Zeznania pracownicy centrali Banku Santander w procesie przeciwko byłej pracownicy placówki partnerskiej w Żninie zostały złożone on-line. Ich składanie potrwało blisko 2 godziny, ale sąd nie uzyskał odpowiedzi na wszystkie kwestie, dlatego powołana na świadka zostanie jeszcze jedna pracownica z centrali Santandera.
W Sądzie Okręgowym w Bydgoszczy trwa proces dotyczący oszustw pod szyldem Santander Bank Polska. Proceder, który był dokonywany w placówce partnerskiej tego banku w Żninie, ujawniliśmy latem 2023 r. Poszkodowani to w większości mieszkańcy Żnina i innych miejscowości na Pałukach. Status poszkodowanego ma też Santander Bank Polska. Jedyną oskarżoną przez Prokuraturę Rejonową w Szubinie Oddział Zamiejscowy w Żninie jest Anna N., była pracownicą placówki partnerskiej Santander Bank, która działa od wielu lat w stolicy Pałuk. Po ujawnieniu oszustw została zwolniona z pracy.
Proces trwa od jesieni 2024 r. W akcie oskarżenia postawionych zostało 88 zarzutów, a łączną sumę szkód wynikających z oszustw śledczy wyliczyli na 2.170.000 zł. Poszkodowani są nie tylko z gminy Żnin. Spłaty kredytów i pożyczek, które zostały zaciągnięte bez ich wiedzy, zostały przez bank zawieszone.
Jednak zarzuty, które usłyszała Anna N., są nie tylko z artykułu 286 kodeksu karnego za oszustwo, ale również za przestępstwa przeciwko dokumentom. Według aktu oskarżenia były podrabiane podpisy oraz fałszowane zaświadczenia o dochodach, by podwyższyć zdolność kredytową oszukiwanych. Dopiero, gdy prokurator Agnieszka Tyszkiewicz z ramienia Prokuratury Rejonowej przedstawiła w Sądzie Okręgowym w Bydgoszczy ostateczny akt oskarżenia przeciwko Annie N., ta została zwolniona z aresztu tymczasowego. Otóż wtedy prokuratura miała już gwarancję poręczenia majątkowego, które dała rodzina oskarżonej, na łączną kwotę około 2.000.000 zł. W tym z tytułu hipoteki przymusowej na nieruchomości - 1.400.000 zł oraz 560.000 zł z innych składników majątku.
Poszkodowany jest również sam Bank Santander. Na ostatniej rozprawie w bydgoskim sądzie zeznania złożyła świadek reprezentująca właśnie centralę tego banku. Pracuje ona na stanowisku ds. pracowniczych. Ponieważ mieszka kilkaset kilometrów od Bydgoszczy, zarządzone zostało przez sędziego Jarosława Całbeckiego prowadzącego proces łączenie zdalne z innym sądem, w miejscu zamieszkania świadka. Wysłuchanie zeznań i zadawanie pytań świadkowi odbyło się zatem on-line i trwało około 2 godziny.
Świadek wie, o jaką sprawę chodziło. Pierwszy sygnał, który pojawił się w banku o możliwym oszustwie pojawił się w momencie, gdy zgłosił się klient Karol D., który kwestionował jeden z zaciągniętych na jego nazwisko kredytów. Stwierdził, że ze swojego konta ma pobierane środki na dwa kredyty, a w rzeczywistości zaciągał tylko jedno zobowiązanie.
- Dlatego od tego momentu rozpoczęła się analiza w kierunku możliwego defraudu pracowniczego. Analizowano podobny modus operandi, by zidentyfikować wszystkich klientów, którzy mogli paść ofiarą oszustwa. Ja tego postępowania nie prowadziłam bezpośrednio. Byłam wówczas menadżerem zespołu ds. defraudów pracowniczych. Analizę prowadziło 2 pracowników tego zespołu, a ja otrzymywałam tylko podstawowe ich ustalenia w zawiadomieniach. Początkowo wytypowano około 20 klientów, którzy mogli zostać oszukani. Jednak od momentu nagłośnienia tej sprawy przez lokalną prasę w Żninie, zaczęli się do banku zgłaszać kolejni klienci. Na tę chwilę jest chyba ustalonych około 40 poszkodowanych lub takich, którzy twierdzą, że zostali poszkodowani, bo złożyli reklamacje w banku. Rozróżniam to, ponieważ różne były też metody oszustwa. jedną z metod było porozumienie Anny N. z klientem, które polegało na tym, że ten godził się na kredyt, autoryzował go, o czym klient wiedział i zgadzał się, chcąc pomóc Annie N. Żnin to małe środowisko, a oskarżona miała szerokie znajomości. Klienci słysząc od niej, że ma kłopoty finansowe, godzili się, by w ten sposób pomóc jej finansowo - opowiadała menadżerka.
Drugą metodą oszustw, jaką rozpoznano podczas analizy była kradzież tożsamości, gdy klienci w ogóle nie wiedzieli o zaciągniętych na nich kredytach. W takich przypadkach były fałszowane podpisy na dokumentach bankowych. Anna N. jako pracownik placówki partnerskiej miała dostęp do danych bankowych, w ten sposób typując klientów do dokonania na ich szkodę oszustwa. To udawało się do pewnego momentu ukrywać, dokonując spłat środków. Typowała też tych klientów, którzy nie mieli dostępu do elektronicznej bankowości i nie otrzymywali później powiadomień on-line o ruchach na koncie. Albo też powiadomienia te przychodziły na nie ich numer telefonu, tylko taki, który podała oskarżona.
Oprócz zaciągania kredytów Anna N. według ustaleń zespołu defraudu miała też dokonywać wypłat z kont klientów. Jeśli się pojawiły ich wątpliwości, co do autoryzacji tych wypłat, to wtedy sprawa wychodziła na światło dzienne.
- Gdy ja skończyłam nadzorować tę analizę, to nie zidentyfikowano innych pracowników w placówce partnerskiej w Żninie jako zaangażowanych w ten proceder. Umowy kredytowe do konkretnej kwoty mogą być podpisywane jednoosobowo przez przedstawiciela banku. Druga osoba, która podpisuje umowę ma obowiązek tylko zweryfikować konkretność i jakość dokumentacji. Za potwierdzenie obecności kredytobiorcy w banku odpowiada tylko pracownik, który wprowadza wniosek kredytowy i przeprowadza proces przyznania kredytu. W momencie składania podpisu przez kredytobiorcę nie muszą być obecni obaj pracownicy banku. Do 15 stycznia 2024 r. sprawa tych oszustw była analizowana przez zespół, którym do tamtego momentu kierowałam i na tamtym etapie nie wytypowaliśmy do rozmów wyjaśniających innych osób, niż Milena E., kierowniczka placówki w Żninie - zeznawała pracownica centrali Santandera.
Anna N. żeby ukryć oszustwa zaciągała kolejne kredyty i z nich dokonywała spłaty wcześniej zaciągniętych zobowiązań. Wiele z tych kredytów jest obecnie przez bank zawieszonych. Choć - jak zeznawała świadek - po nagłośnieniu sprawy przychodziło dużo klientów, którzy sądzili, że zostali oszukani, ale bank tego nie potwierdził. W przypadkach faktycznych ofiar oszustwa spłaty rat są zawieszone, a po rozstrzygnięciu sądu kredyty mają wrócić do normalnej obsługi.
Jeśli chodzi o same metody dokonywania oszustw, to była jeszcze jedna, którą świadek określa jako hybrydową. Chodzi o te przypadki, gdy klient autoryzował umowę kredytową, ale tylko część z pożyczonych środków trafiała na jego konto. - Jeżeli mieliśmy pewność, że środki trafiały do Anny N. a nie do klienta, to sądzę, że reklamacje takich klientów były uznane - powiedziała świadek.
Zeznająca nie miała jednak wiedzy, by odpowiedzieć na kilka konkretnych pytań postawionych przez mecenasa reprezentującego Annę N. Dlatego sąd zamierza wezwać na świadka jeszcze inna pracownicę banku z ówczesnego zespołu ds. defraudu pracowniczego, która bezpośrednio pracowała nad analizą procederu oszustw pod szyldem placówki partnerskiej Santandera w Żninie.
Karol Gapiński
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze