.

Różnicy, nieznający raczej naszej symboliki wielkopostnej, hitlerowcy nie zauważyli. Podobnie, jak nie zauważyli, a raczej nie zrozumieli innych elementów grobu. Przed łańcuchem, za którym stała postać Chrystusa na podwyższeniu leżeli śpiący rycerze. Znana w Polsce, ale jednak tylko w Polsce, legenda o śpiących rycerzach budziła wśród jeńców określone skojarzenie. Rycerze bowiem, kiedy nadejdzie ich czas, obudzą się, aby przynieść Polsce niepodległość.
Zdjęcie tego, jakże wymownego w swej treści grobu, już po skromnym ale zgodnym z tradycją "święconym" w gronie kolegów z baraku, wysłał ppor. Jan Jędrzejczak (gefangeneunummer - numer jeniecki - 513, kompania 4) już 20 czerwca 1940 roku do swego ojca - również Jana Jędrzejczaka, zamieszkałego we wsi Tuczno, przechrzczonej już przez hitlerowców na Reichenau, w powiecie inowrocławskim. Oczywiście Inowrocław też już nazywał się Hohensalza.
Na zdjęciu, z "niemym" (bez nazwy miejscowości nadania) datownikiem, gdyż w tym okresie hitlerowcy ściśle przestrzegali zasad utajnienia miejsca izolacji, oprócz nazwy Kriegsgefangenpost (poczta jeńców wojennych) widnieją tylko adresy: nadawcy i odbiorcy.
Ale była to informacja podwójna. Podporucznik służby stałej 65 pułku piechoty, 16 dywizji z Grudziądza nie tylko informował najbliższych, że żyje. Poprzez treść zdjęcia przekazywał własną nadzieję na zmartwychwstanie ojczyzny. No i że święta - nawet w oflagu - odbyły się.
A trudno było na przykład napisać wtedy, że świąteczne jajka były już wcześniej przepołowione przez urzędników kontrolujących przychodzące do obozu paczki, którzy w ten sposób sprawdzali, czy pod skorupką nie kryją się rzeczy zakazane, niepożądane informacje, itp. Widocznie zakładali, że jakieś kury-patriotki znosiły jajka już z biuletynami konspiracyjnymi pod skorupką. O tym można wspominać teraz, po latach, ale wówczas cenzor, który zwykłe dla niego zdjęcie świąteczne bez przeszkód przepuścił i opatrzył owalnym stempelkiem zezwalającym na ekspedycję (był to cenzor używający numerka 6), na pewno w taki tekst ignorowałby.
Skromna pocztówka - zdjęcie wykonane w trudnych warunkach obozowych, a więc nie najlepszej jakości - utrwaliła pamięć o święcie Wielkanocy w warunkach obozu jenieckiego, o nadziejach, które to święto wśród oficerów budziło i które chcieli przekazać również poza druty swojego obozu. Najbliższym i nie tylko.
Janusz Księski
Pałuki nr 164 (15/1995)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze