W przerwie posiedzenia w Sądzie Okręgowym w Bydgoszczy rozmawiałem z panią, która jest jedną z kilkudziesięciu poszkodowanych w sprawie oszustw pod szyldem Banku Santander w Żninie. Pani ta stwierdziła, że biorąc w nawias cały proceder, do którego dochodziło, to oskarżona Anna N. po prostu była znakomitym pracownikiem banku. Takim, o którym klient placówki finansowej może tylko marzyć. Była uprzejma, pomocna, wydawała się pełna empatii, zrozumienia dla codziennych problemów, z którymi borykają się klienci. Dlatego tym ciężej jest uwierzyć im w to, co się stało.
W procesie przeciwko Annie N., mieszkance jednej z podbarcińskich miejscowości, oskarżonej o oszustwa pod szyldem Santander Bank poprzednie posiedzenie sądu miało miejsce 12 maja. Nadal zeznania składają świadkowie, będący pokrzywdzonymi w tej sprawie. Przypomnijmy, proces toczy się od jesieni 2024 roku w Sądzie Okręgowym w Bydgoszczy, a sprawie przewodniczy sędzia Jarosław Całbecki.
OSZUSTWA NA 2.170.000 ZŁ
Poszkodowani to w większości mieszkańcy Żnina i innych miejscowości na Pałukach. Status poszkodowanego ma też Santander Bank Polska. Anna N. była pracownicą placówki partnerskiej Santander Bank w Żninie. Po ujawnieniu oszustw została zwolniona z pracy. Oszustwa wyszły na jaw w połowie 2023 r. W akcie oskarżenia, który Prokuratura Rejonowa w Szubinie Oddział Zamiejscowy w Żninie skierowała do bydgoskiego sądu, postawionych zostało 88 zarzutów, a łączną sumę szkód wynikających z oszustw śledczy wyliczyli na 2.170.000 zł. Poszkodowani są nie tylko z gminy Żnin. Spłaty kredytów i pożyczek, które zostały zaciągnięte bez ich wiedzy, zostały przez bank zawieszone. Jednak zarzuty, które usłyszała Anna N. są nie tylko z artykułu 286 kodeksu karnego za oszustwo, ale również za przestępstwa przeciwko dokumentom. Według aktu oskarżenia były podrabiane podpisy oraz fałszowane zaświadczenia o dochodach, by podwyższyć zdolność kredytową oszukiwanych. Jesienią 2023 r. Anna N. trafiła do aresztu śledczego, gdzie spędziła rok. Aż do momentu, gdy prokuratura miała już gwarancję poręczenia majątkowego, które dała rodzina oskarżonej, na łączną kwotę około 2.000.000 zł. W tym z tytułu hipoteki przymusowej na nieruchomości - 1.400.000 zł oraz 560.000 zł z innych składników majątku.
Kolejny, po majowym, termin sprawy został wyznaczony na wtorek 5 sierpnia. Sąd wezwał na ten termin kolejnych kilku świadków będących jednocześnie poszkodowanymi. Ponieważ jednak minęło więcej niż 42 dni od poprzedniego posiedzenia, sąd miał też obowiązek powiadomić o tym pozostałe strony, a więc m.in. tych poszkodowanych, którzy już wcześniej zeznawali. Niektórzy z nich zinterpretowali zawiadomienie jako wezwanie i niepotrzebnie pojechali do sądu do Bydgoszczy, myśląc, że mają się stawić, by raz jeszcze zeznawać. Sędzia Jarosław Całbecki wyjaśnił im tę sprawę i przeprowadził wysłuchanie tych osób, które miały na 5 sierpnia wezwanie. Pozostali mogli wrócić do domu.
Pierwszym zeznającym miał być brat oskarżonej Anny N. Sędzia poinformował go, że jako blisko spokrewniony z oskarżoną, może odmówić składania zeznań. Przypomnijmy, że na poprzednie posiedzenia wzywani byli inni krewni Anny N. i składali zeznania, mimo że mogą tego odmówić ze względu na bliskie pokrewieństwo z oskarżoną. Jej brat jednak postanowił skorzystać z tego prawa i ostatecznie nie składał zeznań.
Następnie sąd wysłuchał kolejne osoby poszkodowane. Schemat oszustw i okoliczności dowiadywania się o tym, że jest się jego ofiarą, był w ich przypadkach podobny, jak to zeznawali wcześniej inni świadkowie. Otóż zaczynały przychodzić SMS-y z ponagleniami do spłaty zaległych rat. W niektórych przypadkach te raty były w innych wysokościach, niż poszkodowani płacili co miesiąc. Tak się bowiem działo, że nowe zobowiązania bez ich wiedzy zaciągane były równolegle z trwającą spłatą wcześniejszych kredytów.
OPIEKUNKA BABCI ANNY N.
- W czerwcu (2023 r. - przypis kg) dostawałam SMS-y, że nie mam spłaconej raty 680 zł. Ja owszem, miałam zaciągnięty świadomie kredyt, ale jego rata była stała i wynosiła 530 zł. Zadzwoniłam więc do banku, spodziewając się, że odbierze pani Anna N., bo to ona prowadziła moje sprawy finansowe. Chciałam to wyjaśnić. Jednak ona nie odbierała telefonu. Po 2 dniach pojechałam więc do banku i tam się dowiedziałam o tej sprawie, gdy rozmawiałam z kierowniczką tej placówki panią Mileną. Pani Milena powiedziała mi, że mam złożyć zawiadomienie do banku, że został zaciągnięty kredyt. Złożyłyśmy to z panią Mileną na gotowym formularzu. Potem nie miałam już SMS-ów z ponagleniami, a za jakieś 3-4 miesiące dostałam SMS, że mam to spłacone. Okazało się, że to był drugi kredyt, którego ja nie zaciągałam. I nie wypłacałam też pieniędzy, które by były z tego drugiego kredytu. Pani N. mówiła, że ona musi wyrabiać jakieś minimum w banku, ale nie pamiętam, czy namawiała mnie, żebym wzięła kredyt, by ona wypełniła minimum. Ja być może kliknęłam jakiś kod, znajdując się obok pani Anny N., ale też nie mam pewności, że tak było. Jeśli kliknęłam, to nie wiem, dlaczego to zrobiłam. Może to było zatwierdzenie kredytu, którego w rzeczywistości nie chciałam i nie zatwierdzałam świadomie. Po prostu nie wiem, czy to zrobiłam - zeznawała Barbara Ś. jedna z poszkodowanych.
Kolejna poszkodowana zeznała, że pewnego razu pojechała, jak co miesiąc do banku, aby dokonać opłat. - Zrobiłam to i następnie chciałam wypłacić 5.000 zł, bo miałam w planie naprawę samochodu. Spodziewałam się, że po dokonaniu opłat stałych powinnam mieć jeszcze jakieś 6-7 tys zł na koncie i z tego chciałam wypłacić te 5.000 zł. Okazało się jednak, że miałam jedynie 1.700 zł na rachunku. Nie potrafili tego wyjaśnić, powiedzieli, że Anna N. jest na urlopie i jak wróci, to z nią mam to wyjaśnić, bo to ona zawsze prowadziła moje sprawy. Po miesiącu okazało się, że jest afera i że pani Ania już nie pracuje w banku - zaznawała poszkodowana. Wcześniej ona była przekonana, że spłaca swój kredyt. Okazało się, że owszem, spłaciła jeden, ale tu chodziło już o kolejny, o którym nie wiedziała, że został zaciągnięty. Doszło do tego podczas jednej z jej wcześniejszych wizyt w banku. Dwie minuty po wyjściu z placówki - jak później wykazały bilingi z historią rachunku - okazało się, że została z jej konta dokonana wypłata 4.000 zł, a poszkodowana jest pewna, że rzekomo jej podpis na zleceniu tej operacji został sfałszowany.
Inna poszkodowana też otrzymywała ponaglenia, mimo iż uważała, że już spłaciła swoje zobowiązanie wobec banku. - Ja miałam 1 kredyt, do tego kartę kredytową i kartę bankową. Kredyt był na ponad 10 tys. zł. Ja ten kredyt podpisywałam z panią Mileną, kierowniczką placówki. Pamiętam, bo początkowo nie miałam zdolności kredytowej i pani Milena powiedziała mi, żebym przyniosła dane z zakładu pracy mojego syna, a on pracował w GS. I tak zrobiłam. Po tygodniu dostałam telefon, że bank sprawdził teraz moją zdolność kredytową i mogę przyjść po pieniądze. Ja w GS nie pracowałam, natomiast pracowałam jako opiekunka, na czarno. Dzięki temu co miesiąc spłacałam kredyt i również kartę kredytową. Po pewnym czasie wszystko spłaciłam, a tu po tygodniu otrzymuję 5 wezwań do spłaty kredytu. Poszłam do pani Mileny, żeby to wyjaśnić. Pani Milena mnie zbywała. Po pierwszym spotkaniu z panią Mileną dzwoniłam do obsługi banku i dopiero tam się dowiedziałam, że mam 5 kredytów. W pewnym momencie pani Ania N. podpowiedziała mi, żebym spłaciła część kredytów, a o resztę, to niech Milena się martwi. Spłaciłam 3.000 zł, a następnie przychodziłam co miesiąc z ratami do pani Ani. Zawsze wtedy podchodziła do jej stanowiska pani Milena, kucała przy niej i pokazywała palcem, co ma robić i ona to przeksięgowywała. Nie wiem, z jakich kont szły pieniądze na spłaty moich kredytów. To wszystko było za sprawą pani Mileny. Gdy byłam ostatni raz w sprawie tego kredytu, gdy pani Ania już nie pracowała w placówce bankowej, to zostawało mi do spłaty 1.300 zł. A później zaczęły przychodzić pisma z banku, a ja bałam się nawet je otwierać, bo chcieli spłaty, a ja przecież już spłaciłam te 10.000 zł - opowiadała jedna z poszkodowanych, która znała oskarżoną i jej rodzinę także dzięki temu, że pracowała jako opiekunka babci Anny N.
TRAKTOWAŁ JĄ JAK PRZYJACIÓŁKĘ. RAZEM SADZILI KWIATY, TERAZ ON NIE ŻYJE
Ostatnią z zeznających 5 marca w sądzie w Bydgoszczy była pani, która bezpośrednio nie została oszukana w tej sprawie, ale jest spadkobierczynią prawną swego taty, który był ofiarą przestępstwa, o które oskarżona jest Anna N. Tata zeznającej przed sądem nie żyje, dwa miesiące po ujawnieniu oszustw, których też i on padł ofiarą, doznał wylewu i zmarł 20 września 2023 r.
- Ojciec powiedział mi o całej sytuacji w lipcu 2020 r., ale sprawa ta nie dawała mu spokoju już wcześniej. Mówił, że nie rozumie, dlaczego wciąż do niego dzwonią z „Santandera”, że ma zaległości do spłaty. Dostawał SMS-y, że ma niespłacone kredyty. On już wcześniej mówił o tym pani Ani, a ona go uspokajała. Ojciec miał ogromne zaufanie do pani Ani. Oni się przyjaźnili. Jestem w posiadaniu telefonu mojego ojca i z treści, które tam są, widać, że to była zażyła korespondencja. Chodzili na zakupy, zapraszał ją na działkę i nawet razem sadzili tam kwiaty. Widywali się praktycznie codziennie. Ja do tej pory nie wiem, jaka jest kwota zobowiązań, które zostały zaciągnięte na mojego ojca i jak wygląda jego sytuacja kredytowa. „Santander” odmówił mi takiej informacji, mimo że przedłożyłam oświadczenie o tym, że przejęłam spadek po ojcu. Bank jednak warunkował przekazanie mi informacji o sytuacji kredytowej ojca złożeniem przeze mnie oświadczenia, że spłacę całość zobowiązań. Ja na to nie wyraziłam zgody. Gdy rozmawiałam z ojcem, on bardzo przeżywał tę sprawę, był załamany. Powiedział, że być może ona wykorzystując jego zaufanie dała mu coś do podpisania i on to podpisał. Poza tym dzwoniono do niego w sprawie karty kredytowej i ubezpieczenia. Ja nie wiem, jak doszło do zaciągnięcia zobowiązań przez mojego ojca. Oni widywali się codziennie, ojciec chodził do niej do pracy. Wiem, że jeden kredyt był na ponad 13.000 zł, a ojciec o nim nie wiedział. Drugi kredyt był w kwocie 27.000 zł w 2021 r. Ojciec też o tym nie wiedział. Były z jego konta dokonywane wypłaty w grudniu i styczniu, w okresie świątecznym, gdy w rzeczywistości ojciec był u mnie, w Wielkopolsce, spędzając święta. Nie mógł dokonywać tych wypłat. Poza tym, gdyby mój ojciec rzeczywiście korzystał z tych kredytów, to nie potrzebowałby mojej pomocy finansowej, której w rzeczywistości mu udzielałam. Po publikacji w Tygodniku „Pałuki” artykułu o tych oszustwach Anna N. zerwała kontakty z moim ojcem, choć on do niej dzwonił i pisał SMS-y, że on już ma dość i niech ona spłaca raty - przedstawiła ostatnia z zeznających 5 sierpnia.
Kolejne posiedzenie sądu odbędzie się we wrześniu i kontynuowane będą zeznania świadków niebędących pracownikami banku, czyli de facto osób poszkodowanych (większość z nich ma też status oskarżycieli posiłkowych). Później sąd przystąpi do wysłuchania zeznań świadków będących pracownikami banku.
Pełnomocnik oskarżonej niezmiennie stoi na stanowisku, że jego klientka nie jest jedyną odpowiedzialną, choć część winy bierze na siebie. Zdaniem pełnomocnika potwierdzają to także zeznania świadków, w tym te, których sąd wysłuchał we wtorek 5 sierpnia.
Karol Gapiński
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze